Z jej palców wyskoczyła pręga czystego światła, powietrze wokół niej zadrżało, zwinęło się. Ogień stosu uderzył w Ogara Ciemności i przebił go na wylot, uderzając w ziemię poza nim. Cała okolica zatrzęsła się, Nynaeve ledwie ustała na nogach. Lan upadł, a Ogary Ciemności rzuciły się na niego.
„NIE!” - pomyślała Nynaeve, prostując się, splatając kolejny ogień stosu. Trafiła kolejnego ogara, następnego. Ale dalsze wyskakiwały spoza formacji skalnych. Skąd one się brały? Nynaeve szła naprzód, tkając zakazane sploty.
Z każdym uderzeniem ziemia drżała, jakby targana bólem. Ogień stosu nie powinien w ten sposób dziurawić gruntu… Coś było nie tak.
Dotarła do miejsca, gdzie leżał Lan. Okazało się, że złamał nogę.
- Nynaeve! - powiedział. - Musisz stąd odejść.
Zignorowała jego słowa, przyklękła obok i splotła ogień stosu, gdy następny ogar wyjrzał zza jakiejś sterty gruzów. Było ich coraz więcej, a ona była taka zmęczona. Za każdym razem, kiedy przenosiła Jedyną Moc, wydawało jej się, że to już po raz ostatni.
Ale przecież tak nie może być. Nie zostawi Lana w niebezpieczeństwie. Utkała skomplikowany splot Uzdrawiania, wkładając weń wszystkie siły, jakie jej jeszcze zostały. Noga została uleczona. Lan podniósł się niezgrabnie, chwycił miecz, odwrócił się, by odeprzeć atak Ogara Ciemności.
Walczyli ramię w ramię, ona ogniem stosu, on stalą. Jednak jego ciosy miały w sobie jakąś ospałość, a jej za każdym razem mgnienie dłużej zabierało utkanie ognia stosu. Ziemia wokół drżała i dudniła, kamienie osypywały się z ruin.
- Lan! - krzyknęła. - Szykuj się do ucieczki!
- Co?
Dobywając z siebie resztkę sił, splotła ogień stosu i skierowała w ziemię przed ich stopami. Ziemia skurczyła się w agonii, jakby była żywym zwierzęciem. Potem pękła, a Ogary Ciemności wpadły do szerokiej szczeliny. Nynaeve upadła, Źródło wyślizgnęło się z jej uścisku. Była zbyt zmęczona, żeby przenosić.
Lan chwycił ją za rękę.
- Musimy uciekać!
Podniosła się i podała mu dłoń. Razem pobiegli w górę zbocza, ziemia drżała pod ich stopami. Zza pleców dobiegało wycie Ogarów Ciemności - część stada przeskoczyła szczelinę.
Nynaeve biegła ze wszystkich sił, trzymając Lana za rękę. Tak dostali się na szczyt wzgórza. Grunt pod nimi trząsł się już tak niepowstrzymanie, że nie potrafiła uwierzyć własnym oczom, iż szopa wciąż stoi. Na słabych nogach ruszyła w jej stronę, a Lan za nią.
Potknął się, krzyknął z bólu. Jego ręka wyślizgnęła się z jej palców. Odwróciła się. Za nimi gnała czarna masa Ogarów Ciemności - właśnie dotarły na szczyt wzgórza i teraz pędziły ku nim, błyskając zębami i roniąc ślinę z pysków. Lan gestem nakazał jej uciekać, oczy miał szeroko rozwarte.
„Nie”. - Złapała go za ramię, zaparła się, ściągnęła w dół. Razem potoczyli się ku drzwiom i…
Nynaeve wypadła z ter’angreala, ciężko dysząc. Runęła na zimną posadzkę, naga, drżąca. W powodzi wspomnień przypomniało jej się wszystko. Każdy potworny moment tej próby. Każda zdrada, każdy denerwujący splot. Bezsilność, płacz dzieci. Śmierć ludzi, których znała i kochała. Płakała z twarzą wtuloną w posadzkę, zwinięta w kłębek.
Jej ciało było jednym wielkim bólem. Ramię, nogi, ręce i plecy wciąż krwawiły. Płaty skóry pokrywały bąble po oparzeniach, większa część warkocza zniknęła. Niezwiązane włosy spływały na twarz, wewnątrz zmagała się z koszmarnymi obrazami tego, co zrobiła.
W pobliżu usłyszała jęki. Poprzez załzawione oczy zobaczyła, jak krąg Aes Sedai rozpada się, a tworzące go kobiety uwalniają sploty i stają zgarbione. Nienawidziła je. Nienawidziła je wszystkie razem i każdą z osobna.
- Światłości! - rozległ się głos Saerin. - Niech któraś ją Uzdrowi!
