– Osłaniam cię przed napaścią jakiegoś rasisty.
– To jest rekordowa bzdura – zaczęła się tak głośno śmiać” że kilku czcigodnych; starszych, kolegów spojrzało na nich karcąco. Kierowcy nie wolno przeszkadzać, pomimo że jezdnia była zupełnie pusta o tej porze. Skarcona para młodych naukowców potulnie umilkła.
W miarę mijanych przystanków profesorów ubywało. Najpierw znikała trzecia ranga, potem czwarta, następnie zaczęło ubywać piątej.
Przesiedli się na podwójne siedzenie. Trudno jest długo gnieździć się na połowie krzesełka, pomimo że z początku wydaje się, że miejsca jest dość. Graham od pewnego czasu trzymał się oparcia.
Dojechali do przystanku Grahama. Ten jednak, zamiast zebrać się do wyjścia, nadal rozmawiał z Agnes.
– Pośpiesz się – szturchnęła go lekko. – Nie zdążysz wysiąść. On zatrzymuje się dosłownie na moment.
– Nie wysiadam – powiedział i dalej ciągnął wywód na temat tego, co Agnes będzie robić przez tydzień.
– Zwariowałeś? – przerwała mu nieco rozdrażniona.
– Odprowadzę cię pod drzwi, a potem wrócę pieszo te dwa przystanki. Dobrze mi zrobi dwadzieścia minut spaceru. Nie jest zbyt zimno. A nie chcę, żeby ci się przydarzyło to, co tej biednej dziewczynie z wydziału inżynieryjnego. – Zainwestowałem w ciebie zbyt dużo pieniędzy…
– Tak będzie teraz codziennie?
– Przez jakiś czas – znowu wrócił do swoich wywodów i zaleceń.
– Potrafisz czarująco nudzić – powiedziała po chwili, gdy umilkł dla nabrania powietrza.
– Wiem. Nudzenie to jest moja mocna strona – łypnął zbójecko i wrócił do omawiania eksperymentu planowanego na sobotę. Praca w sobotę przyjęła się już od dawna, w wielu grupach pracowano również w niedzielę, choć krócej. Graham przesiadywał w pracy co niedzielę, bo nie miał nic innego do roboty. Nie zmuszał studentów, by przychodzili. Ani Ken, ani Agnes nie pojawiali się nigdy w niedzielę.
Wysiedli, a za nimi jeszcze dwóch innych ludzi. Przystanek usytuowano w nie zabudowanym miejscu, wśród pól przykrytych zlodowaciałą warstwą śniegu. W odległości kilkuset metrów, może kilometra, ciemniały pierwsze niskie zabudowania, z rzadka rozświetlane wątłymi, pełgającymi światełkami.
– Ależ ty mieszkasz. Gdybym wiedział, wcześniej zacząłbym cię odprowadzać.
– To takie przewężenie miasta. Kiedyś były tu jakieś domy. Dalej zaczyna się South Maratheon. Tam mieszka większość studentów. Później pokażę ci drogę na skróty, którą wrócisz. Nie trzeba iść z powrotem aż na przystanek. W sumie wyjdzie, jakbyś szedł te dwa przystanki szosą.
Zauważył, że Agnes co chwilę ogląda się do tyłu.
– Coś nie w porządku?
– Zwykle oprócz mnie nikt nie wysiada. A tu jakichś dwóch nieznanych, rosłych facetów.
– Może tu mieszkają.
– Wiesz… Mieszkańcy już dawno śpią, bo elektryczność kosztuje. Jedynie studenci i profesorowie wracają o tej porze.
– Może nowi studenci.
– Wiedziałabym. Plotki rozchodzą się zanim jakiś przybędzie na campus. Obawiam się ich. Są jeszcze więksi od ciebie. Weź mnie pod rękę, będziemy wyglądali jak małżeństwo.
Wsunęła rękę pod jego ramię, pomimo ciężkiego płaszcza jakoś tak nieśmiało, niepewnie, za lekko. Tamci dwaj mężczyźni zwolnili, przestali się zbliżać. Najwyraźniej zorientowali się, że są obserwowani i albo na razie zrezygnowali ze swoich zamiarów, albo nie chcieli wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń.
Po dziesięciu minutach doszli do jednego z typowych, drewnianych, parterowych domostw. Graham rozcierał zmarznięte uszy. Mróz zdążył dokuczyć.
Agnes rozejrzała się wokoło uważnie, spojrzała na niego i zaproponowała:
– Może wpadniesz na herbatę albo ziółka.
– Pewnie. Może tata jeszcze nie śpi – powiedział. Mam nadzieję, że jest głuchy jak pień albo śpi jak kłoda, albo najlepiej jedno i drugie… – pomyślał.
