Odwróciła się i z góry spojrzała na Tallanvora.
- Wiem, czym jest miłość, Tallanvor, a Gaebril nigdy nie miał mojej miłości. Wątpię, aby taka istota jak on w ogóle wiedziała, czym jest miłość.
Tallanvor spojrzał jej głęboko w oczy. Jego były ciemnoszare, łagodne i czyste.
- Kobieto, oto zwracasz mi znowu iskierkę tej potwornej nadziei. Strzeż się tego, co kładę u twoich stóp.
- Muszę chwilę pomyśleć. Czy gotów byłbyś, na jakiś czas przynajmniej, odłożyć swoją podróż do Łzy?
Skłonił się.
- Morgase, jeżeli tylko będziesz czegoś ode mnie chciała… cokolwiek by to było… musisz tylko powiedzieć. Wydaje mi się, że nieraz wyraziłem się jasno w tej kwestii. Wycofam moje imię z listy.
Odszedł. Morgase patrzyła za nim w ślad, w jej umyśle szalała nawałnica - wśród nieruchomych drzew, nad spokojnym lustrem stawu.
22.
Koniec legendy.
Nocą Gawyn nie widział ran Białej Wieży.
W ciemnościach nie dawało się odróżnić pięknego i misternego malowidła ściennego od ściany wyłożonej niedopasowanymi płytkami. Nocą najpiękniejsze budowle Tar Valon zmieniały się w kolejne niezgrabne bryły cienia.
Nocą postrzały i blizny Białej Wieży owijał bandaż mroku. Oczywiście, nocą tak ciemną, jaka zalegała pod tymi chmurami, nie dałoby się zorientować w barwie samej Wieży. Biała, czarna - nocą to się nie liczyło.
Gawyn wędrował przez tereny Białej Wieży, mając na sobie spodnie ze sztywnego materiału oraz kaftan w czerwieniach i złotach. Jak mundur, tyle że nie wiadomo jakiej formacji. W pewnej chwili uzmysłowił sobie, że machinalnie zmierza do wschodniego wejścia do wieży, jakby nieświadomie chciał wślizgnąć się prosto do sypialni Egwene. Zgrzytnął zębami i ruszył w drugą stronę.
Powinien spać. Ale po nieomal całym tygodniu nocnej warty przy drzwiach Egwene był - jak to żołnierze mawiają - na „trzeciej zmianie”. Zapewne powinien zostać w swoim pokoju, żeby choć trochę odpocząć, jednak kwatery, jakie przydzielono mu w koszarach Wieży, były nadzwyczaj ciasne.
Niedaleko dwa dzikie koty polowały w kępkach trawy. W ich oczach fosforyzowało światło pochodni posterunku wart. Na jego widok przypadły do ziemi i przyglądały się, jakby rozważając, czy nadaje się na ofiarę. Niewidoczna sowa krążyła w powietrzu nad jego głową, a jedynym świadectwem jej obecności było samotne pióro, które spłynęło w dół. Nocą łatwiej było udawać. Niektórzy ludzie przeżywali tak całe życie - przedkładając zasłony mroku nad otwarte okna dziennego światła - ponieważ dzięki temu mogli cały świat widzieć spowity w cienie.
Na ziemi panowało lato, lecz choć dni były gorące, nocami robiło się osobliwie zimno. Zadrżał w podmuchu przelotnego wiatru. Od czasu śmierci tej nieszczęsnej Białej siostry zabójstwa ustały. Kiedy morderca znów uderzy? Morderca lub morderczyni mogli w tej samej chwili spacerować korytarzami w poszukiwaniu samotnej Aes Sedai, niczym koty szukające myszy.
Egwene odesłała go wprawdzie spod swoich drzwi, ale to nie oznaczało końca obowiązków. Co komu przyjdzie ze spacerów po ogrodach? Powinien być w środku, gdzie mógłby się na coś przydać. Z tą myślą Gawyn ruszył w kierunku jednego z wejść dla służby.
Wszedł. Korytarz za drzwiami był czysty i jasno oświetlony, podobnie jak cała reszta Wieży, i tylko posadzkę wyłożono ciemnoszarym łupkiem miast glazurowanymi płytkami. Z pomieszczenia po jego prawej stronie dobiegały odgłosy śmiechu i rozmów - to gwardziści, którzy aktualnie nie mieli służby, spędzali wolny czas w otoczeniu swych towarzyszy. Gawyn ledwie obrzucił ich przelotnym spojrzeniem, choć moment później zamarł.
