Выбрать главу

- Towarzyszy mu oddział najemników - wyjaśniała Chesmal głosem aż ociekającym ulgą, że oto może się na coś przydać. - Chodzi o człowieka z bystrym wejrzeniem, który nosi kapelusz i w walce posługuje się włócznią ozdobioną krukami!

Chodzi więc o Mata? Sprzymierzeńcy Ciemności ścigali Mata? Prawda, był przyjacielem Randa, był też ta’veren. Ale cóż takiego Mat zrobił, żeby ściągnąć na siebie gniew samych Przeklętych? Jeszcze bardziej niepokojące zdało jej się, że Chesmal wiedziała o pobycie Mata w mieście. Przecież przybył doń dopiero po schwytaniu Czarnych sióstr! Z czego wynikało…

Z czego wynikało, że Chesmal i jej komilitonki pozostawały w kontakcie z pozostałymi Sprzymierzeńcami Ciemności. Ale o kogo mogło chodzić?

- Skąd o tym wiesz? Czemu nie doniesiono mi wcześniej? - Otrzymałam te wieści dopiero dzisiaj, Wielka Pani - odpowiedziała Chesmal, jakby odzyskując nieco rezon. -Już planujemy zamach.

- A jakim to sposobem, skoro jesteś uwięziona? - dopytywała się Elayne.

Chesmal na moment uniosła wzrok, na twarzy o grubych rysach odmalowała się konfuzja. Nic nie powiedziała.

„Zorientowała się, że nie wiem wszystkiego, co wiedzieć powinnam”. - Za maską cieni Elayne zgrzytnęła zębami.

- Wielka Pani - odezwała się Chesmal. - Z całą należytą pieczołowitością próbowałam się wywiązać z otrzymanych rozkazów. Inwazja może się zacząć właściwie w każdej chwili. Wkrótce Andor spłynie krwią naszych wrogów, a Wielki Władca rządzić nim będzie wśród ognia i popiołów. Nie ma już odwrotu.

O czym ona teraz mówiła? Inwazja na Andor? Niemożliwe! Jak to miałoby się zdarzyć? Jakim sposobem? Czy jednak mogła zadać wprost takie pytanie? Chesmal chyba już podejrzewała, że coś jest nie tak.

- Nie jesteś tą Wybraną, która nawiedziła mnie wcześniej, nieprawdaż, Wielka Pani? - zapytała Chesmal.

- Ktoś taki jak ty nie ma prawa dopytywać o nasze czyny - warknęła Elayne, podkreślając swoje słowa kolejnym smagnięciem biczem Powietrza po grzbiecie kobiety. - Muszę wiedzieć, ile ci powiedziano. Abym mogła zorientować się, czego nie pojmujesz. Jeżeli nie masz pojęcia o… Cóż, to się dopiero okaże. Najpierw opowiedz mi, co wiesz na temat inwazji.

- Wiem, że termin jej rozpoczęcia jest już bliski, Wielka Pani - zaczęła Chesmal. - Szkoda, że nie dano nam więcej czasu, wówczas mogłybyśmy sporządzić bardziej precyzyjne plany. Gdybyś zechciała uwolnić mnie z tego zamknięcia, mogłabym…

Urwała, uciekła spojrzeniem w bok.

Ostateczny termin. Elayne otworzyła już usta, żeby zadać dalsze pytania, ale zawahała się. Co jest? Przestała wyczuwać obecność Kuzynek w korytarzu. Poszły sobie? Co w takim razie z tarczą oddzielającą Chesmal od Źródła?

Coś załomotało, zamek przekręcił się i drzwi się otworzyły, ukazując ludzi stojących po drugiej stronie. I nie był to oddział Gwardii Królowej, którego spodziewała się Elayne. Na jego czele stał mężczyzna o krótkich czarnych włosach przerzedzonych na skroniach i wielkich wąsach. Miał na sobie brązowe spodnie, czarną koszulę i długi kaftan, coś w rodzaju rozciętej z przodu szaty.

Sekretarz Sylvase! Za nim dostrzegła dwie kobiety. Temaile oraz Eldrith. Obie z Czarnych Ajah. Obie trzymające Źródło. Światłości!

Elayne opanowała odruch zaskoczenia. Nawet nie drgnąwszy, spokojnie spojrzała im w oczy. Skoro udało jej się przekonać jedną Czarną siostrę, że jest którąś z Przeklętych, może przekona i trzy. Oczy Temaile rozwarły się jak szeroko, natychmiast osunęła się na kolana, a sekretarz poszedł jej śladem. Niemniej Eldrith się zawahała. Elayne nie była w stanie stwierdzić, czy chodziło o jej postawę, przebranie czy o reakcję na widok nowo przybyłych. Być może jeszcze o coś innego. Tak czy siak, Eldrith nie udało się przekonać. Na okrągłej twarzy rozbłysła determinacja, sięgnęła do Źródła.

