Выбрать главу

- Mój panie? - zapytał cichy głos, poprzedzony uprzejmym kaszlnięciem.

Perrin odwrócił się i zobaczył stojącego za sobą Balwera. Dłonie tamtego były skromnie złożone, sylwetka nieodparcie przywodziła na myśl stracha na wróble, wykonanego z paru gałęzi, starej koszuli i kaftana.

- Tak? - zapytał Perrin.

- Odwiedziwszy uczonych w Cairhien, usłyszałem od nich kilka rzeczy, które mogą okazać się… hm… interesujące.

- Uzupełniłeś zapasy, prawda?

- Tak, tak. Magazyny mam dobrze wyposażone. Proszę, czy mógłbyś poświęcić mi chwilę? Mam powody, by wierzyć, że zainteresuje cię to, co powiem.

- Mów więc - zezwolił Perrin, wracając do wnętrza namiotu.

Ostatni z obecnych na naradzie właśnie go opuszczali.

Balwer zaczął przyciszonym głosem:

- Po pierwsze, mój panie, wychodzi na to, że Synowie Światłości są w sojuszu z Seanchanami. Obecnie wszyscy już o tym mówią, dlatego też martwię się, czy przypadkiem stacjonujące przed nami siły nie stanowią zasadzki…

- Balwer - przerwał tamtemu Perrin. - Wiem, że nienawidzisz Białych Płaszczy, ale te „wieści” słyszałem już od ciebie pięć razy.

- Tak, ale…

- Koniec tematu Białych Płaszczy - uciął Perrin, podnosząc dłoń. - Chyba że masz jakieś konkretne wieści na temat oddziałów, z którymi mamy się zmierzyć. Masz coś takiego?

- Nie, mój panie.

- Wobec tego to by było na tyle. Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć?

Oblicze Balwera nie zdradzało nawet śladu irytacji, lecz w woni od niego bijącej Perrin czuł rozczarowanie. Światłość jedna wiedziała, że Białe Płaszcze miały na sumieniu wiele, toteż Perrin nie mógł winić Balwera za jego uczucia, choć ostatnimi czasy jego obsesja stawała się męcząca.

- Cóż, mój panie - zaczął Balwer - gotów byłbym się założyć, że opowieści o staraniach Smoka Odrodzonego o sojusz z Seanchanami są czymś więcej niż zwykłą plotką. Kilka z moich źródeł twierdzi, że wystosował propozycję pokojową do ich dowódcy.

- Ale co się stało z jego ręką? - zapytał Perrin, wysiłkiem woli przeganiając ze swych myśli kształtujący się tam obraz Randa.

- O co chodzi, mój panie?

- O nic - odparł Perrin.

- Poza tym - ciągnął dalej Balwer, sięgając do rękawa - alarmująco dużo tego krąży wśród kieszonkowców, wagantów i innych łotrzyków. - Wyciągnął kartkę papieru z narysowanym wizerunkiem Perrina. Podobieństwo było niepokojąco dokładne.

Perrin wziął kartkę do ręki, zmarszczył czoło. Wizerunkowi nie towarzyszyły żadne słowa. Balwer tymczasem podał mu drugą kartkę, identyczną z pierwszą. Potem trzecią, na niej przedstawiony był Mat.

- Skąd to masz? - zapytał Perrin.

- Jak już mówiłem, mój panie - tłumaczył Balwer - są rozpowszechniane w określonych kręgach. Z tego, co się mówi, wynika, że każdy, kto dostarczy twoje ciało, otrzyma sporą sumę pieniędzy, choć nie udało mi się ustalić od kogo.

- Znalazłeś je w tej szkole, którą w Cairhien założył Rand?

Na skurczonej twarzy skryby nie odbijały się żadne emocje.

- Kim ty tak naprawdę jesteś, Balwer?

- Sekretarzem. Obdarzonym ponadto pewnym talentem odkrywania tego, co ukryte.

- Pewnym talentem? Balwer, ja nie pytam o twoją przeszłość. Uważam, że każdy ma prawo do nowego początku. Ale teraz czeka nas bitwa z Białymi Płaszczami, a ty wyraźnie miałeś już z nimi do czynienia wcześniej. Muszę wiedzieć, o co chodzi.

Przez dłuższą chwilę Balwer stał, nic nie mówiąc. W ciszy słychać było szelest płótna uniesionych ścian namiotu.

- Mój poprzedni pracodawca był człowiekiem jak najbardziej godnym szacunku, mój panie - zaczął Balwer. - Zginął z ręki Synów Światłości. Niektórzy wśród nich mogą mnie rozpoznać.

- Byłeś szpiegiem u tego kogoś? - zapytał Perrin.

