– Rozumiecie?
– Wiesz, nie całkiem… – odpowiedziała przytomnie Agnes.
– Moja skóra jest najciemniejsza. Nie ma wątpliwości, prawda?
– . No tak – tym razem odezwała się Atta. – I co z tego? – To, że fizycznie wyglądacie tak jak my. Przynajmniej większość z was.
– Ja się różnię – odezwała się mała bezbłędną amerykańszczyzną. – I to poważnie…
– No dobrze – nie ustępował Graham. Ostatecznie, lata pracy dydaktycznej wyrobiły w nim dobrą odporność na argumenty innych. – Różnisz się trochę, ale większość Heddeni wyglądem wcale nie różni się od Ziemian.
– Powiedzmy, połowa – Agnes nie byłaby sobą, gdyby go nie poprawiła.
– Powiedzmy, połowa – przytaknął skinieniem głowy. – Ale napastnicy atakują bezbłędnie, obojętne, czy Heddeni różni się od Ziemianina, czy nie. Skąd wiedzą?
– Znają na co dzień, obserwują… Co w tym dziwnego? – powiedziała Atta.
– Nie… – skrzywił się Graham. – Te opisy, które czyta mi Agnes, wcale nie sugerują czegoś takiego. To są napady najczęściej podejmowane przez kogoś nie znanego ofierze, rozumiesz? – dalej zwracał się do pięknej Atty, która patrzyła na niego nieruchomo i chyba nieco obojętnie. – Musi istnieć ośrodek, który tym wszystkim steruje; wskazuje ofiary, wyznacza napastników.
– Tajna organizacja? – wyraz twarzy Agnes oznaczał, że nieco nadwerężył jej pewność siebie. W ogóle, ostatnio rzadziej marszczyła twarz w ironiczny uśmieszek, raczej uśmiechała się szczerze, szeroko, częściej ukazując niezrównany błękit swych oczu.
– Nie wiem – wzruszył ramionami. – Może nawet rząd? – aż sam przestraszył się swojego stwierdzenia, choć wyszło to naturalnie.
Emigrantki milczały, patrzyły po sobie. Hsiu wziął się za przygotowanie nowego eksperymentu, na który mogło już nie starczyć pieniędzy. Zresztą, jeśli mu Agnes nie pomoże, eksperyment i tak się nie uda.
– Przecież to tylko cztery kartki z „Maratheon Chronicie” – przerwał milczenie Graham. – I na dodatek – tylko wiadomości sportowe i ogłoszenia o wolnych pokojach i boksach. Skąd wzięłaś tę wiadomość o spaleniu emigrantów, Agnes? Przecież tego tu nie nią…
– Och, Graham, przecież gazeta jest tak droga. Jeden egzemplarz kupuje dziesięć osób; najpierw go czytamy, a potem rozdzielamy na części. Dzisiaj na mnie wypadł sport, co mnie kompletnie nie obchodzi. Notatka o spaleniu to była wiadomość dnia i nauczyłam się jej na pamięć, żeby przekazać przyjaciołom.
Gdy koleżanki poszły Agnes nadal kręciła się wokół Grahama. Wyczuł, że czegoś chciała.
– Masz ochotę na moje ziółka? – zaproponowała. Widać, nie bardzo wiedziała, jak zacząć rozmowę.
Sama jesteś nieznośne ziółko:… – pomyślał.
– Pewnie – powiedział na głos. – Lubię od czasu do czasu zakosztować tej waszej goryczy. Jeśli do picia, oczywiście… – uśmiechnął się.
Zakrzątnęła się przy palniczku gazowym. Graham dawno już obliczył, ile kosztuje jego grant codzienne gotowanie wody w celach towarzyskich. Dawno już zamierzał z tego zrezygnować, ale jakoś nie mógł się zdobyć, żeby im to powiedzieć Agnes z reguły przynosiła te swoje heddeheńskie ziółka, Ken parzył herbatę, a Graham często ograniczał się do gorącej wody.
– To jest jedna receptura czy różne zestawy? – zapytał Ken, który spodziewał się, że też zostanie poczęstowany.
– Skądże, panie Ken – wtrącił się Graham. – Gdzieżby miała jeszcze ze sobą zestaw oryginalnych ziół z Heddehen. To zwykłe ziele zbierane w lecie na łąkach wokół miasta, albo nawet na campusie i potem suszone, dokładnie według książki „Zdrowa kuchnia” Bomberga.
