Выбрать главу

- Niepotrzebne mi coście przynieśli - powiedział Lan, zirytowany. - Nie…

- Zanim wypowiesz jeszcze bodaj jedno słowo, stary przyjacielu - wtrącił Andere, kładąc dłoń na ramieniu Lana - może powinieneś jednak coś zobaczyć. - Skinął głową na bok.

Słysząc dobiegający z oddali grzechoczący odgłos, Lan zmarszczył brwi. Dał kilka kroków i wyszedł spomiędzy drzew na drogę, którą tu przyjechali. W jego stronę nadjeżdżało jakieś dwadzieścia wozów wyładowanych zapasami: broń, worki z ziarnem, namioty. Oczy otworzyły mu się jak szeroko. Za ciągniętymi przez woły wozami szły uwiązane rumaki bojowe, co najmniej dziesięć. Obok wozów szli poganiacze i służba.

- Kiedy powiedział, że sprzedali wszystko, co mieli i kupili zapasy - powiedział Andere - miał na myśli to.

- Z takim taborem nie uda się podróżować niepostrzeżenie! - obruszył się Lan.

Andere tylko wzruszył ramionami.

Lan wziął głęboki oddech.

„No, dobrze”.

Coś się wymyśli.

- Ale na zaskoczenie tak czy siak nie mamy co liczyć. Może moglibyśmy się podać za karawanę kupiecką jadącą do Shienaru?

- Ale…

- Złożycie mi przysięgę - kontynuował, zwracając się do nowo przybyłych. - Każdy z was przysięgnie, że nie zdradzi, kim jestem, i nie wyśle na mój temat słowa tym, którzy mogą mnie szukać. Przysięgnijcie!

Nazar wyglądał, jakby miał wątpliwości, ale Lan uciszył go surowym spojrzeniem. Jeden po drugim - przysięgli.

Pięciu zmieniło się w kilkudziesięciu, ale na tym koniec.

24.

Obrona.

- Łóżko - oznajmiła Melfane, podnosząc głowę znad piersi Elayne, którą osłuchiwała drewnianą tubką. Akuszerka była niską, pucułowatą kobietą. Włosy miała dzisiaj związane przeźroczystą niebieską szarfą. Schludna sukienka w dostosowanych barwach błękitu nieba i bieli wyglądała, jakby stanowiła wyzwanie, rzucone wiecznie zaciągniętemu chmurami niebu.

- Co? - zapytała Elayne.

- Tydzień - oznajmiła Melfane, machając Elayne przed nosem grubym palcem. - Przez tydzień leżysz.

Elayne zamrugała, zaskoczona i oszołomiona. Na moment wyczerpanie jakby się ulotniło. Melfane tymczasem uśmiechała się radośnie, z pozoru nieświadoma okrucieństwa tej niewyobrażalnej kary. Łóżko? Przez tydzień?

Birgitte stała w drzwiach, Mat był w komnacie obok. Usunął się na czas badań, poza tym jednak nie odstępował jej nawet na krok, z determinacją godną niemalże jej Strażnika. Z tonu ich wypowiedzi, z używanych słów - klęli oboje jak szewcy, często wydawało się, jakby jedno chciało prześcignąć drugie - nikt nigdy nie domyśliłby się, że im na niej zależy. Ale tak było, a przy okazji Elayne nauczyła się kilku nowych przekleństw. Kto by pomyślał, że stonogi też robią te rzeczy?

Dzieciom nic się nie stało. Przynajmniej jak dalece Melfane potrafiła stwierdzić. To było najważniejsze.

- Tydzień w łóżku jest, oczywiście, wykluczony - powiedziała Elayne. - Mam za dużo do zrobienia.

- Cóż, będziesz się musiała zająć wszystkim z łóżka - odparowała Melfane głosem miłym, lecz całkowicie niewzruszonym. - Ty i twoje dzieci przeżyłyście poważny wstrząs. Wszyscy potrzebujecie czasu, żeby dojść do siebie. Zajmę się wami, a przy okazji zadbam, abyście przestrzegali surowej diety.

- Ale…

- Nie chcę słyszeć żadnych wymówek - weszła jej w słowo Melfane.

- Jestem królową! - wydusiła z siebie Elayne, mocno już zirytowana.

- A ja jestem akuszerką królowej - zripostowała Melfane, wciąż zachowując niewzruszony spokój. - W pałacu nie znajdzie się ani jeden żołnierz czy służący, który nie weźmie mojej strony, jeżeli powiem, że coś grozi twojemu zdrowiu lub zdrowiu twoich dzieci. - Spokojnie spojrzała Elayne prosto w oczy. - Chcesz sprawdzić, czy mam rację, Wasza Wysokość?

