Выбрать главу

- Wezmę ją - powiedział Mat.

Noal z powrotem zawiązał rzemienie worka i przez jakiś czas cała trójka w milczeniu siedziała przed ogniem. W jakimś sensie wszystko, co zgromadzili, było tylko środkiem dodania sobie odwagi. Sztuczką iluzjonisty. Sposobem na przekonanie samych siebie, że zrobili coś, cokolwiek, aby się przygotować.

Mat jednak pamiętał te poskręcane przestrzenie za bramami. Kąty, które nie chciały być proste, nienaturalne pejzaże. Istoty, na które ludzie mówili: węże i lisy, gdyż nie sposób było określić ich właściwym dla nich mianem.

W tamtym miejscu zaczynał się inny świat. Wszelkie przygotowania, jakie on, Thom i Noal poczynili, mogły się na coś zdać, ale równie dobrze mogły się okazać całkiem bezużyteczne. Nic nie da się powiedzieć z góry, wszystko okaże się, gdy przestąpią progi tej wieży. Sytuacja przypominała gorączkowe poszukiwanie właściwego antidotum w plecaku po tym, jak wąż już wbił swoje kły w rękę… i niepewność, czy ono w ogóle tam jest.

W końcu życzył im obu dobrej nocy. Noal chciał spać w obozie Legionu, który teraz znajdował się ledwie dziesięć minut konnej jazdy od miasta. Thom zgodził się mu towarzyszyć i zabrali ze sobą worek Mata z nocnymi kwiatami - choć sprawiali wrażenie, jakby woleli worek pełen pająków.

Mat zapiął pas od miecza na kaftanie, wziął do ręki kostur i ruszył do swojej gospody. Jednak nie wybrał najkrótszej drogi, a zamiast tego poszedł, trochę na ślepo, bocznymi uliczkami i alejkami. W miarę jak miasto-poza-miastem rozlewało się wokół murów obronnych swego sąsiada, przy solidnych budowlach rosły szałasy i namioty niczym pleśń na bochenku chleba.

Niebo było już ciemne, lecz ulice nie kładły się jeszcze spać, naganiacze stali w oświetlonych drzwiach karczm i nagabywali klientów. Mat kilka razy upewniał się, że jego miecz jest dobrze widoczny. Samotny wędrowiec po nocy mógł się wydawać łatwą ofiarą, zwłaszcza za murami miasta, gdzie ramię sprawiedliwości było raczej słabe.

W powietrzu unosiła się woń zapowiadająca deszcz, jak to ostatnio często miało miejsce. Wolałby, żeby niebo się zdecydowało i żeby przyszła burza, i żeby wreszcie atmosfera, cholera, oczyściła się. A tak, powietrze niczym knebel wciskało się w usta, dławiło oddech jakby w oczekiwaniu. W oczekiwaniu na cios, który nie spadał, dzwon, który nigdy nie rozbrzmiał, kości, które nie przestawały się toczyć. Jak te kości, które toczyły się w jego głowie.

W kieszeni wymacał list od Verin. Czy kości się zatrzymają, gdy go otworzy? Może list dotyczył tamtego gholam. Jeżeli szybko nie odbierze Elayne swojego medalionu, stwór najpewniej go wytropi i wyrwie mu wnętrzności.

Krwawe popioły. Miał ochotę iść gdzieś się napić, zapomnieć na moment, kim był - zwłaszcza w oczach ludzi. Ale jak się upije, nie będzie się pilnował i ktoś na pewno zobaczy jego twarz. A może sam zacznie mówić, kim właściwie jest.

„Nie da się stwierdzić, co mężczyzna jest w stanie zrobić po pijanemu” - pomyślał. „Nawet jeśli ten mężczyzna to ja sam”.

Przeszedł pod bramą i wkroczył na teren Nowego Miasta. Powietrze skraplało się w jakąś mgiełkę, która jednak nie zasługiwała na miano deszczu, jakby niebo w końcu nadstawiło ucha na jego pomstowania i zareagowało pogardliwą mżawką.

„Cudownie” - pomyślał. „Cudownie, cholera”.

Kamienie bruku powoli ciemniały od wilgoci tego deszczu, który nie był deszczem, nad latarniami wykwitały aureole jarzącej się poświaty. Mat wtulił głowę w ramiona, szarfa wciąż skrywała jego twarz, jakby był przeklętym Aielem. Czyż jeszcze niedawno nie narzekał na doskwierający żar?

