Oboje runęli na posadzkę w plątaninie bezwładnych kończyn. W nagłej ciszy rozległ się metaliczny dźwięk - to medalion wysunął się z omdlałej ręki sekretarza i potoczył ku drzwiom.
Elayne wzięła głęboki oddech i poczuła, jak ostry ból przeszywa jej pierś, a ręka bezwładnie opada. Nie potrafiła nią ruszyć. Ujęła więc jedną swoją dłoń w drugą, rozzłoszczona, za wszelką cenę nie chcąc wypuścić Źródła. Słodycz saidara była jej jedyną pociechą. Splotła strumienie Powietrza i skrępowała nimi Chesmal, sekretarza, a na końcu Eldrith, która uparcie próbowała pełznąć w jej stronę.
Uspokoiła się trochę, a potem minęła leżące na posadzce ciała i wyszła na korytarz, żeby sprawdzić, co z Temaile. Tamta oddychała wprawdzie, ale wciąż pozostawała nieprzytomna. Na wszelki wypadek Elayne i ją skrępowała więzami Powietrza, następnie pieczołowicie podniosła medalion z lisim łbem. Syknęła, czując ból przeszywający drugą rękę. Tak, z pewnością musiała zostać złamana.
Mroczny korytarz był pusty, ściany z osadzonymi w nich w regularnych ostępach drzwiami zalewało mętne światło pojedynczej lampy. Gdzie Gwardia i Rodzina? Z wahaniem uwolniła sploty swojego maskowania - ale lepiej, żeby żołnierze, którzy mogli się w każdej chwili pojawić, nie wzięli jej za Sprzymierzeńca Ciemności. Przecież ktoś musiał słyszeć odgłosy zamieszania! Gdzieś w głębi głowy pojawiła się myśl, że bardziej powinna przejmować się Birgitte, która z każdą chwilą była coraz bliżej. Nie było mowy, żeby nie wiedziała, co się przed paroma chwilami działo z Elayne.
Elayne wolała wszystko inne niż kazanie, jakiego mogła spodziewać się od Birgitte. Ta myśl sprawiła, że odruchowo znów się skrzywiła, po chwili jednak otrząsnęła się i przyjrzała swoim jeńcom. Trzeba będzie też sprawdzić pozostałe cele.
Z dziećmi na pewno wszystko w porządku. Sama też wydobrzeje. Tak naprawdę ból nie był aż tak silny i wcale się tak bardzo nie bała. Mimo to najlepiej…
- Witaj, moja królowo - szepnął znienacka nad uchem męski głos i w tym samym momencie poczuła w boku eksplozję bólu. Odebrało jej dech, zatoczyła się. Czyjaś dłoń sięgnęła z boku i wyjęła medalion z omdlałych nagle palców.
Elayne odwróciła się, a kamienne mury zakołysały się przed jej oczami. Poczuła ciepłą ciecz spływającą po boku. Krew! Atak tak ją zaskoczył, że wypuściła Źródło.
Za nią w korytarzu stał Doilin Mellar, trzymając w prawej ręce okrwawiony nóż, w lewej ważył medalion. Jego twarz, której istnienie uderzało jak topór, przecinał szeroki uśmiech, omalże wyuzdany grymas. Choć miał na sobie łachmany, sprawiał wrażenie równie dumnego, co król na tronie.
Elayne syknęła i sięgnęła po Źródło. Nic się nie stało. Za sobą usłyszała ciche mlaśnięcie. Zapomniała podwiązać tarczę Chesmal! Gdy tylko wypuściła Źródło, splot zniknął. Więc już tylko dla porządku zerknęła kątem oka i faktycznie - zobaczyła charakterystyczne strumienie, odcinające ją od Źródła.
Chesmal uśmiechnęła się do niej, jej śliczna twarz była zaróżowiona. Światłości! U stóp Egwene gromadziła się powoli kałuża krwi. Duża, coraz większa.
Zachwiała się i oparła o ścianę korytarza. Z jednej strony miała Mellara, z drugiej Chesmal.
Nie mogła tak tu umrzeć. Min powiedziała…
„Możemy się przecież mylić” - powrócił echem wspomnień głos Birgitte. „Mnóstwo rzeczy jeszcze może pójść źle”.
- Uzdrów ją. - polecił Mellar.
- Co? - zdumiała się Chesmal.
Za jej plecami, w otwartych drzwiach celi, Elayne widziała Eldrith otrzepującą sukienkę. Upadła, kiedy rozplątał się krępujący ją strumień Powietrza, niemniej tarcza wciąż była na miejscu. Elayne wcześniej podwiązała ją.
„Myśl” - powtarzała sobie, czując krew cieknącą między palcami. „Musi być jakaś droga wyjścia. Musi! Och, Światłości! Birgitte, pospiesz się!”.
- Uzdrów ją - powtórzył Mellar. - Użyłem noża tylko po to, żeby cię uwolniła.
