„Światłości!” - pomyślał Gawyn. „A jeśli wcale go nie przyłapałem? Jeśli właśnie wychodził?”.
Skoczył ku drzwiom Egwene. W jednej chwili wszelkie zmęczenie rozwiało się jak dym. Wciąż trzymając w dłoni obnażone ostrze, delikatnie pchnął drzwi. Były otwarte!
- Egwene! - zawołał, otwierając je do końca i wskakując do pokoju.
Powitała go gwałtowna eksplozja światła i hałasu. Od razu zorientował się, że schwyciła go jakaś siła, a niewidzialne więzy unoszą w powietrze. Miecz upadł na posadzkę, usta wypełnił niewidzialny knebel.
I tak wisiał sobie pod sufitem i rozbrojony przyglądał się, jak Amyrlin wychodzi z drzwi swej sypialni. Czujna, całkowicie odziana w szkarłatną suknię lamowaną złotem.
Nie wyglądała na uszczęśliwioną.
Mat siedział przy kominku karczmy, skręcając się wewnętrznie od gorąca, jakie zeń buchało. Żar przesączał się przez warstwy jego starego kaftana, białą koszulę i dopasowane, grube robocze spodnie. Jego buty miały solidne podeszwy, ale poza tym były już dość zniszczone. Nie miał kapelusza na głowie, więc maskował się szarfą okręconą wokół dolnej połowy twarzy, głęboko zatopiony w krześle z drewna górskiego dębu.
Medalion wciąż pozostawał w posiadaniu Elayne. Mat czuł się bez niego nagi. Oparty o krzesło stał wprawdzie krótki miecz, ale jego funkcja była głównie odstraszająca. Obok niego niewinnie spoczywał kostur podróżny - gdyby się coś zaczęło, użyje raczej jego w charakterze pałki, poza tym miał noże ukryte w kaftanie. Niemniej miecz bardziej rzucał się w oczy, na jego widok łotrzyki włóczące się ulicami Caemlyn zastanowią się dwa razy.
- Wiem, dlaczego się o niego rozpytujesz - powiedział Chet.
Człowieka rodzaju Cheta można było spotkać w prawie każdej tawernie. Na tyle stary, że w życiu widział już, jak ludzie tacy jak Mat rodzą się, dorastają i umierają, a z drugiej strony chętny rozmawiać o tych wszystkich latach pod warunkiem, że było co pić. A czasami nawet i bez tego.
Szczecina na długiej twarzy Cheta przyprószona była siwizną, na głowie miał wymiętoszoną czapkę. Połatany kaftan kiedyś był czarny, czerwono-białych insygniów na kieszenie nie dawało się już odczytać. Kaftan miał krój cokolwiek wojskowy, poza tym człowiekowi trudno zdobyć takie grube, złe blizny jak ta, co przecinała policzek Cheta w zwykłych karczmianych bójkach.
- No - ciągnął dalej Chet - wielu pyta o dowódcę Legionu. Cóż, okażę ci wdzięczność za ten kufel, ale i dam ci radę. Wyglądasz na kogoś takiego, kto wie, za który koniec należy trzymać miecz, ale okazałbyś się głupcem, gdybyś chciał z nim zadrzeć. Książę Kruków, Pan Szczęścia. Raz nawet ze starą śmiercią zagrał w kości o swoją przyszłość, tak właśnie. I nigdy z nikim nie przegrał w walce.
Mat siedział bez słowa. Głębiej wtulił się w oparcie krzesła. To była już jego czwarta tawerna dzisiejszego wieczora, a w trzech usłyszał plotki dotyczące Matrima Cauthona. ( w żadnej nic, prócz strzępków prawdy. Krew i krwawe popioły!
Oczywiście, dużo było też gadania o innych. Głównym tematem plotek był Rand, a za każdym razem, gdy Mat musiał którejś wysłuchiwać, kolory wirowały mu przed oczami. Seanchanie zdobyli Łzę, nie, zdobyli Illian, nie, Rand ich odparł i teraz toczy Ostatnia Bitwę. Nie! Odwiedza śpiące kobiety i każdą zostawia brzemienną. Nie, to Czarny. Nie, to Mat jest Czarnym!
Przeklęte plotki. Przecież Mat w ogóle miał się w nich nie pojawiać. Niektóre źródła tych fantastycznych opowieści był w stanie wyśledzić - tylko ktoś z Legionu mógł wspomnieć o mieście pełnym żywych martwych. Jednak większość ludzi twierdziła, że wszystko to na własne oczy widział ich wujek, kuzyn czy bratanek.
