Выбрать главу

Elayne uniosła brwi.

- Chodzi ci o Matrima Cauthona?

Kobieta przytaknęła.

- Przesłuchiwała go?

- Tak słyszałam, Wasza Wysokość - odparła Kaila.

- To oznacza, że oboje poszli do jakiejś tawerny - z westchnieniem oznajmiła Elayne. Światłości, to nie był najlepszy moment na takie rzeczy.

A może właśnie? Skoro Birgitte bawiła w towarzystwie Mata, nie mogła sprzeciwić się planom Elayne odnośnie do Czarnych Ajah. Zorientowała się, że się nieświadomie uśmiecha.

- Kapitan Bent, proszę ze mną. - I wyszła z Sali Teatralnej, żeby wkroczyć na obszar właściwego pałacu. Kobieta poszła za nią, gestem dłoni wzywając drużynę Gwardzistek, czekających w korytarzu.

Uśmiechając się pod nosem, Elayne zaczęła wydawać rozkazy. Po ich wysłuchaniu jedna z Gwardzistek natychmiast pobiegła je przekazać tym, dla których były przeznaczone, choć po jej twarzy widać było, że jest cokolwiek zdumiona ich treścią. Elayne zaś udała się do swoich komnat. Należało działać szybko. Birgitte była w kiepskim nastroju - więź zobowiązań nie pozostawiała co do tego wątpliwości.

Wkrótce pojawiła się służąca, niosąc na ręku obszerny czarny płaszcz. Elayne poderwała się, przywdziała płaszcz i w jednej chwili objęła Źródło. A przynajmniej spróbowała i udało jej się dopiero za trzecim razem! Krwawe popioły, jak okropnie czasami być w ciąży.

Otoczyła się utkanymi strumieniami Ognia i Powietrza, wykorzystując splot zwany Zwierciadłem Mgieł, dzięki któremu wydawała się wyższa, bardziej imponująca. Wyciągnęła szkatułkę z biżuterią, wydobyła z niej niedużą statuetkę z kości słoniowej, przedstawiającą sylwetkę siedzącej kobiety odzianej tylko we własne włosy. Statuetka była angrealem, wykorzystując ją, zaczerpnęła tyle Mocy, ile tylko potrafiła się ośmielić. Zaiste, dla każdego, kto mógłby ją teraz widzieć w pełnej krasie, a więc dla każdego, kto potrafił przenosić i dostrzegał sploty, stanowiła imponujący widok.

Zerknęła przelotnie na Gwardzistki. Były wyraźnie zbite z tropu, a ich dłonie szukały machinalnie rękojeści mieczy.

- Wasza Wysokość? - zapytała Kaila.

- Jak wyglądam? - odpowiedziała pytaniem na pytanie Elayne, tak kształtując sploty, żeby jej głos był głębszy i bardziej donośny.

Oczy Kaili otworzyły się jak szeroko.

- Jak chmura burzowa w ludzkiej postaci, Wasza Wysokość.

- Imponująco, co? - zapytała Elayne i sama aż drgnęła na dźwięk groźnego, prawie nadludzkiego brzmienia swego głosu. Doskonale!

- Mam podobne wrażenia - wtrąciła chuda Gwardzistka, drapiąc się po podbródku. - Tylko pantofle psują cały efekt.

Elayne spuściła wzrok i omalże nie zaklęła na widok różowego jedwabiu. Zaraz jednak dodała parę splotów i nogi w pantoflach również zniknęły. Splot sprawiał, że wydawała się unosić w powietrzu, spowita w pulsujący całun ciemności, z powiewającymi połami płaszcza i pasami ciemnej materii. Oblicze całkiem ginęło w mroku. Dla uzyskania dodatkowego efektu stworzyła dwa gorejące przytłumioną czerwienią światełka w miejscu oczu. Niczym węgielki żarzące się szkarłatną poświatą.

- Światłości, miej nas w swej opiece - szepnęła któraś z Gwardzistek.

Elayne z zadowoleniem pokiwała głową, poczuła szybsze bicie pulsu. Nie było czym się martwić. Nic jej się nie mogło stać. Przecież wynikało to z wizji Min. Po raz kolejny powtórzyła w myślach przygotowany wcześniej plan. Nawet szpilki nie dawało się wcisnąć. Choć, oczywiście, był tylko jeden sposób, aby go sprawdzić.

Odwróciła i podwiązała sploty. Potem zwróciła się do Gwardzistek:

- Zgaście światła - poleciła - i nie ruszajcie się z miejsca. Zaraz wracam.

- Ale… - zaczęła Kaila.

- To rozkaz, Gwardzistko - zdecydowanie oznajmiła Elayne. - A rozkazów trzeba słuchać.