Spojrzał po raz drugi, rozpoznając kilku ze zgromadzonych. - Mazone? Celark? Zang? Co wy tu robicie?
Cała trójka spojrzała na niego z przestrachem, który wkrótce zmienił się w irytację zmieszaną z poczuciem winy. W sumie jakaś dziesiątka Młodych siedziała przy kościach i fajkach w towarzystwie gwardzistów, którzy ukończyli służbę. Teraz gramolili się na nogi i salutowali mu, choć nie był już dłużej ich dowódcą. Jakby nie zdawali sobie z tego sprawy.
Celark, najstarszy wśród nich rangą, szybko podszedł do Gawyna. Szczupły, jasny szatyn z mocnymi dłońmi.
- Mój panie - zaczął. - Nic istotnego. Po prostu odrobina nieszkodliwej zabawy.
- Strażnicy nie lubią takiego zachowania - odparł Gawyn. - Sam dobrze wiesz, Celark. Jeżeli rozejdzie się, że noce spędzasz przy kościach, żadna Aes Sedai nigdy cię nie zechce.
Celark skrzywił się.
- Tak, panie.
W tym jego grymasie było coś zniechęcającego.
- Cóż, mój panie - odparł Celark. - Chodzi o to, że niektórzy wśród nas nie są już tacy pewni, że chcą być Strażnikami. Sam zresztą wiesz, że nie wszyscy przybyli tu po to. Paru było takich jak ty: chcieli ćwiczyć pod okiem najlepszych. A reszta… cóż, dużo się ostatnio zmieniło.
- Co niby? - zapytał Gawyn.
- Nic, głupstwa gada, mój panie - odparł tamten, spuszczając wzrok. - Oczywiście, masz rację. Rankiem odbędą się wczesne walki ćwiczebne. Ale, cóż, my widzieliśmy wojnę. Jesteśmy już żołnierzami. A tutaj Strażnik to szczyt możliwości. Lecz niektórzy z nas woleliby raczej nie wiedzieć tego, co właśnie się kończy. Rozumiesz?
Gawyn powoli pokiwał głową.
- Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Wieżę - tłumaczył dalej Celark - niczego bardziej nie pragnąłem, niż zostać Strażnikiem. Teraz naprawdę nie wiem, czy chciałbym spędzić życie, chroniąc jedną kobietę, samotną, włóczącą się gdzieś po świecie.
- Mógłbyś zostać Strażnikiem Brązowej lub Białej siostry - zauważył Gawyn. - I wtedy nigdy byś nie opuścił Wieży.
Celark zmarszczył brwi.
- Z całym szacunkiem, mój panie, wydaje mi się, że to byłby omalże równie zły los. Strażnicy żyją innym życiem niż normalni mężczyźni.
- Co do tego nie ma wątpliwości - zgodził się Gawyn, a jego wzrok, jakby kierowany własną wolą, na moment uciekł wysoko, ku apartamentom Egwene. Nie, nie pójdzie szukać tych drzwi. Zmusił się, żeby zerknąć z powrotem na Celarka. - Żaden wstyd wybrać inną drogę.
- Wszyscy mówią, jakby tak właśnie było.
- Mylą się - zapewnił go Gawyn. - Znajdź tych, którzy zechcą zostać z Młodymi, i jutro zameldujcie się u kapitana Chubaina. Porozmawiam z nim. Założę się, że znajdzie dla was miejsce. Mógłby na przykład uformować z was pododdział w Gwardii Wieży. Podczas ataku Seanchan poniósł spore straty.
Celark wyraźnie się uspokoił.
- Zrobisz to, mój panie?
- Oczywiście. Możliwość dowodzenia wami była dla mnie prawdziwym zaszczytem.
- Myślisz… Nie chciałbyś się do nas przyłączyć? - W głosie młodego żołnierza zabrzmiała nuta nadziei.
Gawyn pokręcił głową.
- Mnie czeka inna droga. Ale jeśli taka wola Światłości, będę niedaleko i będę mógł mieć was na oku. - Skinieniem głowy wskazał pomieszczenie, z którego wyszedł Celark. - Wracaj do gry. Z Makzimem też na twój temat pogadam. - Makzim był solidnym, potężnie zbudowanym Strażnikiem, który aktualnie kierował programem szkoleniowym.
Celark z wdzięcznością pokiwał głową i pospieszył do swoich towarzyszy. Gawyn powędrował korytarzem, w duchu żałując, że nie dane mu są wybory równie proste.
Zagubiony w myślach, zanim zdał sobie z tego sprawę, przeszedł połowę drogi do apartamentów Egwene.