Zdjął bieliznę i położył na podłodze namiotu. Zanim Faile skończyła się przebierać, już zaczął morzyć go sen.
W wilczy sen wszedł w miejscu, gdzie gigantyczny miecz sztychem nawlekał ziemię. W oddali widział wzgórze, które Gaul określił mianem „znakomitej strażnicy”. Wody obozowi dostarczał płynący z tyłu strumień.
Perrin odwrócił się i pospieszył ku obozowi Białych Płaszczy. Stał niczym tama na rzece, grodząc mu drogę naprzód.
- Skoczek? - zawołał, rozglądając się po obozie, po nieruchomych namiotach stojących na otwartym polu. Nie doczekawszy się odpowiedzi, postanowił rozejrzeć po obozie. Balwer nie rozpoznał pieczęci, którą Perrin mu opisał. Któż więc dowodził Białymi Płaszczami?
Jakąś godzinę później nadal nic w tej kwestii nie ustalił. Dowiedział się natomiast, w których namiotach znajdują się magazyny, zapewne nie będą strzeżone równie mocno, co namioty z jeńcami, a dzięki bramom będzie mógł pozbawić przeciwnika zapasów.
Może. Listy, które otrzymywał od ich Lorda Kapitana Komandora, pełne były sformułowań w rodzaju: Jedyną rzeczą, jaka może przemawiać na korzyść twoich ludzi, to fakt, że nie znają twej prawdziwej natury” albo: „Powoli wyczerpuje się moja cierpliwość wobec ciebie” albo”: „Mamy tylko dwa wyjścia. Poddasz się i staniesz przed sądem albo przyprowadzisz armię i poniesiesz karę z ręki Światłości”.
Z listów tych biło osobliwe poczucie honoru. Perrin wyczuł je wprawdzie niejasno, kiedy się spotkali, lecz dopiero w słowie pisanym doszło wyraźnie do głosu. Lecz z kim miał do czynienia? Każdy list podpisany był tylko: „Lord Kapitan Komandor Synów Światłości”.
Perrin wyszedł na drogę. Gdzie był Skoczek? Nie było go, więc ruszył przed siebie raźnym biegiem. Po kilku chwilach dotarł na łąkę. Ziemia tu była tak miękka, że przy każdym kroku odbijała jego stopy niczym trampolina.
Sięgnął myślami poza siebie i wyczuł coś w kierunku południa. Pobiegł w tamtą stronę; w pewnym momencie uznał, że powinien biec szybciej, więc zaczął przyspieszać. Drzewa i wzgórza przemykały obok w pędzie.
Wilki zdawały sobie sprawę z jego obecności. To była wataha Dębowego Tancerza, w skład której wchodziły: Iskierka, Księżycowa Poświata i inne. Perrin czuł wymieniane przez nie przesłania - odległe szepty obrazów i woni. Ruszył jeszcze prędzej, słysząc w uszach świst wiatru.
Wilki tymczasem ruszyły w kierunku południa.
„Zaczekajcie” - zabrzmiało jego przesłanie. „Muszę się z wami spotkać!”.
W odpowiedzi otrzymał tylko poczucie rozbawienia. Nagle zorientował się, że zmieniły kierunek i teraz idą na wschód. Zatrzymał się i też zawrócił. Biegł już tak szybko, jak tylko był w stanie, lecz gdy tylko je doganiał, okazywało się, że są już gdzie indziej. Przenosiły się z miejsca na miejsce, znikały z południa i pojawiały na północy.
Perrin warknął i nagle zorientował się, że stoi na czworakach. Wiatr rozwiał mu futro, otwartą paszczę chłodził połykany haustami wiatr. Lecz wilki wciąż były przed nim - odległe jak na początku.
Zawył. W odpowiedzi wyczuł tylko kpiny.
Pędził już teraz z szybkością ledwie wyobrażalną, skakał z jednego szczytu wzgórza na następny, obijał się o drzewa, ziemia pod łapami zlewała się w niewyraźną smugę. W pewnym momencie po lewej stronie wyrosły Góry Mgły i odtąd pędził obok nich.
Wilki tymczasem szły na wschód. Dlaczego nie był w stanie ich dogonić? Przecież czuł ich woń przed sobą. Młody Byk wył do swych braci, ale odpowiedzi nie było.
„Nie szalej, Młody Byku”.
Młody Byk wyhamował szaleńczy pęd i świat zakołysał się wokół. Wataha dalej podążała na wschód, lecz tuż obok, na brzegu wijącego się strumienia, na tylnych łapach siedział Skoczek. Młody Byk był już kiedyś w tym miejscu. Znajdowało się blisko leża jego rodziców. Podróżował też tą rzeką na jednym z ludzkich pływających drzew. Był…
„Nie… nie… pamiętaj o Faile!”.
