Выбрать главу

Walka była brutalna. Pierwszy szereg pikinierów, jak też następne zaczęły się uginać. Ituralde półuchem usłyszał okrzyk obejmującego dowództwo Ankaera, który wzywał do równania szyku. Słowa brzmiały szaleńczo. Zły znak.

Ituralde zamachnął się mieczem w formie zwanej Czapla na Pniaku, która używana była w walce konno, i przeciął gardło Trolloka z głową byka. Poleciała fontanna śmierdzącej brunatnej krwi, a bestia padła na wznak, przygniatając idącego za nią towarzysza z pyskiem odyńca. Na szczycie wzgórza załopotał wielki czerwony sztandar - koźla czaszka na tle płonącej czerwieni. Godło Baonu Ghob’hlin.

Ituralde zawrócił konia, uchylił się przed paskudnym ciosem topora, potem znowu pchnął Brzaska naprzód, płynnym ruchem zatapiając ostrze w boku Trolloka. Obok niego Whelborn i Lehynen - dwaj z jego najlepszych ludzi - zginęli, broniąc jego boku. Żeby Światłość spaliła te Trolloki!

Cała linia obrony zaczynała się rozpadać. Jego żołnierzy było po prostu za mało, gdyż większość już odeszła.

„Nie, nie, nie!” - myślał Ituralde, próbując wyrwać się z uścisków bitwy, żeby na powrót objąć dowodzenie. Ale gdy się wycofa, Trolloki się przedrą.

Trzeba zaryzykować. Nie z takimi problemami człowiek się na wojnie zmaga…

Głos trąbki dał sygnał do odwrotu.

Ituralde zamarł, ze zgrozą wsłuchując w okrutny głos rozbrzmiewający nad polem bitwy. Przecież nikt, ani on, ani żaden z członków jego gwardii, nie wydał osobiście rozkazu! Zbyt szybko, stanowczo zbyt szybko.

Inne trąbki usłyszały i podjęły zew, choć z kolei jeszcze inne milczały. Dowódcy trębaczy wiedzieli, że jest zdecydowanie zbyt wcześnie. Nieszczęśliwie się jednak składało, że to dodatkowo komplikowało sytuacje, ponieważ część pikinierów zacznie się cofać, podczas gdy reszta trwać będzie na pozycjach.

Szeregi wokół Ituralde poszły w rozsypkę, wszędzie zaroiło się od Trolloków. To była katastrofa, najgorsza katastrofa militarna, w jakiej Ituralde kiedykolwiek uczestniczył. Poczuł drętwienie w osłabłych nagle palcach.

„Jeżeli tu zginiemy, Pomiot Cienia zniszczy Arad Doman”.

Tak więc Ituralde wrzasnął, ściągnął wodze konia i pognał do tyłu, uciekając przed nadciągającą falą Trolloków. Ci członkowie jego gwardii przybocznej, którzy jeszcze pozostali przy życiu, ruszyli w ślad za nim.

- Helmke i Cutaris! - krzyknął Ituralde do dwóch ze swych ludzi: mocno zbudowanych Domani o długich rękach. - Jedźcie do Durhema i każcie jego kawalerii zaatakować centrum pola, gdy tylko pojawi się tam wyrwa! Kappre, ty do kawalerii Alina. Niech zaatakuje Trolloki ze wschodniej flanki. Sorrentin, do Asha’manów! Chcę, żeby Trolloki zapłonęły jak pochodnie!

Jeźdźcy pogalopowali, każdy w swoją stronę. Ituralde pojechał na zachód, gdzie pikinierzy wciąż jeszcze się trzymali. Poderwał jeden z tylnych szeregów i pchnął go na łamiący się front. Prawie się udało. Ale wtedy pojawiły się Myrddraale, prześlizgując przez szeregi Trolloków niczym śliskie węże, potem uderzając jak błyskawice… A na koniec z nieba spłynęły draghkary.

Trzeba było walczyć o życie.

Wokół niego pole bitwy opanował chaos: szeregi obrońców w rozsypce, Trolloki uganiające się za łatwą ofiarą, Myrddraale, zaganiające je do ataku na ocalałe formacje pikinierów.

Ogień zabłysnął w powietrzu, gdy Asha’mani uderzyli na Trolloki, ale ich pociski były mniejsze, słabsze niż jeszcze kilka dni temu. Ludzie krzyczeli, szczękała broń, a bestie wyły pod sklepieniem zbyt ciemnych chmur.

Ituralde ledwie był w stanie zaczerpnąć tchu. Wszyscy jego gwardziści polegli. A przynajmniej był świadkiem śmierci Stavena i Retta. Co z pozostałymi? Nigdzie ich nie widział. Tak wielu zginęło. Tak wielu. Czuł, jak pot zalewa mu oczy.