Tamta zawahała się. Zapewne doskonale rozumiała, że Birgitte nigdy by na coś takiego nie pozwoliła. Ale na szczęście Kaila nie była Birgitte. Z wahaniem wydawała rozkaz i światła w komnacie przygasły.

Elayne sięgnęła do kieszeni i wydobyła medalion z lisim łbem - oryginał - a potem zacisnęła dłoń, chowając go. Wzięła głęboki oddech, następnie otworzyła bramę. Pręga światła zalśniła jasno w ciemnym wnętrzu pomieszczenia, zalewając je bladą poświatą podobną do księżycowej. Po drugiej stronie znajdowało się pomieszczenie tak samo ciemne jak to, w którym się znajdowała.

Przeszła przez bramę i znalazła się w pałacowych lochach, a dokładnie w jednej z cel. Pod przeciwległą ścianą, obok masywnych drzwi z niewielkim zakratowanym okienkiem, przez które do ponurego wnętrza wlewało się jedyne światło, klęczała kobieta. Po prawej stronie Elayne widziała niewielką pryczę, po lewej wiadro służące za nocnik. W ciasnym pomieszczeniu unosiła się ciężka atmosfera pleśni i ludzkich odchodów. Słyszała wyraźne, niedalekie drapanie szczurzych pazurków. Mimo to była to doprawdy aż nazbyt luksusowa kwatera dla kobiety, która właśnie przed nią stała.

Elayne zastanawiała się dłuższy czas, z którą z Czarnych Ajah spotkać się w pierwszej kolejności i po namyśle padło na Chesmal. Tamta najwyraźniej cieszyła się autorytetem wśród pozostałych Czarnych sióstr, a nadto była na tyle silna w posługiwaniu się Mocą, że tamte z pewnością zastosują się do jej ewentualnych poleceń. Ale przede wszystkim ostatnie z nią spotkanie pozostawiło u Elayne nieodparte wrażenie, że kobieta kieruje się raczej namiętnościami niż logiką. A to mogło okazać się korzystne.

W chwili gdy Elayne znalazła się w celi, tamta obróciła się na pięcie. Była wysoka, przystojna. Elayne wstrzymała dech. Pozostawało mieć nadzieję, że sztuczka zadziała. I faktycznie - Chesmal w jednej chwili padła na płask na zaścieloną słomą posadzkę.

- Wielka Pani - wysyczała. - Ja…

- Milczeć! - krzyknęła Elayne, a jej głos zadudnił ogłuszająco w maleńkim pomieszczeniu.

Chesmal skuliła się, po czym ukradkiem rozejrzała na boki, jakby czekając, czy do środka nie zajrzą Gwardziści, strzegący celi na korytarzu. Poza tym w pobliżu znajdowały się Kuzynki, oddzielające Chesmal tarczą od Źródła - Elayne wyczuwała ich obecność. Ale mimo hałasu nikt się nie pojawił. Rodzina skrupulatnie stosowała się do poleceń Elayne, jakkolwiek dziwne im się wydawały.

- Ty? Ty jesteś żałosnym szczurem - kontynuowała Elayne głosem ociekającym niesmakiem. - Zostałaś wybrana, żeby nieść chwałę Wielkiego Władcy, a cóżeś zdziałała? Pozwoliłaś, żeby do niewoli wzięły cię te idiotki, te dzieci?

Chesmal zajęczała, wtulając się jeszcze bardziej w posadzkę.

- Prochem i pyłem jestem, o Wielka Pani. Jestem niczym! Zawiodłam cię. Błagam, oszczędź!

- Dlaczegóż miałabym? - odwarknęła Elayne. - Działalność waszej i tylko waszej grupki znamionuje klęska za klęską! Cóż takiego uczyniłaś, że miałabym cię teraz oszczędzić?

- Zabiłyśmy niezliczonych głupców, którzy występują przeciwko sprawie Wielkiego Władcy! - zaskowytała Chesmal.

Elayne skrzywiła się, ale potem zebrała w sobie i splotła bicz Powietrza, którym smagnęła kobietę przez grzbiet. Na nic innego Chesmal nie zasługiwała.

- Ty? - zapytała. - Ty nie przyłożyłaś ręki do tych ofiar! Czy myślisz, że jestem głupia? Czy masz mnie za skończoną ignorantkę?

- Nie, Wielka Pani - wyła Chesmal, kuląc się jeszcze bardziej. - Błagam!

- Wobec tego daj mi powód, żebym miała cię utrzymać przy życiu.

- Zdobyłam informację, Wielka Pani - pośpiesznie wydyszała Chesmal. - Jeden z tych, których kazano nam szukać, jeden z tych dwóch, których trzeba zabić za wszelką cenę… on jest tutaj, w Caemlyn!

„O co tu chodzi?” - Elayne zawahała się. - Powiedz coś więcej.