- Panny mogą rzucać się w oczy - biadolił. Cóż, faktycznie polecił Grady’emu, żeby w wypadku prośby Aielów, otwierał dla nich bramy, ale myślał wówczas raczej o szczególnych przypadkach wymarszów i powrotów z dalekich miejsc. Powinien wyrazić się bardziej precyzyjnie.
- Cóż, nikt ich nie widział. - W głosie Seonid brzmiało zniecierpliwienie, jakiego można oczekiwać po kimś, kto rozmawia z niezbyt rozgarniętym dzieckiem. - Przynajmniej nikt, z kim nie zechciały porozmawiać.
Światłości! Czy to tylko jemu się zdawało, czy też naprawdę zaczynała się pod każdym właściwie względem upodabniać do Mądrych? A może tym właśnie Seonid i pozostałe zajmowały się w obozie Aielów? Ćwiczeniami w uporze? Światłości, zmiłuj się nad nimi wszystkimi.
- Poza tym - kontynuowała Seonid - wizyta w Caemlyn była decyzją mądrą. Nie można ufać plotkom, zwłaszcza w sytuacji, gdy na tym terenie rzekomo działa jeden z Przeklętych.
- Jeden z Przeklętych? - zapytała Galenne. - W Andorze?
Perrin pokiwał głową, gestem dłoni prosząc o kolejny kubek podgrzanej herbaty.
- Rand twierdził, że chodzi o Rahvina, chociaż kiedy bitwa miała miejsce, znajdowałem się jeszcze w Dwu Rzekach. - Kolory zawirowały przed oczyma Perrina. - Rahvin podawał się za lokalnego szlachcica, człowieka imieniem Gabral lub Gabil czy coś takiego. Parawanem jego machinacji była sama królowa… Rozkochał ją w sobie czy inaczej omotał. A potem ją zabił.
Rozległ się donośny łoskot, gdy na ziemię spadła taca którejś ze służących.
Porcelanowe kubki poszły w drzazgi, herbata bryznęła do góry. Perrin odwrócił się z przekleństwem, a kilka Panien poderwało się na nogi, sięgając do rękojeści noży.
Maighdin stała ogłupiała, ręce zwisały luźno przy jej bokach. Taca leżała na ziemi przed nią.
- Maighdin! - krzyknęła Faile. - Wszystko w porządku?
Słomianowłosa służąca spojrzała na Perrina ogłupiałym spojrzeniem.
- Wybacz mi, mój panie, ale chciałabym, żebyś jeszcze raz powtórzył to, co powiedziałeś.
- Co?- zdumiał się Perrin. - Kobieto, co się z tobą dzieje?
- Powiedziałeś, że jeden z Przeklętych uczynił Andor miejscem swego pobytu - rzekła Maighdin całkowicie spokojnym głosem. Potem obrzuciła go spojrzeniem tak ostrym, jakiego mógłby się spodziewać po pierwszej lepszej Aes Sedai. - Jesteś pewien tych informacji?
Perrin osunął się z powrotem na poduszki, podrapał po brodzie.
- Na tyle, na ile czegokolwiek mogę być pewien. Minęło już trochę czasu, ale pamiętam, że Rand był przekonany, wręcz pewny. W andorańskim pałacu walczył z kimś, kto posługiwał się Jedyną Mocą.
- Miał na imię Gaebril - podpowiedziała Sulin. - Byłam tam wtedy. Z nieba spłynęła błyskawica i nie miałam żadnych wątpliwości, że stanowi twór Jedynej Mocy. To był jeden z Przeklętych.
- Byli w Andorze tacy, którzy słyszeli, jak Car’a’carn mówił o tym incydencie - dodała Edarra. - Powiedział, że ten Gaebril używał zakazanych splotów przeciwko mieszkańcom pałacu. Dzięki temu wypaczał ich umysły, zmuszając do myślenia i działania według swojej woli.
- Maighdin, co się dzieje? - zapytał Perrin. - Światłości, kobieto, on już nie żyje. Nie ma się czego bać.
- Proszę o wybaczenie - wyjąkała Maighdin. Wyszła z namiotu, zostawiając leżącą tacę i porcelanę w białych jak kości odłamkach na ziemi.
- Później do niej zajrzę - powiedziała Faile, wyraźnie zaambarasowana. - Poraziła ją świadomość, że żyła tuż pod bokiem jednego z Przeklętych. Jak wiecie, pochodzi z Caemlyn.
Pozostali pokiwali głowami, a służący weszli, żeby posprzątać bałagan. Perrin zrozumiał, że nie może liczyć na kolejną herbatę.
„Głupiec” - pomyślał o sobie. „Większość życia przeżyłem, nie mając żadnej możliwości otrzymania herbaty na skinienie dłoni. Nie umrzesz, skoro teraz nikt ci jej nie poda”.
