W końcu Gawyn wyślizgnął się z pokoiku i poszedł sobie. Zauważyła go w przelocie, ale nic nie powiedziała, tylko odwróciła się i szepnęła coś do Silviany. Czerwona siostra zmierzyła Gawyna pojedynczym spojrzeniem, ale takim, że głaz zatrząsłby się pod nim.
Po drodze minął paru gwardzistów, którzy - przynajmniej oni! - potraktowali go z należytym szacunkiem. W powszechnym przekonaniu udaremnił zamach na życie Amyrlin. Skinieniem głowy odpowiedział na ich saluty. Zaraz za nimi zobaczył Chubaina - stał niedaleko, oglądając nóż, który omalże nie przebił piersi Gawyna.
Podszedł bliżej, Chubain podał mu przedmiot.
- Widziałeś kiedykolwiek coś takiego?
Gawyn wziął do ręki wąski, smukły nóż. Zbalansowany do rzucania, ostrze ze znakomitej stali przypominało nieco kształtem wydłużony płomień świecy. Pośrodku, szeregiem osadzone w nim były trzy fragmenty krwistoczerwonego kamienia.
- Co to za klejnoty? - zapytał Gawyn, unosząc nóż do światła. - Pierwszy raz widzę na oczy.
Gawyn kilkukrotnie obrócił przedmiot w dłoniach. Nie znalazł na nim żadnych inskrypcji ani grawerunków.
- O włos, a straciłbym przez niego życie.
- Możesz go sobie wziąć, jak chcesz - zaproponował Chubain. - Mógłbyś też popytać żołnierzy Bryne’a, może któryś będzie coś wiedział. Mamy drugi, który znaleźliśmy trochę dalej.
- Też miał przebić moje serce - wyjaśnił Gawyn, wsuwając nóż za pas. - Dzięki. Ja również mam coś dla ciebie.
Chubain spojrzał na niego spod uniesionych brwi.
- Skarżyłeś się na straty w ludziach - wyjaśnił Gawyn. - Cóż. Dysponuję oddziałem żołnierzy godnych najwyższej pochwały.
- Z armii Bryne’a? - zapytał Chubain, skrzywiwszy się. Jak wielu żołnierzy z Gwardii Wieży, nadal widział w ludziach Bryne’a rywali.
- Nie - uspokoił go Gawyn. - Sami ludzie Wieży. Wśród nich tacy, co najpierw szkolili się na Strażników, ale potem walczyli pod moimi rozkazami po stronie Elaidy. Teraz jakby nie mieli ochoty wracać do dawnej roli, spodobało im się żołnierskie życie. W związku z czym byłbym wdzięczny, gdybyś ich przygarnął pod swoje skrzydła. To są wszystko ludzie godni zaufania, znakomici wojownicy.
Chubain skinął głową.
- Przyślij ich do mnie.
- Jutro każę im się zameldować - obiecał Gawyn. - Miałbym tylko jedną prośbę. Chodzi o to, żebyś nie próbował na siłę relokować ich do innych oddziałów. Dużo razem przeszli. Zżyli się i zgrali ze sobą.
- Nie powinno być problemów - oznajmił Chubain. - Cholerni Seanchanie prawie do nogi wybili dziesiątą kompanię Wieży. Dorzucę do tego paru weteranów w stopniu oficera i razem z twoimi chłopakami kompania będzie jak nowa.
- Dzięki - powtórzył Gawyn. Skinął głową w kierunku, gdzie znajdowały się apartamenty Egwene. - Chubain, gdybym mógł cię prosić, żebyś na nią uważał… Mam coraz silniejsze wrażenie, że ona szuka śmierci.
- Moim głównym i jedynym obowiązkiem jest bronić i wspierać Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Ale o co chodzi? Wybierasz się dokądś?
- Oświadczyła mi całkiem jednoznacznie, że nie potrzebuje Strażnika - wyjaśnił Gawyn, a przez myś! przemknęły mu słowa wcześniej usłyszane od Bryne’a. Czego chciał, poza, oczywiście, Egwene? Może właśnie nadszedł czas, żeby się przekonać? - Doszedłem do wniosku, że najwyższy czas odwiedzić wreszcie moją siostrę.
Chubain przytaknął w namyśle głową, a Gawyn potraktował to jako gest pożegnania. Wrócił do koszar, skąd wziął swój dobytek - niewiele tego było: rzeczy na zmianę, zimowy płaszcz… - potem dotarł do stajni, gdzie osiodłał Pretendenta.
W końcu zaprowadził konia na teren, skąd Podróżowano. Zgodnie z zaleceniem Egwene, przez całą dobę pełniła tam dyżur któraś z Aes Sedai. Tym razem była to drobna Zielona siostra o imieniu Nimri i jakby zaspanych cały czas oczach. Nie zadawała żadnych pytań. I chwilę później przed Gawynem otworzyła się brama wiodąca na jakieś wzgórze, na oko gdzieś o godzinę jazdy oddalone od Caemlyn.