Elayne aż skuliła się w sobie, widząc przed oczami duszy Gwardzistki, wzbraniające jej wyjścia z własnej komnaty. Albo co gorsza, krępujące ją do łóżka. Zerknęła na Birgitte, ale tamta tylko z satysfakcją skinęła głową. „Na nic więcej nie zasłużyłaś”, tak zapewne można było odczytać to skinienie.

Elayne usiadła, opierając się o poduszki, zdjęta frustracją. Łóżko, a właściwie łoże było masywne, z czterema kolumnami baldachimu w barwach bieli i czerwieni. Cała komnata była bogato wystrojona, iskrzyły się liczne ozdoby z kryształów i rubinów. Piękna z niej będzie złota klatka. Światłości! To nie w porządku! Zawiązała przód podomki.

- Widzę, że jednak nie chcesz przekonać się o prawdziwości moich słów - powiedziała Melfane i podniosła się. - Mądra decyzja. - Zerknęła na Birgitte. - Zezwalam ci na spotkanie z Kapitanem-Generałem, żebyście mogły podsumować dzisiejsze wydarzenia. Ale nie dłużej niż pół godziny. Nie możesz się nadwyrężać!

- Ale…

Melfane kolejny raz pogroziła jej palcem.

- Pół godziny, Wasza Wysokość. Jesteś kobietą, a nie zwierzem od pługa. Masz odpoczywać i dochodzić do siebie. - Zwróciła się do Birgitte: - Nie denerwuj jej bez potrzeby.

- Nawet mi się nie śni - odparła tamta. Jej gniew zaczynał wreszcie ustępować, a jego miejsce zajmowało rozbawienie. Niemożliwa kobieta.

Melfane wyszła do antyszambrów.

Birgitte została na miejscu, przyglądając się Elayne spod zmrużonych powiek. W więzi zobowiązań wciąż tliły się resztki niezadowolenia. Przez dłuższą chwilę patrzyły na siebie.

- Co mam z tobą zrobić, Elayne Trakand? - zapytała na koniec Birgitte.

- Wychodzi na to, że powinnaś zamknąć mnie na klucz w mojej sypialni - warknęła Elayne.

- Całkiem sensowny pomysł.

- I trzymać mnie w niej na zawsze? - zapytała Elayne. - Niczym Gelfinę z opowieści, która przez tysiąc lat siedziała sama w zapomnianej wieży?

Birgitte westchnęła.

- Nie. Ale sześć miesięcy lub coś koło tego wystarczyłoby, żeby uśmierzyć mój niepokój.

- Nie mamy tyle czasu - zauważyła Elayne. - Ostatnio chyba na nic nie mamy czasu. Trzeba więc niekiedy podejmować ryzyko.

- Ryzyko, które polega na tym, że królowa Andoru idzie sama na wojnę z bandą Czarnych Ajah? Zachowujesz się jak jakiś idiota, któremu krew uderzyła do głowy na polu bitwy i który wyrywa się przed towarzyszy, nie bacząc, że nie ma mu kto osłonić pleców, i szukając śmierci.

Elayne aż zmrużyła oczy, taki ją ogarnął gniew na tę kobietę.

- Naprawdę mi nie ufasz, Elayne? - dopytywała się Birgitte. - Pozbyłabyś się mnie, gdybyś tylko mogła?

- Co? Nie! Oczywiście, że ci ufam.

- Więc dlaczego nie pozwolisz sobie pomóc? Przecież w zgodzie z wyrokami Koła w ogóle nie powinno mnie tu być. Moje życie nie ma innego celu niż narzucony mu przez przypadkowe okoliczności, przez które znalazłam się teraz na świecie. Uczyniłaś mnie swoim Strażnikiem, ale nie pozwalasz się chronić! A jak mam to robić, skoro ty ryzykujesz, a ja nawet o niczym nie wiem?

Elayne miała ochotę naciągnąć kołdrę na głowę, żeby tylko skryć się przed tym oskarżycielskim spojrzeniem. Przecież to ją dziś ciężko poturbowano, więc dlaczego Birgitte czuła taki ból?

- Jeżeli ma to jakiekolwiek znaczenie - powiedziała - to obiecuję, że już nigdy więcej tego nie zrobię.

- Nie, pewnie, że nie. Zrobisz jakieś inne głupstwo.

- Chcę powiedzieć, że będę ostrożniejsza. Może masz rację, może nie powinnam tak do końca ufać widzeniu Min. Z pewnością wiara w nie nie ustrzegła mnie przed paniką w obliczu prawdziwego niebezpieczeństwa.

- Nie czułaś prawdziwego zagrożenia, gdy Czarne Ajah uwięziły cię i spróbowały wywieźć?

Elayne zawahała się. Faktycznie, powinna wtedy się przerazić nie na żarty, ale jakoś się nie przestraszyła. I to nie tylko dlatego, że pamiętała o wizjach Min. Była pewna, że Czarne Ajah jej nie zabiją, że to po prostu niemożliwe. Była dla nich zbyt cenna.