Łucznicy stojący w dwuszeregu za jego plecami zaczęli strzelać - na Trolloki posypały się kolejne nawałnice strzał. Ciała zaczęły zaścielać stok. Ranne Trolloki szarpały się, niektóre wciąż wyły, bryzgając wokół ciemną posoką. Jednak ich zasadnicza masa dalej szła do ataku, tratując ciała padłych braci i próbując dotrzeć do szeregu pikinierów.
Trollok o orlim dziobie właśnie skonał na grocie piki tuż przed miejscem, gdzie stał Ituralde. Krawędzie dzioba bestii były wyszczerbione, łeb o drapieżnych oczach wieńczył gruby jak u byka kark, lotki pokrywała jakaś ciemna oleista substancja. Potwór skrzeczał, umierając, głosem niskim i tylko w bardzo odległy sposób przypominającym ptasi; dziób jakimś cudem potrafił uformować głoski gardłowej mowy Trolloków.
- Stać! - wołał Ituralde, w tę i we w tę prowadząc konia wzdłuż szeregów pikinierów. - Trzymać szyk, żebyście sczeźli!
Trolloki zbiegały ze wzgórza i umierały na grotach pik. Ale sytuacja ustabilizowała się tylko na czas jakiś. Trolloków było po prostu zbyt dużo i wcześniej czy później ogarną potrójny szereg pikinierów. Zresztą, celem tego manewru było wyłącznie spowolnienie ataku przeciwnika. Z tyłu reszta armii już zaczęła właściwy odwrót. Kiedy szeregi osłabną, ciężar obrony wezmą na siebie Asha’mani, kupując pikinierom czas potrzebny do odwrotu. Wszystko pójdzie zgodnie z planem pod warunkiem, że Asha’manom starczy sił. Ostatnimi czasy harowali jak woły. Może za wiele od nich wymagał. Nie znał ich ograniczeń w taki sposób, jak orientował się w ograniczeniach zwykłych żołnierzy. Jeżeli uda im się złamać atak Trolloków, odwrót jego armii na południe powiedzie się. Po drodze będą mijać bezpiecznie ukryte za murami obronnymi Maradon, ale do środka nie zostaną wpuszczeni. Maradończycy dławili w zalążku wszelkie próby nawiązania z nimi komunikacji.
- Nie sprzyjamy najeźdźcom - brzmiała za każdym razem ich odpowiedź. Przeklęci głupcy.
Cóż, można było przypuszczać, że Trolloki zaczną regularne oblężenie Maradon, dając tym samym czas Ituralde i jego ludziom na wycofanie się na lepsze pozycje obronne.
- Stać! - zawołał znowu Ituralde, przejeżdżając przez pozycję, na której napór Trolloków powoli zaczynał dawać wyniki. Przed sobą, wśród umocnień dostrzegł przyczajoną watahę wilczogłowych Trolloków, przyglądających się z uwagą, jak ich pobratymcy atakują u ich stóp. - Łucznicy! - rozkazał, wskazując ręką. W ślad za rozkazem poleciała salwa strzał, zasypując wilczogłowe Trolloki czy też „Mózgi”, jak tę rasę Pomiotu Cienia nazywano w armii Ituralde. Armia Trolloków miała swoje oddziały i strukturę, lecz jego ludzie często dawali im przydomki od jednostkowych cech charakterystycznych. „Rogaci” odnosiło się do koźlogłowych, „Dzioby” do tych z ptasimi dziobami, „Silni” do niedźwiedziopodobnych. Trolloki o wilczych łbach często wykazywały większą inteligencję. Niektórzy z Saldaean twierdzili, że słyszeli jak ludzkim głosem porozumiewają się ze swoimi przeciwnikami, chcąc od nich coś uzyskać albo ich zwieść.
Podczas tych walk Ituralde sporo dowiedział się o Trollokach. Wroga trzeba znać. Na nieszczęście, Trolloki nadzwyczaj różniły się między sobą, zarówno jeśli chodzi o cechy fizyczne, jak i umysłowe. Poza tym było wiele Trolloków, które cechowały atrybuty mieszane - wzięte od różnych grup. Ituralde gotów był przysiąc, że na własne oczy widział potworną hybrydę z piórami jastrzębia i rogami kozła.
Trolloki wśród umocnień próbowały uciec przed strzałami. Za ich plecami jednak pojawiła się zbita masa potężnych kształtów i zepchnęła je w dół, trasą ataku. W normalnych okolicznościach Trolloki były dość tchórzliwe - oczywiście, o ile nie były głodne - jednak groźbą fizycznego bólu można je było wprawić w prawdziwy szał bojowy.
Za pierwszą falą ataku z pewnością przyjdą Pomory. Kiedy łucznikom zabraknie strzał, a Trolloki zmiękczą linie obrońców w dole. Ituralde nie czekał tej chwili z wytęsknieniem.