Przez króciutki, ciemny korytarzyk zawalony niesamowitą ilością najróżniejszych gratów przeszli do kuchni. Na szafce palił się kaganek. Ciemność dodatkowo rozjaśniała rozżarzona płyta kuchenki elektrycznej. Krzątała się tam okropnie gruba dziewczyna w wystrzępionym szlafroku… Gotowała w dużym aluminiowym garnku makaron.
– Cześć, Święta – rzuciła do Agnes. – Wreszcie sprowadziłaś tego swojego profesora?
– Cześć, Donna, to druga czy trzecia kolacja dzisiaj? – odpaliła Agnes. – Mogę wziąć swój kaganek?
– Zaczekaj jeszcze chwilę, już odcedzam. Franko! – krzyknęła w ciemność. – Wyjdźże wreszcie i przywitaj się – wyraźnie grała na zwłokę, by zdążyć z robotą.
– Cały wieczór leży pod kołdrą, ogląda telewizję i żre makaron – powiedziała.
Z ciemności wytoczył się niski, gruby jak Donna, mężczyzna o błyszczących jak u gryzonia oczkach, szczeciniastych wąsach i mocno przerzedzonych włosach. Buchnęła para; Donna odcedziła makaron, wrzuciła do niego pół kostki margaryny i starannie mieszała topniejący tłuszcz z kluskami.
– Franko Tarcza, student czwartej rangi wydziału inżynierii – przedstawił się grubas.
Margaryna rozpuściła się zupełnie, wsiąkając w makaron. Donna nałożyła dwie kopiate miski.
– Miłego wieczora – powiedziała, biorąc swoją miskę i dużą aluminiową łyżkę. – Dalej głodujesz wieczorami? Chodzić piechotką, to będzie forsa na kolację – dodała na odchodnym.
– Donna lubi pożartować – Franko wziął bliźniaczą miskę i łyżkę.
– Dobry program? – zapytał grzecznie Graham.
– Świetny. Od dwóch godzin leci koszykówka. Superpuchar. Oderwać się nie można od ekranu.
– Nastawię wodę – powiedziała Agnes, rozluźniając szalik, bo gorąc bił od kuchenki. – Jak płyta ostygnie, to potem rozgrzewa się przez pół godziny – wrzuciła do otworu dwie monety dwudziestodolarowe. – Kuchenka często zacina się i kradnie bilon – powiedziała, stawiając garnek z wodą na płycie.
– Chodź, zdejmiesz płaszcz – powiedziała. Przecisnęli się wąziutkim korytarzykiem, mijając dwoje drzwi.
Agnes otworzyła kłódkę wiszącą na drzwiach.
– Zaczekaj, sprawdzę coś najpierw – pośliniła palec i zgasiła kaganek.
Weszli do pokoiku, którego dwie ściany narożne stanowiły okna.
– Popatrz, oni nadal tam stoją – powiedziała, wskazując na dwa ciemne kształty kryjące się w mroku bramy domu naprzeciwko. Teraz czekają na ciebie.
– Może przez cały czas chodziło im o mnie?
– Nie – czasami to słowo w ustach Agnes brzmiało szczególnie, nieodwołalnie, bezdyskusyjnie. – Przyszli tu za mną, a teraz chcą wiedzieć, kim ty jesteś.
– To w porę zdecydowałem się, żeby cię odprowadzić… – nawet nie spróbował spierać się z nią.
Zasłoniła okno jakimiś nierówno wiszącymi szmatami i zapaliła trzy świece.
Pokoik był maleńki: dwa na dwa i pół metra. Łóżko, stołek, biurko i mała półeczka, na ścianie wieszak na ubrania, na podłodze sterta książek, na drzwiach wiszące dwa ręczniki.
– To tyle?, – wyrwało mu się. – A gdzie tata?
– Umarł pięć lat temu. Zaraz potem, gdy zaczęłam studia. Powieś kurtkę na wieszaku.
– To dzięki tym facetom załapałem się na herbatę?…
– W zasadzie… tak. Widziałam, jak stali w bramie, i pomyślałam, że mogą cię zaatakować. Zaczekaj. Zaparzę herbatę. A może chcesz jakieś zioła?
– Znowu będzie cuchnęło tym edeńskim gównem – doszedł ich głos zza ściany. Zawtórował mu chichot.
– To nasi znajomi? – zapytał Graham.
– Nie, to Spence sprowadził zdobycz. Co parę dni sprowadza nową – wypaliła Agnes.
W odpowiedzi usłyszeli szelest, szamotaninę i stłumione głosy. Nie było więcej złośliwych uwag. Widać, Agnes mogła jeszcze wiele ujawnić na temat Spenca.