Выбрать главу

- A jeżeli oznacza to różnicę między szalem a jego utratą na zawsze?

- Złożenie takiej przysięgi byłoby objawem głupoty - wyjaśniła Nynaeve. - Mogę przecież znaleźć się w sytuacji, kiedy od jego wykorzystania będzie zależeć życie ludzkie. Światłości! Przecież będę u boku Randa walczyć w Ostatniej Bitwie. Jak sądzicie, co się stanie, jeżeli będę musiała zejść do Shayol Ghul, a tam okaże się, że ogień stosu jest jedynym sposobem, który pomoże mu pokonać Czarnego? Zmusicie mnie, żebym wybierała między głupią przysięgą a losem świata?

- Wydaje ci się, że wejdziesz do Shayol Ghul? - zapytała z niedowierzam Rubinde.

- Wiem, że tam będę - cicho odrzekła Nynaeve. - To nie ulega wątpliwości. Rand mnie o to poprosił, choć gotowa byłabym na to, nawet gdyby tego nie zrobił.

Popatrzyły po sobie, wyraźnie zbite z tropu.

- Jeżeli chcecie ofiarować mi szal - ciągnęła dalej Nynaeve - wówczas musicie po prostu zaufać mojemu osądowi w kwestii ognia stosu. Jeżeli nie ufacie, że wiem, kiedy uciec się do bardzo niebezpiecznego splotu, a kiedy nie, to lepiej się dwa razy zastanówcie.

- Byłabym w tej kwestii nadzwyczaj ostrożna - zwróciła się Egwene do zgromadzonych. - Odmowa wyniesienia do godności Aes Sedai wobec kobiety, która pomogła oczyścić saidina ze skazy, kobiety, która sama jedna pokonała w pojedynku Moghedien, kobiety będącej żoną króla Malkieru… to stworzyłoby bardzo groźny precedens.

Saerin popatrzyła po pozostałych. Trzy skinienia głową. Yukiri, Seaine i - o dziwo - Romanda. Trzy kobiety pokręciły przecząco głowami. Rubinde, Barasine, Lelaine. Zostawała tylko Saerin. Głos decydujący.

Brązowa siostra spojrzała na nią.

- Nynaeve al’Meara, ogłaszam, że przeszłaś próby. Ledwie.

Usłyszała z boku lekkie - omalże niedosłyszalne - westchnienie Egwene. Po chwili zdała sobie sprawę, że sama wstrzymała oddech.

- Dokonało się! - zaintonowała Rosil, głośno klaszcząc w dłonie. - Niech żadna nikomu nie zdradza, co tu zaszło. Milczeniem połączmy się we wspólnym doświadczeniu z tą, która to przeżyła. Dokonało się.

Pozostałe kobiety zgodnie pokiwały głowami, nawet te, które głosowały przeciwko Nynaeve. Nikt nie dowie się, że omalże nie zawiodła. W kwestii ognia stosu postanowiły wystąpić bezpośrednio przeciwko niej - zamiast wszcząć procedurę formalnej pokuty - ponieważ tradycja zakazywała wspominać o tym, co zdarzyło się we wnętrzu ter’angreala.

Rosil powtórnie klasnęła w dłonie.

- Nynaeve al’Meara, spędzisz dzisiejszą noc na modlitwie i kontemplacji ciężaru, który spocznie na twoich ramionach jutro, gdy wdziejesz szal Aes Sedai. Dokonało się. - Po raz trzeci i ostatni klasnęła w dłonie.

- Dziękuję - powiedziała Nynaeve. - Ale ja już mam szal i…

Urwała na widok spojrzenia, jakim obrzuciła ją Egwene. Spojrzenie było całkowicie spokojne, ale kryło się w nim coś takiego… Po chwili namysłu uznała, że dzisiaj i tak już posunęła się dość daleko.

- …i z całym szacunkiem przestrzegać będę waszych tradycji - ciągnęła, odłożywszy na bok wątpliwości. - Póki mi będzie wolno najpierw załatwić pewną niecierpiącą zwłoki sprawę. Zaraz potem wrócę, do was i waszych tradycji.

Nynaeve musiała otworzyć bramę, żeby dostać się do miejsca, do którego zmierzała. Nikogo nie poinformowała, że jej zadanie będzie wymagało opuszczenia Wieży. Ale niczego, co mogło być zrozumiane w odwrotnym sensie, też nie powiedziała. Śpieszyła przez ciemny obóz namiotów, przytulony do częściowo zbudowanych murów obronnych. Nocne niebo zasnuwały chmury, niewiele było widać, tylko na perymetrze płonęły ogniska. Być może trochę zbyt wiele było tych ognisk. Znajdujący się tu żołnierze byli nadzwyczaj ostrożni. Na szczęście wartownicy bez słowa wpuścili ją do obozu. We właściwych okolicznościach pierścień z Wielkim Wężem potrafił zdziałać cuda. Nawet poinformowali ją, gdzie może znaleźć kobietę, której szuka.