„Światłości” - pomyślał. „Naprawdę mam nadzieję, że uda nam się uciec”.
W oddali Asha’mani czekali na jego rozkaz. Żałował, że ma ich bliżej siebie. Ale ryzyko było za duże. Byli zbyt ważnym atutem, żeby ryzykować ich życie dla jakiejś zbłąkanej strzały.
Pozostawało mieć nadzieję, że pierwsze szeregi Trolloków zostaną mocno nadwyrężone przez pikinierów i że nacierające za nimi bestie rozbiją się o mur poskręcanych i nabitych na piki ciał. Reszta saldaeańskiej konnicy, jaka została Ituralde, miała za zadanie likwidację niedobitków ognia Asha’manów. Dzięki tak pomyślanej akcji, pozostali pikinierzy powinni być w stanie wycofać się i ruszyć w ślad za armią. Kiedy już miną Maradon, będą mogli za pomocą bram przedostać się na kolejną z góry upatrzoną pozycję - zalesioną przełęcz jakieś dziesięć lig na południe stąd.
Odwrót powinien się udać. Powinien. Światłości, jakże nienawidził takich naprędce zaplanowanych manewrów.
„Tylko bez paniki” - napomniał się w myślach. „Chłopak jest Smokiem Odrodzonym. Dotrzyma swej obietnicy”.
- Mój panie! - dobiegło go czyjeś wołanie. Gwardia Ituralde rozstąpiła się, przepuszczając młodego chłopaka na koniu. - Mój panie, chodzi o porucznika Lidrina! - wydyszał.
- Zginął? - zapytał Ituralde.
- Nie, mój panie. On… - Chłopak obejrzał się przez ramię. Pobliski szereg pikinierów w gorączce ataku zaczął napierać na Trolloki, zamiast cofać się zgodnie z rozkazem.
- Co, na Światłość?- dopytywał się Ituralde, wbijając obcasy w boki Brzasku. Siwy wałach skoczył naprzód. Po chwili w tętencie kopyt dołączyli do niego gwardziści Ituralde i młody łącznik.
Ponad wrzawą pola bitwy słychać było krzyki Lidrina. Młody oficer Domani wysforował się przed szereg pikinierów, mieczem i tarczą gromił otaczające go Trolloki i krzyczał jak zarzynany. Wkrótce jego żołnierze skoczyli za nim naprzód, zostawiając za sobą zbitych z tropu pikinierów.
- Lidrin, ty durniu. - Ituralde ściągnął wodze konia.
- Chodźcie! - krzyknął Lidrin, machając mieczem przed pyskami Trolloków. Potem roześmiał się, głosem na poły oszalałym. Jego twarz pokrywały bryzgi zaschniętej krwi. - Chodźcie! Sam stanę przeciw wam! A mój miecz napije się krwi!
- Lidrin! - krzyknął Ituralde. - Lidrin!
Tamten obejrzał się przez ramię. Szeroko rozwarte oczy lśniły szaleńczym blaskiem. Ituralde widywał go już w oczach żołnierzy, którzy walczyli zbyt ciężko i zbyt długo.
- Zginiemy, Rodel - zawołał Lidrin. - A tak wezmę ich wszystkich ze sobą! A przynajmniej jednego, dwa! Za mną!
- Lidrin, wracaj tutaj…
Tamten nie słyszał jego słów. Odwrócił się i dalej parł naprzód.
- Każcie jego ludziom wracać - krzyknął Ituralde, wymachując dłońmi. - Zewrzeć szereg pik. Szybko. Nie możemy… Trolloki runęły przed siebie. Lidrin padł wśród bryzgów krwi, śmiejąc się. Jego ludzie pod silnym naciskiem nie zdołali utrzymać formacji, ich oddział pękł na pół. Pikinierzy tymczasem zwarli szyk, ale Trolloki już na nich siedziały. Kilka bestii padło.
Większość nie.
Najbliżej znajdujące się monstra zawyły i zaskrzeczały na widok szczeliny w obronie. Gramoląc się po ciałach leżących u stóp wzgórza, rzuciły się na pikinierów.
Ituralde zaklął i pchnął Brzaska naprzód. Na wojnie, jak na roli - trzeba czasami wleźć po kolana w błoto. Z bojowym okrzykiem runął na Trolloki. Gwardziści ruszyli za nim, zamknęli szczelinę w szyku. Powietrze zmieniło się w burzę metalu uderzającego o metal i jęków bólu.
Brzask parskał i tańczył, gdy Ituralde wymachiwał mieczem. Rumak bojowy nie cierpiał bliskości Pomiotu Cienia, ale był znakomicie wyszkolony - dar od jednego z ludzi Bashere. Otrzymał go ze słowami, w myśl których generał Pogranicza potrzebował wierzchowca, który już wcześniej walczy! przeciwko Trollokom. Teraz Ituralde błogosławił tamtego darczyńcę.