- Idźmy dalej - oświadczył, moszcząc się na poduszkach. Nigdy nie przyzwyczaił się do tych przeklętych wygód.
- Na tym mój raport się kończy - stwierdziła Seonid, demonstracyjnie ignorując służącą, która zamiatała porcelanowe okruchy tuż przed jej stopami.
- Wobec tego moja poprzednia decyzja pozostaje w mocy - stwierdził Perrin. - Najważniejsza jest sprawa Białych Płaszczy. Po jej załatwieniu udam się do Andoru i porozmawiam z Elayne. - Grady, jak ci idzie?
Pomarszczony Asha’man spojrzał na niego z miejsca, gdzie siedział odziany w swój czarny kaftan.
- W pełni doszedłem już do siebie po chorobie, mój panie, a Neald czuje się prawie równie dobrze.
- Wciąż wyglądasz na zmęczonego - rzekł Perrin.
- Bo jestem zmęczony - wyjaśnił Grady - lecz, niech sczeznę, czuję się lepiej niż wielokrotnie wcześniej podczas roboty na polu, zanim trafiłem do Czarnej Wieży.
- Czas, abyśmy zaczęli odsyłać tych uchodźców do miejsc ich zamieszkania - powiedział Perrin. - Dzięki kręgom możecie, jak rozumiem, dłużej utrzymać otwartą bramę?
- Nie jestem do końca pewien. Praca w kręgu sama w sobie jest męcząca. Być może nawet bardziej. Ale z pomocą kobiet możemy tworzyć większe bramy, szerokie na tyle, żeby zmieściły dwa wozy jadące obok siebie.
- To dobrze. Zaczniemy od prostych ludzi. Każdy jeden, który trafi w rodzinne strony, to odrobina mniej ciężaru odpowiedzialności na moich barkach.
- A jeżeli nie będą chcieli odejść? - zapytał Tam. - Wielu z nich zaczęło się szkolić w walce z bronią. Wiedzą, co się zbliża i woleliby raczej stawić temu czoło tutaj… to znaczy z tobą… niż kryć się po domach.
Światłości! Czy w tym obozie nie było nikogo, kto chciałby wrócić do swoich bliskich?
- Na pewno znajdą się jacyś, którzy zechcą wrócić.
- Jacyś się znajdą - zapewnił go Tam.
- Pamiętaj - powiedziała doń Faile - że słabych i starych Aielowie sami odesłali.
Arganda potwierdził jej słowa skinieniem głowy.
- Przyglądałem się tym żołnierzom. Coraz więcej gai’shain dochodzi do siebie psychicznie po szoku, jaki przeżyli, a otrząsnąwszy się, dyszy żądzą krwi. Są twardzi, jak mało którzy żołnierze, jakich znałem.
- Mimo to sądzę, że znajdą się wśród nich tacy, którzy będą chcieli poznać los swych rodzin - zapewnił go Tam - ale tylko pod warunkiem, że pozwolisz im wrócić do siebie. Wiedzą, co nas wszystkich czeka.
- A więc na początek wyślemy wszystkich tych, którzy chcą wrócić na stałe do swych domów - podsumował Perrin. - Pozostałymi zajmę się po Białych Płaszczach.
- Świetnie - ucieszył się Gallenne. - O ile moi ludzie otrzymają szansę szarży na tę zbieraninę z ich lewej flanki.
- Balwer - rozkazał Perrin. - Napisz do Białych Płaszczy. Powiedz im, że będziemy walczyć, a oni mogą wybrać plac bitwy.
Lecz wypowiadając te słowa, poczuł w sobie jakiś niepojęty opór. Strasznym marnotrawstwem wydała mu się nieunikniona śmierć wielu, którzy mogliby przydać się do walki z Cieniem. Ale nie umiał znaleźć innego wyjścia.
Balwer skinął głową. Biła od niego woń waleczności. Cóż też Białe Płaszcze mogły uczynić Balwerowi? Zasuszony sekretarz wydawał się nimi zafascynowany.
Narada powoli dobiegała końca. Perrin podszedł do odsłoniętej ściany namiotu i przyglądał się wychodzącym grupkom swoich sprzymierzeńców - Alliandre i Arganda od razu ruszyli do swoich części obozu. Faile, było to co najmniej dziwne, szła w towarzystwie Berelain, a nadto o czymś żywo rozmawiały. Bijące od nich wonie świadczyły o gniewie, lecz słowa były nadzwyczaj uprzejme. Co one knują?
I tylko parę mokrych plam na podłodze namiotu pozostało po upuszczonej tacy. Co się stało Maighdin? Takie niezrozumiałe zachowania były powodem do niepokoju; zbyt często ostatnimi czasy stanowiły zapowiedź kolejnej manifestacji potęgi Czarnego.