Inaczej było dzisiaj, gdy czuła ostrze noża wbijające się w ciało, sięgające do wnętrza, ku jej łonu… Ta groza… Osuwanie się w ciemność, łomot serca, z każdą chwilą coraz głośniejszy, niczym werbel ogłaszający koniec przedstawienia. Po którym jest już tylko cisza.
Birgitte przyglądała się jej szacującym spojrzeniem. Czuła targające nią emocje, gonitwę myśli. Elayne nie potrafiła dojść do ładu z myślami: przecież była królową! Nie mogła unikać ryzyka. Ale być może powinna bardziej się kontrolować…
- Cóż - rzekła na koniec Birgitte - może przynajmniej dowiedziałaś się czegoś?
- Dowiedziałam się - potwierdziła Elayne. - Dowiedziałam się…
W tej samej chwili w drzwiach pokazała się głowa obwiązana chustką. Mat miał oczy zamknięte.
- Jesteś ubrana?
- Tak - powiedziała Elayne. - I to znacznie bardziej modnie niż ty, Matrimie Cauthon. Ta chustka wygląda idiotycznie.
Nachmurzył się, potem rozpromienił i ściągnął chustkę. Wyjrzała spod niej kwadratowa twarz.
- Ciekawe, co byś zrobiła na moim miejscu - powiedział. - Wygląda na to, że każdy rzeźnik, karczmarz czy szuler zna w tym mieście moją twarz.
- Czarne siostry planują cię zabić - stwierdziła Elayne.
- Co? - zapytał Mat.
Elayne przytaknęła skinieniem głowy.
- Jedna z nich wspomniała o tobie. Z tego, co zrozumiałam, Sprzymierzeńcy Ciemności poszukują cię od jakiegoś czasu, z morderczymi zamiarami.
Birgitte wzruszyła ramionami.
- Mowa o Sprzymierzeńcach Ciemności. Chcieliby pozabijać nas wszystkich.
- To brzmiało trochę inaczej - sprzeciwiła się Elayne. - Jakby bardziej… dobitnie. Proponuję, żebyś przez jakiś czas miał oczy z tyłu głowy.
- To może okazać się trudne - wtrąciła Birgitte. - Najpierw trzeba mieć jakąś głowę.
Mat przewrócił oczyma.
- Mam wrażenie, że coś przegapiłem. Jakoś nie słyszę tłumaczenia, co robiłaś w przeklętych lochach, siedząc w kałuży własnej krwi i wyglądając, jakbyś właśnie przegrała potyczkę na polu bitwy?
- Przesłuchiwałam Czarną Ajah - wyjaśniła Elayne. - A szczegóły nie powinny cię interesować. Birgitte, masz już raporty z Pałacu?
- Nikt nie widział wychodzącego Mellara - odpowiedziała Birgitte. - Chociaż na parterze znaleźliśmy ciało sekretarza, jeszcze ciepłe. Umarł od ciosu nożem w plecy.
Elayne westchnęła.
- Shiaine?
- Zniknęła - kontynuowała Birgitte - razem z Marillin Gemalphin i Falion Bhoda.
- Cień nie mógł sobie pozwolić, abyśmy dalej je przetrzymywały - z westchnieniem orzekła Elayne. - Zbyt dużo wiedziały. Więc albo trzeba je było wydostać, albo zabić.
- Cóż - powiedział Mat, wzruszając ramionami. - Ty żyjesz, a troje z nich gryzie ziemię. Jak na wynik potyczki, to całkiem korzystny.
„Z tym, że te, które uciekły, zabrały ze sobą kopie twojego medalionu” - pomyślała Elayne. Jednak myśli swoich nie wypowiedziała na głos. Nie wspomniała także o inwazji, o której mówiła Chesmal. Rzecz jasna, Birgitte będzie musiała się dowiedzieć, wkrótce, najpierw trzeba przemyśleć całą sprawę samemu.
Mat uznał wynik potyczki jako „całkiem niezły”. Niemniej, im dłużej Elayne się nad tym zastanawiała, tym większy czuła zawód. Na Andor nadciągała inwazja, a ona nie wiedziała, kiedy nastąpi. Cień chciał śmierci Mata. Z drugiej strony, jak słusznie zauważyła Birgitte, nie było to żadne specjalne zaskoczenie. Po prawdzie to jedynym niewątpliwym skutkiem wieczornej przygody było przeraźliwe uczucie zmęczenia. To i zakaz opuszczania komnat przez tydzień.
- Mat - powiedziała, zdejmując z szyi jego medalion. - Masz, już czas, żebym ci go oddała. Powinieneś tylko wiedzieć, że najprawdopodobniej uratował mi dzisiaj życie.
Podszedł, skwapliwie wziął go z jej ręki i zawahał się.
