Gdyby tylko było ją na takowy stać! Ledwie trzymała się na nogach. Ogromne trudności sprawiało jej samo utrzymanie Źródła. Więc powoli cofała się, w taki sposób, żeby między nią a Mellarem zawsze znajdowała się nieprzytomna Eldrith. Na moment jego wzrok zbłądził ku posągowemu ciału Czarnej siostry - sztywno wyprostowane, z rękoma przyciśniętymi do boków unosiły się jakiś cal nad posadzką. Jednym raptownym ruchem doskoczył do niej i podciął jej gardło.
Elayne drgnęła, szarpnęła się do tyłu.
- Przykro mi - rzekł Mellar, a Elayne chwilę zajęło zrozumienie, że zwraca się do Eldrith. - Ale rozkazy są jasne. - Po czym pochylił się i wbił ostrze w serce nieprzytomnej Temaile.
Nie mogła dopuścić do tego, żeby uciekł z medalionami! Zebrawszy resztki sił, zaczerpnęła Jedyną Moc i splotła strumienie Ziemi. Szarpnęła nimi za sklepienie korytarza nad głową Mellara, który właśnie się prostował. Wielkie kamienne bloki pokryły się błyskawicznie rozszerzającymi szczelinami pęknięć, w dół posypały się mniejsze skalne odłamki. Mellar krzyknął zaskoczony i cofnął się, osłaniając dłońmi głowę. Na tle hałasu usłyszała cichy odgłos. Dźwięk metalu o kamień.
Ściany i strop korytarza trzęsły się, wnętrze wypełniła chmura pyłu. Deszcz spadających kamiennych odłamków zmusił Mellara do wycofania się, ale jej uniemożliwił pościg. Wkrótce Sprzymierzeniec Ciemności zniknął w widniejącym po jej prawej stronie wejściu na klatkę schodową. Elayne osunęła się na kolana, całkowicie wyczerpana. I wtedy zobaczyła jakiś błysk wśród rumoszu kamiennych bloków sklepienia, który wcześniej zrzuciła Mellarowi na głowę. Kawałek srebrzystego metalu. Jeden z medalionów.
Podniosła go, wstrzymując oddech. Ku swej radości stwierdziła zaraz, że nie traci kontaktu ze Źródłem. Wychodziło na to, że Mellar uciekł z kopią, jej zaś udało się ocalić oryginał.
Westchnęła, usiadła bezwładnie, oparłszy się o ścianę. Czuła, jak coś nieprzeparcie ściąga ją w otchłań nieświadomości. Zmusiła się jednak, żeby najpierw schować medalion, a następnie zaczekać aż pojawi się Birgitte.
Jej Strażnik dyszała ciężko po wyczerpującym biegu, czerwony kaftan i warkocz złotych włosów były nasiąknięte deszczem.
Za nią w korytarzu pojawił się Mat z twarzą zamaskowaną czarną szarfą, mokre ciemne włosy miał przylepione do czaszki. Rozglądał się czujnie po całej przestrzeni korytarza, w ręku groźnie kiwała się pałka.
Birgitte przyklękła obok Elayne.
- Nic ci nie jest? - zapytała zdenerwowana.
Elayne zmęczonym ruchem pokręciła głową.
- Przeszukajcie korytarze. Gdzieś tam muszą być Gwardziści i Kuzynki pilnujący korytarza…
- Znaleźliśmy ich - wyjaśniła Birgitte. - Na samym dole klatki schodowej. Wszyscy nie żyją. Elayne, co tu się stało?
Obok Mat przyglądał się ciału Temaile. Szybko zauważył wystającą z piersi rękojeść sztyletu.
Elayne przycisnęła ręce do brzucha. Dzieciom przecież nic się nie mogło stać, nieprawdaż?
- Postąpiłam nadzwyczaj pochopnie, Birgitte, i wiem, że będziesz na mnie strasznie krzyczeć. Ale czy nie mogłabyś najpierw odprowadzić mnie do moich komnat? Myślę, że przede wszystkim powinna mnie obejrzeć Melfane. Tak na wszelki wypadek.
Od nieudanej próby zamachu na życie Egwene minęła jakaś godzina. Gawyn wciąż pozostawał sam w niewielkim pomieszczeniu, wchodzącym w skład apartamentów Amyrlin. Oczywiście uwolniono go z więzów Jedynej Mocy, ale kazano nie ruszać się z miejsca.
Wreszcie pojawiła się Egwene.
- Siadaj - powiedziała od wejścia.
Zawahał się, ale w jej oczach dostrzegł żar, od którego, wydawałoby się, mogły zapłonąć świece. Usiadł posłusznie na drewnianym taborecie. W pokoiku znajdowało się kilka niewielkich toaletek i kufry na ubrania. Przez drzwi można było zeń wyjść tylko do większej komnaty, gdzie niedawno został schwytany i skrępowany - stamtąd zaś przechodziło się bezpośrednio do sypialni Egwene.