Otoczenie zaczęło się zlewać przed jej oczyma. Głosy oddalały się. Brzmiały, jakby dochodziły spod wody. Takie spokojne… Zalała ją fala chłodu. Jęknęła. Lodowaty wstrząs Uzdrawiania sprawił, że otworzyła oczy. Rosil klęczała obok niej. Wyglądała na zmartwioną nie na żarty.
Ból zniknął, natomiast wyczerpanie trzymające Nynaeve w swoich kleszczach wzmogło się dziesięciokrotnie. A ból, jaki niosła pamięć… pozostał. Och, Światłości. Wciąż słyszała płacz dzieci.
- Cóż - gdzieś blisko rozległ się głos Saerin - wygląda na to, że będzie żyła. Dobrze, może teraz któraś mi powie, co to, w imię samego stworzenia, właściwie było? - W jej głosie brzmiał nieskrywany gniew. - Brałam udział w wielu wyniesieniach do szala, nawet takich, z których kobieta nie wychodziła z życiem. Ale nigdy, przez wszystkie moje dni, nie widziałam, żeby jakiejś kobiecie kazano przeżyć to, co tej.
- Miała przejść porządną próbę - odpowiedziała Rubinde.
- Porządną? - dopytywała Saerin, gotując się ze złości.
Nynaeve nie miała siły nawet na nie spojrzeć. Leżała, ciężko dysząc.
- Porządną? - powtórzyła Saerin. - Nie było w tym nic porządnego. To była jawna zemsta, Rubinde! Niemalże każda z tych prób przekraczała najtrudniejsze rzeczy, jakich domagano się od innych kobiet. Powinniście się wstydzić. Wszystkie. Światłości, zobaczcie, coście zrobiły tej dziewczynie!
- To nieistotne - lodowatym tonem oznajmiła Barasine z Czerwonych. - Ponieważ zawiodła i nie przeszła próby.
- Co? - wyskrzeczała Nynaeve, w końcu unosząc wzrok. Ter’angreal stał nad nią ciemny, Rosil przyniosła jej koc i ubranie. Egwene stała z boku, ręce miała splecione. Słuchała pozostałych, a jej twarz spowijała niezmącona pogoda ducha. Nie mogła głosować w tej sprawie. To pozostałe miały zdecydować, czy Nynaeve przeszła próbę, czy nie.
- Zawiodłaś, dziecko - powtórzyła Barasine, obrzucając Nynaeve pozbawionym wyrazu spojrzeniem. - Nie zachowywałaś się w odpowiedni sposób.
Lelaine z Błękitnych pokiwała głową, choć wyglądała, jakby przykrość sprawiało jej, że musi zgodzić się z Czerwoną siostrą.
- To były próby, mające sprawdzić twoją umiejętność zapanowania nad sobą. Umiejętność, którą musi cechować się każda Aes Sedai. Nie udało ci się.
Pozostałe popatrywały po sobie niepewnie. Nie powinno się wspominać o konkretnych warunkach prób. Tyle Nynaeve sama wiedziała. Wiedziała też, że zazwyczaj fiasko poniesione podczas prób i śmierć były równoznaczne. I teraz, kiedy mogła się nad tym wszystkim w miarę spokojnie zastanowić, jakoś bynajmniej nie wydawało się jej zaskakujące stwierdzenie, iż zawiodła.
Złamała zasady rządzące próbą. Ruszyła na pomoc Perrinowi i pozostałym. Przenosiła, wiedząc, że nie ma prawa. I jakoś nie potrafiła wzbudzić w sobie żalu za te wszystkie wykroczenia. Każde uczucie, jakie się w niej pojawiało, ginęło we wszechogarniającym poczuciu utraty.
- Barasine ma rację - niechętnie stwierdziła Seaine. - Na samym końcu dałaś się ponieść prawdziwej furii i biegłaś ku kolejnym markerom. No i jest jeszcze kwestia zakazanych splotów. Najbardziej chyba kłopotliwa. Nie twierdzę, że nie powinnyśmy zaliczyć ci próby, jednak trzeba zastanowić się nad tymi przypadkami złamania reguł.
Nyaneve spróbowała się podnieść. Rosil położyła jej dłoń na ramieniu, nie chcąc do tego dopuścić, lecz Nynaeve zamiast ulec jej sugestii, podparła się na jej ręce i wstała na chwiejne nogi. Wzięła koc, zarzuciła na ramiona, ściągając z przodu.
Czuła się jak wyżęta.
- Zrobiłam, co musiałam zrobić. Która z was nie pobiegłaby na pomoc ludziom w niebezpieczeństwie? Która z was powstrzymałaby się przed sięgnięciem do Źródła w obliczu ataku Pomiotu Cienia? Zachowałam się jak na Aes Sedai przystało.