- Udało ci się…
- Skopiować go? Nie do końca, ale coś niecoś uzyskałam.
Zawiesił go na szyi, ale niepokój wciąż odbijał się na jego twarzy. - Cóż, cieszę się, że mam go z powrotem. Ale chciałem cię jeszcze o coś spytać. Tylko że teraz nie jest chyba właściwy moment.
- Mów - stwierdziła Elayne zmęczonym głosem. - Może wręcz przeciwnie.
- Cóż, chodzi o gholam…
- Prawie cała ludność cywilna opuściła już miasto - powiedział Yoeli. On i Ituralde przechodzili właśnie przez którąś z bram Maradon. - Żyjemy tu blisko Ugoru, więc to nie pierwsza ewakuacja. Moja siostra, Sigril, która dowodzi Kawalerią Końca patrolującą wzgórza, wyśle słowo, gdyby nasza sytuacja zrobiła się tragiczna. Wyśle słowo do naszych posterunków na granicach Saldaei z prośbą o pomoc. A kiedy Cień nadejdzie, zapali ognie.
Spojrzał ponuro na Ituralde oczyma osadzonymi w pociągłej twarzy.
- Niewiele wojska będą nam w stanie wysłać na pomoc. Królowa Tenobia wzięła większą część armii ze sobą na poszukiwanie Smoka Odrodzonego.
Ituralde pokiwał głową. Chodził, już nie utykając - Antail, jeden z Asha’manów, był całkiem zręczny w sztuce Uzdrawiania. Przechodzili właśnie obok miejsca, w którym po wjeździe do miasta jego ludzie stworzyli sobie obóz zaimprowizowany na jednym z dziedzińców. Tymczasem z pozostawionych namiotów Trolloki zrobiły gigantyczne ognisko, aby przyświecało im podczas makabrycznej uczty z ciał rannych. Potem Ituralde rozlokował część żołnierzy w pustych budynkach.
Asha’mani i Aes Sedai wypruwali sobie żyły, aby Uzdrowić wszystkich ludzi Ituralde, lecz ostatecznie udało im się zająć wyłącznie najciężej rannymi. Ituralde skinął głową Antailowi, który właśnie pracował na ogrodzonym linami fragmencie dziedzińca. Tamten nie zauważył. Całkowicie skupiony, z czołem pokrytym potem, dzierżył Moc, o której Ituralde raczej wolałby nie myśleć.
- Na pewno chcesz ich widzieć?- zapytał Yoeli. Do ramienia miał przytroczoną długą kawaleryjską włócznię, której grot zdobił trójkątny proporzec w barwach czerni i żółci. Zwany obecnie Proporcem Zdrajcy.
Miasto aż kipiało od wrogich nastrojów. Przemierzające je grupy Saldaean popatrywały po sobie ponuro. Wielu zdobiło pochwy mieczy pasami czarnej i żółtej materii, skręconymi razem. Oni kiwali Yoeliemu.
„Desya gavane cuendar isain carentini” - pomyślał Ituralde. Zdanie było w Dawnej Mowie i oznaczało: „zdecydowane serce warte jest dziesięciu argumentów”. Miał podstawy, żeby się domyślać, co oznaczają te barwy. Czasami człowiek musi zrobić to, co trzeba, nie bacząc, jak źle to może wyglądać.
Przez jakiś czas wędrowali we dwóch ulicami miasta. Maradon niewiele różniło się od innych miast Ziem Granicznych: proste ściany, przysadziste, kwadratowe budynki, wąskie uliczki. Domy wyglądały jak warownie, miały małe okna i solidne drzwi. Ulice wiły się w nieregularny sposób. Żadnych dachów krytych strzechą - tylko płytki z łupku, ognioodporne. Plam zakrzepłej na kilku skrzyżowaniach krwi właściwie nie sposób było wyróżnić na ciemnym kamieniu, lecz wzrok Ituralde wiedział, czego szukać. Wyprawa Yoeliego na ratunek jego żołnierzom została okupiona bratobójczą walką.
Dotarli wreszcie do celu swej wędrówki. Budynek niewiele różnił się od innych. Nikt by się nie domyślił, że on akurat należy do Vrama Torkumena, dalekiego kuzyna królowej, mianowanego pod jej nieobecność lordem miasta. Wartownicy przy drzwiach nosili żółto-czarne barwy. Zasalutowali Yoeliemu.
W środku Ituralde i Yoeli wkroczyli na wąską klatkę schodową i weszli na drugie piętro. Właściwe w każdym pokoju stacjonowali żołnierze. Na ostatnim piętrze czterej wartownicy w barwach Proporca Zdrajcy strzegli masywnych, intarsjowanych złotem drzwi. Korytarz był ciemny: wąskie okna, czarno-zielono-czerwony chodnik.