Kąciki usta Balwera wyraźnie opadły. Mówił coraz ciszej.

- Po prostu mam dobrą pamięć do faktów, mój panie.

- Tak, z gromadzeniem faktów radzisz sobie znakomicie. Jesteś mi bardzo pomocny, Balwer. Próbuję ci tylko powiedzieć, że cieszę się, że mam cię przy sobie.

Tamten pachniał zadowoleniem.

- Jeżeli mogę coś rzec, mój panie, to naprawdę przyjemnie jest pracować dla kogoś, kto nie wykorzystuje zdobytych przeze mnie informacji wyłącznie w celu skompromitowania członków swego otoczenia.

- Cóż, może i tak. Chyba powinienem ci lepiej płacić - powiedział Perrin.

W bijącej od Balwera woni pojawiła się nutka panicznego lęku.

- To nie będzie konieczne.

- Znacznie więcej pieniędzy mógłbyś zażądać od dowolnego lorda czy kupca!

- Mali ludzie, nieznaczący w świecie - powiedział Balwer, a palce lekko mu drżały.

- Tak, niemniej wciąż sądzę, że powinieneś być lepiej opłacany. Rozumowanie jest proste. Jeżeli zatrudnisz w swojej kuźni pomocnika i nie będziesz mu dostatecznie dobrze płacić, to on najpierw oczaruje twoich stałych klientów, a potem, gdy tylko będzie go na to stać, otworzy swoją kuźnię po przeciwnej stronie ulicy.

- Ach, mój pan nie rozumie - zaprotestował Balwer. - Pieniądze nic dla mnie nie znaczą. Tylko informacja jest ważna. Fakty, wiedza… są jak złote samorodki. Mogę zanieść złoto do zwykłego bankiera, który zrobi z niego monety, ale wolę dać je rzemieślnikowi artyście, żeby stworzył coś pięknego. Mój panie, proszę pozwolić mi pozostać zwykłym sekretarzem. Zresztą powinieneś zdawać sobie sprawę, że najprostszym sposobem stwierdzenia, czy ktoś jest tym, kim być się zdaje, jest sprawdzenie jego zarobków. - Zachichotał. - W ten sposób udało mi się wykryć niejednego asasyna czy szpiega. Nie potrzebuję żadnej podwyżki. Możliwość pracy dla ciebie jest sama w sobie wystarczającą nagrodą.

Perrin wzruszył ramionami, lecz nie wiedział, co mógłby jeszcze powiedzieć, więc tylko pokiwał głową. Potem wyszedł z namiotu, ze swoimi i Mata wizerunkami w kieszeni. Zaniepokoiły go. Gotów był się założyć, że po Andorze również takie obrazki krążyły, rozsyłane przez jednego z Przeklętych.

Po raz pierwszy w życiu zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem faktycznie nie będzie potrzebował armii, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo. To też była niepokojąca myśl.

Fala potwornych Trolloków przetoczyła się przez szczyt wzgórza, zalewając resztki umocnień obronnych. Chrząkały, wyły, grube paluchy szarpały czarną saldaeańską glebę, w dłoniach błyszczały miecze, włócznie o zakrzywionych grotach, młoty, pałki oraz inne złowrogie bronie. U jednych ślina ściekała po sterczących spod warg kłach, u innych szerokie i nazbyt ludzkie oczy zerkały zza szpetnych dziobów. Na czarnych zbrojach srożyły się kolce.

Żołnierze Ituralde bronili się dzielnie u stóp tylnego stoku wzgórza. Wcześniej nakazał, żeby zwinięto niższy obóz, a potem odwrót tak daleko, jak się da na południe, brzegiem rzeki. Tymczasem zasadnicze siły armii wycofały się z linii fortyfikacji. Jako generał nienawidził konieczności porzucania pozycji strategicznie bardziej korzystnych, ale zdawał sobie sprawę, że odwrót po stromym zboczu z następującym przeciwnikiem skończyłby się katastrofą. Miał jeszcze niejaką swobodę manewru, więc ją wykorzystał - a umocnienia już i tak były stracone.

Ulokował swe siły u stóp stoku w miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdował się niższy obóz. Żołnierze Domani w swoich stalowych szyszakach właśnie wsparli o ziemię czternastostopowe piki, stalowe groty błyszczały przed nadciągającą falą Trolloków. Podręcznikowa pozycja obronna: trzy szeregi pikinierów i tarczowników, piki skierowane ku szczytowi wzgórza. Kiedy pierwszy szereg zabije Trolloka, pikinierzy wycofają się, uwalniając broń, dając swobodę drugiemu szeregowi. A potem powolny, ostrożny odwrót: szereg za szeregiem.