- Głupiec - oznajmiła Chesmal. - Gdyby sploty zostały podwiązane, żadna rana na nic by się nie zdała!
- Wtedy by umarła - odparł Mellar, wzruszając ramionami. Zmierzył Elayne wzrokiem, w jego przystojnych oczach zalśniły iskierki pożądania. - A tego byłoby szkoda. Ponieważ została mnie obiecana, Aes Sedai. I nie pozwolę jej umrzeć w tych lochach. Nie umrze, póki nie będę miał czasu… nacieszyć się nią. - Spojrzał Czarnej siostrze w oczy. - Poza tym, czy wydaje ci się, że ci, którym służymy, byliby zadowoleni na wieść o śmierci królowej Andoru, zanim zdążyłaby nam zdradzić swoje sekrety?
Chesmal wydawała się rozczarowana, najwyraźniej jednak dostrzegła sens jego słów. Sekretarz tymczasem wyślizgnął się z celi i - rozejrzawszy ukradkiem na boki - przemknął korytarzem ku schodom, i pospieszył w górę. Chesmal podeszła do Elayne. Na szczęście. Elayne powoli robiło się już ciemno przed oczami. Ból w ręce oddalał się coraz bardziej, bezwładnie oparła się o ścianę, osunęła w dół.
- Idiotka - powiedziała do niej Chesmal. - Oczywiście, przejrzałam twój podstęp. I tylko zwodziłam cię, wiedząc, że pomoc już w drodze.
Słowa zabrzmiały dość sztucznie - kłamała na użytek pozostałych. Uzdrawianie. Tylko tego… potrzebowała. Uzdrowienia. Myśli płynęły coraz wolniej, osuwała się w czarną otchłań. Ręką ściskała bok, ostatecznie bojąc się o swój los, o los swych dzieci.
W tym momencie pod palcami bezwładnej ręki wyczuła jakiś kształt w kieszeni sukni. Kopia medalionu z lisim łbem.
Chesmal tymczasem położyła dłonie na jej głowie, tkając sploty Uzdrawiania. Elayne poczuła znajome wrażenie, jakby krew w jej żyłach zmieniła się w lodowatą wodę, zalała ją fala Mocy. Westchnęła głęboko, ból rwący bok i ramię zniknął.
- Już - powiedziała Chesmal. - Teraz szybko, musimy… Elayne gwałtownym ruchem wyciągnęła z kieszeni drugi medalion i uniosła w górę. Chesmal odruchowo sięgnęła dłonią, złapała go. I w tym momencie straciła zdolność przenoszenia Jedynej Mocy. Tarcza oddzielająca Elayne od Źródła zniknęła.
Chesmal zaklęła, wypuściła medalion. Spadł na posadzkę i potoczył się po niej z metalicznym dzwonieniem, a tymczasem Chesmal już splatała nową tarczę.
Tym razem Elayne nawet nie pomyślała, żeby potraktować ją w ten sam sposób. W jednej chwili utkała Ogień. Prosty, bezceremonialny, śmiertelnie groźny. Zanim Czarna siostra bodaj ukończyła swój splot, jej suknia stanęła w płomieniach. Wrzasnęła.
Elayne poderwała się na nogi. Przestrzeń korytarza zatrzęsła się i zakołysała przed jej oczami - uzdrawianie mocno nadszarpnęło jej siły. Nie zaczekała jednak, żeby dojść do siebie i już splatała kolejny strumień Ognia, tym razem wymierzony przeciw Mellarowi. Śmiał zagrozić życiu jej dzieci! Pchnął ją nożem! On…
Sploty rozwiązały się w chwili, gdy sięgnęły jego ciała. Uśmiechnął się, podniósł stopę, którą coś przykrywał. Ten drugi medalion.
- Proszę, proszę - powiedział, podnosząc go z posadzki. - Jeszcze jeden? Może jak tobą potrząsnę, znajdzie się trzeci?
Elayne syknęła na niego. Chesmal wciąż krzyczała, płonąc. Tarzała się po kamieniach posadzki, wierzgała bezładnie, a korytarz powoli wypełniała woń spalonego mięsa. Światłości! Elayne przecież wcale nie chciała jej zabić. Nie było czasu do stracenia. Splotła Powietrze, krępując jego strumieniami Eldrith. Potem przeniosła jej ciało, umieszczając między sobą a Mellarem, tak na wszelki wypadek. Tamten bystro obserwował jej poczynania. Stał na ugiętych nogach, w jednej ręce ściskając oba medaliony, w drugiej swój sztylet, którego ostrze wciąż lśniło od krwi Elayne.
- Jeszcze z tobą nie skończyłem, moja królowo - oznajmił cichym głosem. - Nagrodą tamtych jest władza. Mnie jednak obiecano tylko to, czego zawsze pragnąłem i będę pragnąć. Ciebie. A ja zawsze dostaję to, co mi obiecano. - Z napięciem wpatrywał się w Elayne, spodziewając jakiegoś podstępu.