Po prawdzie, to Nynaeve była zaskoczona, widząc te namioty na zewnątrz, a nie wewnątrz murów Czarnej Wieży. Zgodnie z propozycją Randa, te kobiety zostały wysłane, żeby nałożyć na Asha’manów więź zobowiązań. Lecz według tego, co usłyszała od wartowników, emisariuszkom Egwene kazano czekać. Asha’mani oznajmili, że „inne mają pierwszeństwo wyboru”, cokolwiek to miało znaczyć. Egwene zapewne wiedziała coś więcej. Między nią a zgromadzonymi tu kobietami kursowały bez przerwy łączniczki. Przedmiotem komunikacji była zwłaszcza niepokojąca ewentualność obecności Czarnych sióstr wśród nich. Te, których imiona znano, zniknęły, zanim przybyły pierwsze kobiety z Wieży.

Nynaeve jakoś nie miała głowy, żeby teraz rozpytywać się o szczegóły. Czekało na nią inne zadanie. Podeszła do właściwego namiotu, tak wymęczona próbami, które właśnie miała za sobą, że gotowa omalże zwalić się na ziemię z łopotem żółtych szat. Kilku Strażników właśnie przechodziło obok, przyglądali jej się ze spokojnym wyrazem twarzy.

Namiot, przed którym stała, był prostą konstrukcją w kolorze szarym. Z wnętrza sączyło się słabe światło, na ścianach poruszały się cienie.

- Myrelle - głośno zapowiedziała się Nynaeve. - Chciałabym z tobą porozmawiać. - Była zaskoczona tym, jak mocno brzmi jej głos. Nie sądziła, że zostało jej jeszcze tyle siły.

Cienie wewnątrz zatrzymały się, a potem poruszyły znowu. Zaszeleściły klapy namiotu, na zewnątrz wyjrzała zaskoczona twarz.

Myrelle miała na sobie błękitną koszulę nocną, prawie przezroczystą. Za jej plecami Nyaneve dostrzegła jednego z jej Strażników - potężnego jak niedźwiedź mężczyznę z czarną brodą przyciętą na illiańską modłę - który bez koszuli siedział na podłodze namiotu.

- Dziecko? - zapytała Myrelle, a w jej głosie pobrzmiewało zaskoczenie. - Co ty tu robisz? - Zielona siostra była prawdziwą pięknością o oliwkowej cerze i zaokrąglonej figurze, jej twarz okalały długie czarne włosy.

Nynaeve opanowała odruch sięgnięcia do warkocza. Zupełnie zresztą się do tego obecnie nie nadawał. Do wielu rzeczy będzie się musiała przyzwyczajać od nowa.

- Masz coś, co należy do mnie - oświadczyła Nynaeve.

- Hm… To zależy, dziecko. - Myrelle zmarszczyła brwi.

- Dzisiaj zostałam wyniesiona do szala - stwierdziła Nynaeve. - Ceremonialnie. Przeszłam próby. Teraz jesteśmy równe sobie, Myrelle. - Reszta pozostała niewypowiedziana. Chodziło o to, że Nynaeve była silniejsza we władaniu Jedyną Mocą. A więc, w myśl zwyczajów obowiązujących wśród Aes Sedai, tak naprawdę równe sobie nie były.

- Przyjdź jutro - oświadczyła Myrelle. - Teraz jestem zajęta. - Zrobiła taki ruch, jakby chciała wrócić do namiotu.

Nynaeve schwyciła ją za rękę.

- Nigdy ci nie podziękowałam - powiedziała, choć słowa te z najwyższym trudem przeszły jej przez gardło. - Więc robię to teraz. Dzięki tobie on żyje. Zdaję sobie sprawę. Wszelako, Myrelle, to nie czas, żeby nadużywać mojej cierpliwości. Dzisiaj z konieczności byłam świadkiem tego, jak moich ludzi mordowano, musiałam skazywać dzieci na życie w udręce. Byłam przypalana, chłostana i siekana. Więc przysięgam ci, kobieto, że jeżeli nie przekażesz mi w tej samej chwili więzi zobowiązań Lana, wejdę do twojego namiotu i nauczę cię, co znaczy posłuszeństwo. Nie zmuszaj mnie. Rankiem złożę Trzy Przysięgi. Póki co jestem od nich wolna na jeszcze jedną noc.

Myrelle zamarła. Potem westchnęła i na powrót wyszła z namiotu.

- Niech więc tak będzie. - Zamknęła oczy, utkała Ducha i przeniosła splot na Nynaeve.

Ta poczuła się, jakby znienacka w jej umyśle znalazło się coś obcego - uczucie było tak silne, jakby obejmowała przedmiot czysto fizyczny. Jęknęła, świat wokół niej zawirował.

Myrelle odwróciła się i wślizgnęła do namiotu. Nynaeve zachwiała się, aż musiała usiąść na ziemi. Coś rozkwitało wewnątrz jej umysłu. Świadomość. Piękna, cudowna.