Przeklinając w duchu samą siebie, Elayne zaczęła tkać własne sploty. W tej samej chwili, gdy poczuła tarczę, którą Eldrith chciała ją oddzielić od Źródła, cisnęła własną. Na szczęście miała w ręku ter’angreal Mata. Poczuła, jak splot Eldrith rozluźnia się, a medalion robi zimny. Niemalże w tej samej chwili splot Elayne wszedł między Eldrith a Źródło, odcinając tamtą od Jedynej Mocy. Otaczająca ją poświata rozbłysła i zgasła.

- Co ty robisz, idiotko! - zaskrzeczała Chesmal. - Próbujesz się mierzyć z jedną z Wybranych? Zginiemy przez ciebie!

- To nie jest Wybrana - odkrzyknęła Eldrith.

Elayne z opóźnieniem przypomniała sobie o spleceniu knebla z Powietrza.

- Nabrano was! To…

Elayne w końcu wcisnęła tamtej knebel w usta, ale było już za późno. Temaile - która zawsze wyglądała nazbyt delikatnie jak na Czarną siostrę - objęła Źródło i uniosła wzrok. Przerażenie na twarzy Chesmal zamieniało się we wściekłość.

Elayne błyskawicznie podwiązała tarczę Eldrith i zaczęła splatać kolejną. I wtedy uderzył w nią splot Powietrza. Medalion z lisim łbem zlodowaciał, a chwilę później - w duchu dziękując Matowi za dar udzielony tak na czas - Elayne ulokowała tarczę między Chesmal a Źródłem.

Temaile tymczasem gapiła się na nią, najwyraźniej zdumiona tym, że jej sploty zawiodły. Sekretarz Sylvase miał lepszy refleks. Gwałtownie rzucił się naprzód, brutalnie przypierając Elayne do ściany celi.

Poczuła przeszywający ból w ramieniu, usłyszała, jak coś pęka. Kość w ramieniu?

„Dzieci!” - pomyślała odruchowo. Zdjęło ją pierwotne przerażenie i nagła groza, w których nie było miejsca na pociechę czerpaną z wizji Min. Sama siebie zaskoczyła, wypuszczając sploty bramy wiodącej do komnat na górze. Zamrugała i znikła.

- Ona ma jakiś ter’angreal - zawołała Temaile. - Sploty się od niej odbijają!

Elayne szarpała się, odpychając sekretarza i równocześnie splatając Powietrze, którym mogłaby go odrzucić na bok. Jednak on wpił się w jej rękę, być może dojrzawszy błysk srebrzystego metalu. Jego długie palce schwyciły medalion w tej samej chwili, gdy uderzył weń splot Elayne.

Ciało sekretarza poleciało do tyłu, a wraz z nim medalion. Elayne warknęła, wciąż wściekła. Temaile tymczasem uśmiechnęła się jadowicie, wokół niej zawirowały sploty Powietrza. Skończyła tkać, cisnęła je przed siebie… ale Elayne miała już gotowe własne sploty.

Dwa strumienie Powietrza zderzyły się w locie, atmosfera w maleńkiej celi jakby zawrzała. Podmuch roztrącił przegniłą słomę. Elayne zabolało w uszach. Ciemnowłosy sekretarz pełzł w kierunku wyjścia, ściskając w dłoni ter’angreal. Elayne sięgnęła ku niemu splotem - ten jednak rozplątał się, niegroźny.

Krzyknęła gniewnie, ból szarpnął ramię w miejscu, gdzie uderzyła nim o ścianę. W niewielkiej celi było naprawdę ciasno, na dodatek Temaile blokowała wyjście, uniemożliwiając mężczyźnie wydostanie się. A może specjalnie tak stanęła, może chciała dostać medalion. Dwie pozostałe Czarne siostry stały zgięte w pół, wciąż odcięte tarczami od Źródła, a powietrze kłębiło się wokół nich.

Poprzez swój angreal Elayne zaczerpnęła taką porcję Jedynej Mocy, na jaką tylko była w stanie się poważyć i cisnęła przed siebie splotem Powietrza, odtrącając na bok splot wymierzony w nią przez Temaile. Sploty zderzyły się, na moment zamarły w równowadze, a po chwili Temaile, uderzona strumieniem Powietrza, wyleciała przez drzwi celi i uderzyła o ścianę po przeciwnej stronie korytarza. Elayne szybko oddzieliła ją tarczą od Źródła, choć z pozoru nie wydawało się to konieczne - Temaile najwyraźniej straciła przytomność.

Na ten widok sekretarz poderwał się i skoczył ku drzwiom. Elayne poczuła ukłucie grozy. Zrobiła więc jedyną rzecz, jaka przyszła jej do głowy. Strumieniem Powietrza poderwała ciało Temaile w górę i cisnęła nim w sekretarza.