– Część jest zbierana przeze mnie, część kupowana w specjalnym sklepie zielarskim – Agnes leciutko się naburmuszyła. – Obojętne, czy byłaby to jedna, czy więcej receptur, nie rozpoznalibyście swoimi ziemskimi językami, dla was to zwykła gorycz…
– Założę się, że ty też nie poznajesz. Tylko pachnie inaczej – zachichotał Graham, obserwując jak ona krząta się ze złością, ale i z wdziękiem wokół dymiącego kociołka, z którego już rozchodził się przyjemny aromat.
– Za to dzisiaj poznałeś stuprocentową Heddeni, tysiącprocentową powiedziała, nieco zbyt gwałtownie stawiając przed nim kubek z gorącym płynem.
– Tę czarnowłosą piękność? – zaciekawił się – Zdumiewająca twarz: piękna, ale łatwo ją sobie wyobrazić w gniewie jako straszliwą maskę… Mogłaby – być księżniczką, to kapryśną, to despotyczną, to znów piękną…
– W Heddehen pewnie by była… – burknęła niezadowolona Agnes. – Pochodzi z rodu, który wydał przynajmniej kilką tysięcy księżniczek i kilka tysięcy książąt dla ludu Urhenn, także sporo królów i królowych w ostatnich kilkudziesięciu tysiącach lat.
– To dało się wyczuć. Jeszcze nigdy nie spotkałem autentycznej królowej – ucieszył się Graham. – Nawet tylko potencjalnej.
Wypił kilka gorących łyków, starannie odcedzając przez zęby rozmoczone zielsko. Zamyślił się.
– Kobiety z rodu Kessalom i wszystkich rodów książęcych, które wydawały władców narodowi Urhenn, nie mają piersi – Agnes przerwała jego rozmyślania.
– Jak to, nie mają?
– Zwyczajnie – przycisnęła lekko dłońmi sweterek na piersiach, niby je spłaszczając, ale naprawdę tylko podkreślając, jak wiele się pod tym porozciąganym sweterkiem kryje. – Tu są zupełnie płaskie. Jak ty albo Ken.
– No, wiesz, wszędzie rodzą się dziewczyny z małymi piersiami…
– Nie tak. Żadna z nich nie ma piersi. Żeby podkreślić, że są władczyniami i nie muszą karmić swoich dzieci.
– Okaleczali je?…
– Nie i nie. One takie się rodzą. Tak zostały wyselekcjonowane w rodach władców Urhenn. Na uroczystościach oficjalnych występowały rozebrane do pasa jak mężczyźni, żeby podkreślić swoją przynależność do rodów, z których pochodzą władcy.
– Cię… Słyszałeś, panie Ken?
– Emigrantów lepiej nie pytać – Ken jak zwykle szczerzył zęby. – Mogą za wiele powiedzieć…
– Słyszałem, że są emigrantki z sześcioma piersiami, ale żeby wcale…
– Ta mała, Havannanah, co przyszła z Attą, ma sześć piersi, dlatego wygląda jak tłusty wałeczek, chociaż wcale nie jest aż tak tłusta. Wyobrażasz sobie sześć równych, foremnych piersi u jednej dziewczyny, jaka frajda… – uśmiech Agnes należał do najzjadliwszych. W wąskich szparkach jej zmrużonych oczu migały iskierki.
– Sześć obok siebie? – Graham był niezrażony.
– Nie, po dwie, tak coraz niżej… – pokazała palcami na sobie. Dociekliwość Grahama najwyraźniej peszyła ją lub złościła. Ostatecznie, sama zaczęła ten temat.
– I te, co miały po sześć, karmiły dzieci tym, co nie miały wcale?… – dalej dopytywał się.
– Gdzie tam – parsknęła śmiechem. – To zupełnie inne narody, żyły na innych kontynentach oddzielonych oceanem…
– Wypiłeś już, panie profesorze? – sięgnęła po jego kubek. – Chcę to posprzątać.
– A twój naród jak się nazywał, Agnes?
– Mój naród wywodzi się wprost od Hawy, czy jak wy ją tam zwiecie, Ewy. Nie ma swojej nazwy…
– Gdzie tam, panie Graham, Agnes po prostu zapomniała – roześmiał się Ken. – Tak jak zapomniała języka emigrantów.
– Nic nie zapomniałam – wydęła usta. – Nigdy nie umiałam. Rodzice starali się wychować mnie na Ziemiankę, dlatego uczyłam się tylko po amerykańsku, a w szkole trochę języka europejskiego. Sami też nauczyli się po amerykańsku i starali się tylko w tym języku mówić przy mnie. Nawet nadali mi tylko ziemskie imię. Myśleli, że najlepiej będzie, gdy stanę się kimś z was. Myślę, że pomylili się, zakładając, że pozwolicie na to…