„Światłości” - pomyślał. „Przynajmniej nie oddaliśmy tanio skóry. Utrzymaliśmy się dłużej, niż wydawało się to możliwe”. Na północy ku niebu podniosły się kolumny dymu. Cóż, jedna rzecz się przynajmniej udała - Asha’man Tymoth wykonał swoje zadanie. Płonął rezerwowy park machin oblężniczych. W oczach kilku oficerów odesłanie jednego z Asha’manów z taką misją było czystym szaleństwem, ale jeden potrafiący przenosić i tak nie odwróciłby tej katastrofy. A kiedy Trolloki zaczną oblegać Maradon, brak tych machin może zdecydować o losie tamtej bitwy.

Brzask padł. Grot oszczepu Trolloka wymierzonego w Ituralde trafił za nisko. Koń kwiknął, gdy broń przebiła mu kark, krew polała się po spienionej skórze. Ituralde tracił już wcześniej wierzchowce, wiedział więc, że powinien odtoczyć się na bok, ale zawiodło go poczucie równowagi. Uderzając w ziemię, usłyszał, jak pęka mu kość w nodze.

Zgrzytnął zębami. Nie chcąc umierać na wznak, resztą sił usiadł. Odrzucił miecz - choć jego klingę zdobił grawerunek czapli - jednym płynnym ruchem podniósł złamaną, porzuconą przez kogoś pikę i wbił ją w pierś nadbiegającego Trolloka. Ciemna, śmierdząca krew polała się po drzewcu, spływając na ręce Ituralde. Bestia zawyła i skonała.

Powietrze przeszył łomot gromu. Nie było w tym nic dziwnego - te niesamowite chmury często roniły grzmoty, którym równie często nie towarzyszyły błyskawice, jarzące się, z kolei, w śmiertelnej ciszy.

Ituralde zebrał się w sobie, zniżył drzewce piki, zsuwając z niego ciało Trolloka. I wtedy zobaczył go Myrddraal.

Ituralde zacisnął zęby, sięgnął po miecz, ale wiedział już, że ma przed sobą koniec swego życia. Jeden z tych potworów potrafił pokonać dziesięciu ludzi. Stawić mu czoło ze złamaną nogą…

Niemniej chciał za wszelką cenę się podnieść. Nie udało mu się, padł na wznak, zaklął. Uniósł miecz, gotując się na śmierć, a tymczasem tamta istota szła ku niemu płynnymi ruchami.

I w tej samej chwili w Myrddraala wbiło się co najmniej dziesięć strzał.

Tamten potknął się, a Ituralde aż zamrugał. Łoskot grzmotu z każdym momentem przybierał na sile. Ituralde wsparł się na łokciu i ku swemu zdumieniu zobaczył tysiące nieznanych mu jeźdźców atakujących w szyku szeregi Trolloków. Bestie rzuciły się do ucieczki. „Smok Odrodzony! Zdążył na czas!”.

Ale nie. Ta kawaleria atakowała pod saldaeańskim sztandarem. Obejrzał się. Bramy Maradonu stały otworem, a zmęczonym niedobitkom Ituralde pozwalano kuśtykać za mury. Na blankach rozbłyskiwał ogień - to jego Asha’mani zajmowali pozycje najbardziej skuteczne do ostrzału pola bitwy.

Pododdział jakichś dwudziestu jeźdźców oderwał się od głównej formacji i ruszył ku Myrddraalowi - w jednej chwili stratowały go końskie kopyta. Ostatni jeździec zeskoczył z siodła i dobił rannego toporem. Na całym polu bitwy Trolloki ścigano, dziurawiono lancami, szpikowano strzałami.

Ale to też nie mogło potrwać długo. Kolejne fale Trolloków wylewały się zza fortyfikacji Ituralde i spływały w dół zbocza. Jednak odsiecz Saldaean nie była na nic - bramy miasta stały otworem, z jego murów Asha’mani siali zniszczenie. Niedobitki armii Ituralde zmierzały w bezpieczne miejsce. Z dumą przyglądał się, jak Barettal i Connel - ostatni z jego gwardii przybocznej - idą chwiejnie, pieszo przez pole bitwy. Ich konie z pewnością martwe, mundury zbryzgane krwią.

Wsunął miecz do pochwy, wyciągnął oszczep z karku Brzaska. Wsparł się na nim, jakoś zdołał podnieść. Saldaeański kawalerzysta podbiegł do niego - miał szczupłą twarz, zakrzywiony nos i parę czarnych, krzaczastych brwi. Do tego krótka, przystrzyżona broda i zakrwawiony miecz, którym zasalutował Ituralde.

- Żyjesz.

- Żyję - potwierdził Ituralde, kątem oka widząc zbliżających się swych gwardzistów. - Ty dowodzisz tymi siłami?