Równie mocno jak Thom pragnął wyruszyć od razu i jak najszybciej znaleźć Moiraine. Wprowadziła kompletny zamęt w jego życiu, ale mimo to, a może właśnie dlatego, czuł, że jest coś winien. Lepiej żyć w zamęcie niż do końca życia uwięznąć w Dwu Rzekach, w nudzie, o której nie miałby pojęcia, że jest nudą. Mat był inny niż Perrin, który narzekał, że musi opuścić Dwie Rzeki, zanim nawet dotarli do Baerlon. Kolory zawirowały, obraz Perrina mignął mu przed oczami, ale Mat przegonił go ze swych myśli.

A co z Randem?

Znowu kolory i zaraz potem obraz Randa, który siedział w jakimś zupełnie niezwykłym fotelu, wbijając wzrok w posadzkę, w ciemnościach rozświetlonych tylko migotaniem pojedynczej lampy. Wyglądał na wyczerpanego, twarz poryta głębokimi zmarszczkami, oczy szeroko rozwarte, usta zacięte w ponurym grymasie. Mat potrząsnął głową, żeby nie musieć tego oglądać. Biedny Rand. Myślał sobie pewnie, że jest jakąś przeklętą fretką czy czymś, w lesie pełnym szyszek na gałęziach. Ale zapewne był fretką, która marzyła o powrocie do Dwu Rzek.

Nie, Mat za nic nie chciał wracać. W Dwu Rzekach nie było Tuon. Światłości, cóż, musiał się wreszcie na poważnie zastanowić, co począć z Tuon. Ale wiedział jedno - że za nic nie chce jej się pozbyć. Gdyby tylko chciała być z nim, bez szemrania zniósłby to, żeby go nazywała Zabaweczką. Cóż, bez większego szemrania.

Najpierw Moiraine. Żałował, że nie udało się dowiedzieć więcej o Aelfinn i Eelfinn oraz ich przeklętej wieży. Nikt nic nie wiedział, wszyscy cytowali tylko stare legendy, nikt nie miał do powiedzenia nic, co mogłoby się przydać w praktyce…

Nikt prócz Birgitte. Pomyślawszy o niej, Mat zatrzymał się jak wryty. Birgitte. To ona podpowiedziała Olverowi, jak dostać się do wieży. Skąd mogła wiedzieć?

Rugając się w myślach od najgorszego głupca, zawrócił ku Wewnętrznemu Miastu. Szybki jeszcze do niedawna ruch na ulicach powoli słabł, przegnany tym niby deszczem. Wkrótce Mat poczuł się, jakby miał całe miasto dla siebie, nawet kieszonkowcy i żebracy gdzieś zniknęli.

Z jakiegoś powodu wprawiło go to w stan nerwowości gorszy, niż gdyby mu się ktoś przyglądał. To, co się działo, zdecydowanie nie było naturalne. Ktoś powinien przynajmniej go śledzić, sprawdzać, czy nadaje się do oskubania. Po raz nie wiadomo który zatęsknił za medalionem. Był kompletnym idiotą, oddając go Elayne. Lepiej byłoby uciąć sobie rękę i oddać jej jako część zapłaty! Może ten gholam też się tu czaił gdzieś w ciemnościach?

Gdzie zbiry, normalnie pałętające się po ulicach? Miasta były przecież ich pełne. Miasto wręcz nie mogło bez nich istnieć. Ratusz, kilka karczm i tawern oraz parę dziesiątków osiłków o tępych twarzach, których jedynym celem było wdeptać człowieka w ziemię, a potem wydać zabrane mu monety na picie i kobiety.

Pokonał jakiś dziedziniec i ruszył w kierunku bramy mularzy, wiodącej do Wewnętrznego Miasta - biały łuk zdawał się omalże jarzyć w widmowym świetle wyglądającego zza chmur księżyca. Idąc, podpierał się kosturem, jego koniec stukał donośnie na kamieniach bruku. Wartownicy przy bramie trwali cisi, zgarbieni pod kapturami płaszczy. Przypominali posągi, a nie żywych ludzi. Całe to miejsce przywodziło na myśl grobowiec.

Za bramą skręcił w boczną alejkę, przystanął, zawahał się. Zdało mu się, że w jej głębi widzi grupkę skrytych w cieniach postaci.

Alejka biegła między wysokimi budynkami, o elewacjach zdradzających dotyk mistrzowskiej ręki Ogirów. Z głębi alejki dobiegło go ciche kaszlnięcie.

- Napad? - zapytał Mat z ulgą.

Z ciemności spowijających alejkę wychynęła zgarbiona postać w długim płaszczu. Światło księżyca ukazało twarz z ciemnymi oczami. Mężczyzna wydawał się mocno zaskoczony widokiem Mata, który tak spokojnie stał sobie naprzeciw niego. Bez jednego słowa wskazał palcem mocnej dłoni i trójka jego towarzyszy rzuciła się na Mata.