Sierść znowu stała się ubraniem, nie stał na czterech łapach, lecz na nogach.
- Dlaczego przede mną uciekałeś? - zapytał Skoczka.
„Chciałem, żebyś się znowu czegoś nauczył” - zabrzmiało przesłanie od wilka. „Z każdą chwilą idzie ci coraz lepiej. Jesteś coraz szybszy. Wyciągasz przed siebie łapy i pędzisz. To dobrze”.
Perrin obejrzał się na drogę, którą przebył, i pojął, jak szybko musiał się poruszać. Skakał ze wzgórza na wzgórze. To było cudowne przeżycie.
- Ale żeby to zrobić, musiałem stać się wilkiem - stwierdził. - A przez to zbyt mocno zanurzyłem się w tym miejscu. Jaki pożytek z ćwiczeń, jeśli trzeba robić rzeczy zakazane?
„Skwapliwie się obwiniasz, Młody Byku.” - Towarzyszył temu obraz wilczego szczenięcia wyjącego i szczekającego obok leża rodziców oraz odgłosy jazgotu, jakie temu towarzyszyły. „Wilki tak nie robią”.
I w mgnieniu oka Skoczek znikł.
Perrin warknął i spojrzał na wschód, gdzie wciąż wyczuwał obecność wilków. Ruszył ich śladem, tym razem zachowując większą ostrożność. Nie mógł pozwolić na to, żeby żyjący w nim wilk pochłonął go. Skończy jak Noam, zamknięty w klatce, bez śladu człowieczeństwa. Dlaczego Skoczek go do tego zachęcał?
„Wilki tak nie robią”. Czy należało to rozumieć jako oskarżenie, czy chodziło o to, co przydarzyło się Perrinowi?
„Pozostałe zawsze wiedzą, kiedy polowanie się kończy” - nadeszło z oddali przesłanie Skoczka. „Tylko ciebie trzeba powstrzymywać”.
Perrin zamarł, stając jak wryty na brzegu rzeki. Polowanie na białego jelenia. Obejrzał się w bok i zobaczył Skoczka, który spokojnie siedział obok niego nad leniwie płynącą rzeką.
- To się zaczęło od momentu, gdy po raz pierwszy wyczułem wilki - powiedział na głos, równocześnie tworząc myślowe przesłanie dla Skoczka. - Pierwszy raz kontrolę nad sobą straciłem wśród Białych Płaszczy.
Skoczek położył się wygodnie, kładąc łeb na przednich łapach. „Zbyt często jesteś tutaj zbyt mocno” - przesłał mu wilk skrótową myśl. „Tak właśnie postępujesz”.
Wilk powtarzał mu te słowa od czasu, gdy go poznał, gdy ten odkrył wilcze sny. Lecz dopiero teraz Perrin pojął ich znaczenie. Żeby je zrozumieć, trzeba się było zastanowić nie tylko nad wilczym snem, ale też nad swoją naturą.
Za wszystko, co robił, za sposób, w jaki walczył, za to, co się z nim stało, gdy szukał Faile - za wszystko winił wilki. Ale może one nie miały z tym nic wspólnego? Może taki po prostu był? Może to jego własna natura w pierwszym rzędzie była odpowiedzialna za to, że stał się wilczym bratem?
- Czy to możliwe - zapytał Perrin - żeby biegać na czterech łapach, a jednak nie istnieć tu zbyt mocno?
„Oczywiście, że tak” - zabrzmiało przesłanie Skoczka, a potem wilk zaśmiał się tym wilczym śmiechem, w którym brzmiało rozbawienie na widok kogoś, kto odkrywa rzecz całkiem oczywistą od początku. Może i wszystko było od początku oczywiste…
Może był wilczym bratem, ponieważ był taki jak wilki? Nie miało sensu kontrolowanie swoich związków z wilkami. Należało kontrolować siebie.
- Wataha - powiedział na głos. - Jak mogę ją dogonić? Pędzić jeszcze szybciej?
„To jeden ze sposobów. Inny polega na tym, żeby być, gdzie się chce”.
Perrin zmarszczył brwi. Potem zamknął oczy i spróbował z kierunku, w którym szły wilki wywnioskować, dokąd zmierzają. Coś przesunęło się w otaczającym świecie.
Kiedy otworzył oczy, stał na piaszczystym zboczu wzgórza, gdzie spod ziemi wychylały się kępki długich źdźbeł trawy. Po jego prawej ręce ku niebu wznosiła się ogromna góra ze strzaskanym wierzchołkiem, który wyglądał, jakby oderwała go dłoń olbrzyma.