Zasiadająca na Tronie Amyrlin zamknęła z trzaskiem drzwi, odcinając ich od zamieszania wszczynanego przez tłum gwardzistów, Strażników i Aes Sedai, kłębiący się w pozostałych pomieszczeniach. Głośne rozmowy natychmiast zmieniły się w przytłumiony szum. Egwene wciąż miała na sobie czerwienie i złota, w ciemnych włosach nadal tkwiły wplecione w nie wcześniej złote wstążki. Aż pokraśniała na policzkach - tak była na niego zła. Co zresztą czyniło ją jeszcze piękniejszą niż zazwyczaj.
- Egwene, ja…
- Zdajesz sobie sprawę, coś narobił?
- Chciałem tylko sprawdzić, czy kobieta, którą kocham, jest bezpieczna. Przecież pod twymi drzwiami znalazłem asasyna…
Zaplotła ramiona na piersiach. Targający nią gniew był niemal namacalny.
- Twoje wrzaski ściągnęły na miejsce prawie pół Białej Wieży. Widzieli cię schwytanego. Teraz asasyn prawdopodobnie wie już o moich splotach.
- Światłości, Egwene! Mówisz tak, jakbym to zrobił specjalnie. Ja tylko chciałem cię bronić.
- Nie uciekałam się pod twoją obronę! Prosiłam tylko o posłuszeństwo! Gawyn, nie widzisz, jaka szansa nam się wymknęła z rąk? Gdybyś nie przepłoszył Mesaany, weszłaby prosto w moją pułapkę!
- To nie była jedna z Przeklętych - powiedział Gawyn. - To był mężczyzna.
- Wcześniej mówiłeś, że nie widziałeś twarzy ani sylwetki, ponieważ były dziwne zamazane.
- Cóż, prawda - przyznał Gawyn. - Ale w walce posługiwał się mieczem.
- A kobieta to już nie może wziąć miecza do ręki? Wzrost, o którym mówiłeś, sugeruje kobietę.
- Może, ale jedna z Przeklętych? Światłości, Egwene, gdyby to była Mesaana, użyłaby Jedynej Mocy, a ze mnie zostałaby tylko garstka popiołu!
- Następny powód - skonstatowała Egwene - dla którego powinieneś zastosować się do moich poleceń! Niewykluczone, że masz rację… że był to tylko któryś ze sługusów Mesaany. Jakiś Sprzymierzeniec Ciemności albo Szary Człowiek. W takiej sytuacji, schwytawszy ich, mogłabym przesłuchać na okoliczność dalszych knowań Mesaany. Poza tym, Gawyn, co by było, gdybyś naprawdę trafił na Mesaanę? Co byś zrobił?
Wbił wzrok w posadzkę.
- Mówiłam ci przecież, że podjęłam środki ostrożności - ciągnęła dalej. - A ty mimo to mnie nie posłuchałeś! Teraz przez ciebie morderczyni wie, że czekaliśmy na nią. Następnym razem będzie ostrożniejsza. Jak ci się wydaje, ile osób zginie przez twoje nierozważne poczynania?
Gawyn trzymał ręce złożone na kolanach, starając się ukryć pięści, w które palce kurczowo mu się zaciskały. Powinien się wstydzić, ale czuł właściwie tylko gniew. Wściekłość, która nim targała, i której nie potrafił wyjaśnić - wściekłość głównie na siebie, ale poniekąd też na Egwene i to, jak z przypadkowej pomyłki w dobrej wierze czyniła osobistą zniewagę.
- Wydaje mi się - rzekł na koniec - że wcale nie potrzebujesz Strażnika. Ponieważ nie rozumiesz, Egwene, że jeśli tak bardzo będziesz się opędzać od tych, którzy o ciebie dbają, w końcu żaden mężczyzna się tobą nie zajmie.
- Może masz rację - ucięła krótko. Wstała i z towarzyszeniem szelestu sukien podeszła do drzwi wiodących na korytarz, otworzyła je, wyszła, a potem zamknęła gwałtownie. Ale nie na tyle, żeby to można było nazwać trzaśnięciem.
Gawyn też się podniósł. Podszedł do drzwi i o mało w nie nie kopnął. Światłości, co za bagno wyszło z tej sytuacji!
Przez drzwi słyszał głos Egwene. Zapędzała gapiów do łóżek, wydawała gwardzistom rozkazy zachowania szczególnej czujności. To ostatnie tylko na pokaz. Doskonale wiedziała, że asasyn dzisiejszej nocy już nie zaatakuje.