Mat rzucił Chetowi miedziaka. Tamten grzecznie uniósł palce do czapki i poszedł kupić sobie następny kufel ale. Matowi pić się jakoś nie chciało. Podejrzewał, że te jego rysunki, które ktoś rozpowszechniał, i liczba plotek o nim oraz szybkość, z jaką się rozchodziły, mają ze sobą coś wspólnego. W ostatniej odwiedzonej tawernie ktoś wyciągnął wielokrotnie zwiniętą i pomarszczoną kopię jego wizerunku, żeby mu pokazać. Ale jak dotąd nikt go nie rozpoznał.
Płomień buzował na kominku. Dolne Caemlyn rozrastało się w szybkim tempie, więc przedsiębiorczy ludzie szybko zdali sobie sprawę, że pokoje i napoje dla rosnącej liczby mieszkańców mogą oznaczać niebagatelne zyski. Takim sposobem szałasy zmieniały się w tawerny, a te z kolei w pełnoprawne gospody.
Popyt na drewno był coraz większy, przez to wiele oddziałów najemników rezygnowało ze swej krwawej profesji i zajmowało się wycinką lasu. Niektórzy nawet działali całkiem uczciwie, płacąc Koronie podatki od ścinanego drzewa. Inni nie mieli takich skrupułów. Paru już za to powieszono. Któż by pomyślał? Żeby wieszać ludzi za nielegalną wycinkę? Co dalej? Będą wieszać za zbieranie błota przy drodze?
Niemniej Dolne Caemlyn zmieniało się nieuchronnie, kładziono drogi, rozbudowywano budynki. Jeszcze kilka lat i powstanie tu miasto na swoich własnych prawach! Będą musieli otoczyć je własnymi murami obronnymi.
W Sali zalegała woń brudu i potu, podobnie jak w innych tawernach. Służące, wyraźnie zadowolone z tego, że mają pracę, uwijały się żwawo. Szczególnie jedna z nich chyba go sobie upatrzyła - napełniając jego kufel, uśmiechnęła się ukradkiem i pokazała kostkę. Mat zapamiętał ją sobie, będzie w sam raz dla Talmanesa.
Opuścił szarfę na tyle, żeby się napić. Czuł się jak głupiec, maskując w ten sposób twarz. Ale na płaszcz z kapturem było zdecydowanie za gorąco, a broda już wcześniej okazała się torturą. Zresztą, nawet zamaskowany w ten sposób nie wyróżniał się szczególnie w Dolnym Caemlyn, a na pewno nie był jedynym twardzielem, który skrywał oblicze. Kiedy pojawiały się pytania, twierdził, że kryje wyjątkowo paskudną bliznę. Ci, co nie pytali, zapewne milcząco przyjmowali, że jest nagroda za jego głowę. Niestety oba przekonania były w znacznej części prawdą. Przez jakiś czas siedział w samotności, przyglądając się płomieniom tańczącym w palenisku kominka. Rada, której udzielił mu Chet, mimo wszystko zabolała do żywego. Im większa otaczająca go sława, tym więcej chętnych się znajdzie, żeby coś z tym zrobić. Zabicie samego Księcia Kruków może zapewnić nielichy szacunek w świecie łotrów. Skąd wszyscy znali to imię? Krew i krwawe popioły!
Ktoś dołączył doń przy kominku. Wysoki, kościsty Noal przypominał wyglądem stracha na wróble, który otrzepał się z kurzu i postanowił ruszyć w miasto. Jednak mimo śnieżnobiałych włosów i pomarszczonej twarzy, Noal był równie żwawy co dowolny mężczyzna o połowę odeń młodszy. Przynajmniej z bronią w ręku. Przez resztę czasu zachowywał się tak samo niezgrabnie, jak muł w luksusowej restauracji.
- Jesteś postacią doprawdy wybitną - powiedział do Mata, wyciągając dłonie do ognia. - Kiedy trafiliśmy na siebie w Ebou Dar, nie miałem pojęcia, w jak wybitnym towarzystwie się znalazłem. Jeszcze kilka miesięcy i staniesz się sławniejszy od Jaina Długi Krok.
Mat jeszcze bardziej skulił się w krześle.
- Mężczyznom zawsze się wydaje, że cudownie byłoby być znanym w każdym mieście i każdej tawernie - mówił dalej Noal cichym głosem. - Ale, żebym sczezł, jeśli to jest tego warte.
- Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Jain tak mówił - spokojnie wyjaśnił Noal.
W odpowiedzi Mat mruknął coś nieartykułowanego.
W następnej kolejności pojawił się Thom. Był ubrany tak, jak mógłby się ubierać sługa jakiegoś kupca. Miał na sobie błękitny strój, niezbyt świetny, ale też pracowicie reperowany. W myśl legendy, którą dla siebie wymyślił, przybył do Dolnego Caemlyn, aby sprawdzić na miejscu, czy jego panu właściwie doradzono w sprawie otwarcia tu sklepu.