I takim sposobem Gawyn wyjechał z Tar Valon, zostawiając tam Egwene al’Vere.
- Co to jest? - zapytał Lan.
Siedzący obok na zdjętych z siodła jukach wiekowy Nazar spojrzał nań spod skórzanego hadori, spinającego białe niczym mleko włosy. Niewielki strumyk szumiał nieopodal obozu rozbitego pośród lasu górskich sosen. Otoczenie byłoby wręcz bajkowe, gdyby nie fakt, że na gałęziach sosen było zdecydowanie zbyt dużo zbrązowiałych, martwych igieł.
Chwilę wcześniej Nazar upychał coś do juków, a Lanowi przypadkiem udało się dostrzec mgnienie złota.
- To? - zapytał Nazar. I wyciągnął na wierzch zwiniętą płachtę: śnieżnobiały sztandar ze złotym żurawiem wyhaftowanym pośrodku pola. Sztandar wykonany był naprawdę znakomicie, szczególną uwagę zwracał mistrzowski haft. Lan poczuł nagły przypływ pragnienia, żeby wyrwać Nazarowi sztandar z rąk i rozedrzeć na pół.
- Widzę, widzę, co się dzieje w twoim sercu, Lanie Mandragoranie - rzekł Nazar. - Cóż, nie bierz tego tak do siebie. Każdy człowiek ma w końcu prawo wozić ze sobą ojczysty sztandar.
- Jesteś zwykłym piekarzem, Nazar.
- W pierwszym rzędzie jestem Pogranicznikiem, synu - odparł tamten, z powrotem chowając sztandar. - A to jest moje dziedzictwo.
- Ba! - prychnął Lan, odwracając się. Ich towarzysze podróży już zwijali swój obóz. Z najwyższymi oporami, ale w końcu zgodził się, żeby doń przystali - z jednej strony byli uparci jak dzikie świnie, z drugiej jednak musiał respektować złożoną przysięgę. A przysiągł, że nie odrzuci nikogo, kto zaciągnie się pod jego sztandar. Nowi towarzysze, formalnie rzecz biorąc, o to nie poprosili - po prostu przyłączyli się doń i tyle. Poza tym, jeżeli mieli jechać w tę samą stronę, nie było sensu rozbijać dwóch obozów na noc.
W trakcie tych rozmyślań ocierał ręcznikiem twarz po porannym myciu. Bulen kroił chleb na śniadanie. Otaczający ich sosnowy las znajdował się we wschodnim Kanodrze. Powoli zbliżali się do granicy z Arafel. Może uda się…
Zamarł. Dopiero teraz dostrzegł, że w obozie tamtych przybyło kilka namiotów. Ośmiu mężczyzn rozmawiało z Andere. Trzech miało dość wydatne brzuchy - z pewnością żadni wojownicy, jeżeli sądzić dodatkowo po niezbyt stosownych dla tej profesji ubiorach, choć na pierwszy rzut oka wydawali się Malkierczykami. Pozostała piątka najwyraźniej była z Shienaru: włosy związane na czubku głowy, skórzane naramienniki i krótkie łuki w futerałach na plecach, przytroczone obok długich, dwuręcznych mieczy.
- Co to jest? - zawołał.
- Weilin, Managan i Gorenellin - przedstawił Andere, gestem dłoni obejmując Malkierczyków. - Pozostali to: Qi, Joao, Merekel, Ianor i Kuehn…
- Nie pytałem, kim są - powiedział Lan. - Pytałem: „co”? Co ty robisz?
Andere wzruszył ramionami.
- Spotkaliśmy ich, zanim natknęliśmy się na ciebie. Umówiliśmy się, że zaczekają na nas gdzieś przy południowym trakcie. Kiedy spałeś, Rakim wybrał się na poszukiwania.
- Rakim miał pełnić wartę! - warknął Lan.
- Zastępowałem go - odparł Andere. - Pomyślałem sobie, że przydadzą nam się ci ludzie.
Trzej pulchni kupcy spojrzeli na Lana jak jeden mąż, a po chwili opadli na kolana. Po twarzy jednego z nich spływały łzy.
- Taishar Malkier.
Piątka Shienaran zasalutowała.
- Dai Shan - oznajmił jeden z nich.
- Wszystko, co mamy, przynosimy w służbę Złotego Żurawia - dodał drugi kupiec. - Ile tylko zdołaliśmy zebrać w tak krótkim czasie.
- Nie ma tego wiele - uzupełnił trzeci. - Ale oddajemy ci też swoje miecze. Może nie wyglądamy na wojowników, niemniej potrafimy walczyć. Będziemy walczyć.