Z lasu przed nim wypadła wataha wilków. Większość śmiała się z niego. Młody Byk poluje, kiedy raczej trzeba już kończyć z polowaniem! Młody Byk chce rezygnować z polowania, kiedy właśnie należy się nim cieszyć! Uśmiechał się, próbując robić dobrą minę do złej gry, choć po prawdzie, to czuł się jak tego dnia, gdy jego kuzyn Wil tak ustawił kubeł pełen mokrego pierza, że spadł Perrinowi na głowę.
Coś załopotało w powietrzu. Kurze pierze. Mokrawe kurze pierze. Perrin drgnął zaskoczony, rozejrzał się i zobaczył, że ziemia wokół niego jest nim zasłana. Mrugnął i wszystko zniknęło. Wilki zdawały się jeszcze bardziej rozbawione. W przesłaniach od nich widział obrazy samego siebie obsypanego pierzem.
„Jeżeli w tym miejscu zagubisz się w swoich snach, Młody Byku” - zabrzmiało przesłanie Skoczka. „Te sny staną się snem tego miejsca”.
Perrin podrapał się po brodzie, próbując skryć zażenowanie. Przecież już wcześniej miał do czynienia z nieprzewidywalną postacią wilczego snu.
- Skoczek - rzekł, zwracając się do wilka. - Gdybym bardzo chciał, to na ile zdołałbym zmienić swoje otoczenie tutaj?
„Gdybyś bardzo chciał?” - zdziwił się Skoczek. „Tu nie chodzi o to, czego chcesz, Młody Byku. Tu chodzi o to, czego ci potrzeba. O to, co wiesz”.
Perrin znowu zmarszczył brwi. Czasami pojęcia, jakimi wilk się posługiwał, wprawiały go w całkowite pomieszanie.
Nagle wszystkie wilki watahy, jak jeden, odwróciły się i spojrzały na południowy zachód. I zniknęły.
„Poszły tam”. - Skoczek przesłał Perrinowi obraz odległej zarośniętej drzewami doliny. I sprężył się, żeby ruszyć za pobratymcami.
- Skoczek! - zawołał Perrin, dając krok naprzód. - Skąd wiesz? Dokąd się udały? Powiedziały ci?
„Nie. Ale wiem, jak je mieć na oku”.
- Skąd wiesz? - dopytywał się Perrin.
„To jest coś, co wiedziałem od zawsze” - zabrzmiało w przesłaniu Skoczka. Jak chodzenie. Jak skakanie”.
- Tak, wiem. Ale skąd?
Wilka otoczyła woń świadcząca o całkowitym niezrozumieniu, o co Perrinowi chodzi.
„To jest zapach” - odpowiedział, choć chodziło mu o coś znacznie bardziej skomplikowanego: odczucie, wrażenie i zapach w jednym.
- Idź gdzieś - zaproponował Perrin. - Spróbuję cię mieć na oku.
Skoczek zniknął. Perrin podszedł do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się wilk.
„Powąchaj” - dobiegło z oddali przesłanie Skoczka. Znajdował się na tyle blisko, żeby myśl była całkiem zrozumiała. Perrin odruchowo sięgnął poza siebie. Jego myśl natknęła się na dziesiątki wilków. Po prawdzie, to nie zdołał pohamować zdziwienia, gdy pojął, ile ich tutaj jest, tu, na stokach Góry Smoka. Nigdy dotąd nie był świadkiem tak licznego zgromadzenia w jednym miejscu. Skąd się tu wzięły? I czy naprawdę tutejsze niebo wyglądało jakby bardziej burzowo niż w innych miejscach wilczego snu?
Jednak nie wyczuwał Skoczka - wilk jakimś sposobem skrył swoją obecność, uniemożliwiając Perinowi odnalezienie się. Ten więc tylko nachylił się nad ziemią w miejscu, gdzie widział Skoczka po raz ostatni.
Co powąchać? Zamknął oczy i pozwolił, żeby do nosa wpłynęły mu zapachy z najbliższego otoczenia. Sosnowe szyszki, kora i igliwie, skórzany liść i cykuta.
I… coś jeszcze. Tak, naprawdę coś wyczuwał. Docierającą z oddali woń, niewpisującą się w harmonię zapachów tego miejsca. Wszystkie otaczające go wonie cechowała charakterystyczna bujność, żywiołowość natury, zapach życia towarzyszący rozrośniętym drzewom, podkreślony wilgotną wonią mchu i mokrego kamienia. W powietrzu coś jeszcze - pyłki i kwiaty.
Perrin z całej siły zacisnął powieki, odetchnął głęboko. Jakimś sposobem z wszystkich tych woni potrafił ukształtować sobie wyimaginowany obraz. Przypominało to trochę przekład wilczego przesłania na słowa.
„Tam” - pomyślał. A rzeczywistość wokół niego zmieniła się i przesunęła.
Otworzył oczy. Siedział wśród sosen na kamiennej odkrywce. Wciąż znajdował się na zboczach Góry Smoka, choć kilka godzin drogi od miejsca, gdzie był przed momentem. Kamień porastały porosty, jego krawędź sterczała ponad rosnącymi poniżej drzewami. Tam, gdzie docierały promienie słońca, rosły fioletowe kwiaty wiciokrzewu pachnącego. Miło było zobaczyć kwiaty, które nie schły ani nie obumierały, choćby w wilczym śnie.
„Chodź” - przesłał mu myśl Skoczek. „Za mną”. I już go nie było.
Perrin zamknął oczy, wchłonął otaczające wonie. Tym razem cała procedura była znacznie łatwiejsza. Dęby, trawa, błoto i wilgoć. Wychodziło na to, że każde miejsce ma swoja własną, specyficzną woń.
Perrin zmienił rzeczywistość wokół siebie i otworzył oczy. Znajdował się na polu obok Drogi Jehannah. Przykucnięty. Tutaj właśnie przeniosła się wataha Dębowego tancerza, dlatego też Skoczek biegał teraz po łące, z ciekawością łowiąc wonie. Wataha wprawdzie przeniosła się dalej, lecz wciąż pozostawała niedaleko.
- Zawsze mogę to robić? - Perrin zapytał Skoczka. - To znaczy wywęszyć, dokąd we śnie udał się wilk?
„Każdy mógłby” - dopowiedział Skoczek. „Gdyby tylko dysponował wilczym węchem”. - Wyszczerzył kły w uśmiechu.
Perrin w namyśle pokiwał głową.
Skoczek tymczasem w podskokach biegł ku niemu przez łąkę. „Musimy ćwiczyć, Młody Byku. Wciąż jeszcze jesteś szczeniakiem o krótkich łapach i miękkim futerku. My…”.
Nagle zamarł.
- Co? - zapytał Perrin.
Jakiś wilk znienacka zawył z bólu. Perrin odwrócił się. To była Jutrzenka. Po chwili skowyt urwał się jak nożem uciął, a wilczy umysł zachwiał się jak płomień świecy i zgasł.
Skoczek warknął, w bijącej od niego woni była panika, gniew i żałość.
- Co to było? - dopytywał się Perrin.
„Polują na nas, Młody Byku! Musimy uciekać”.
Umysły, które w jego głowie były pozostałymi wilkami z watahy, zaczęły znikać jeden po drugim. Perrin warknął. Kiedy wilk umierał w wilczym śnie, umierał na zawsze. Żadnego odrodzenia, żadnego gonu z nosem wystawionym pod wiatr. A tylko jedna istota ścigała wilcze duchy.
„Młody Byku!” - zabrzmiało gorączkowe przesłanie Skoczka. „Wynosimy się stąd!”.
Perrin stał tylko i warczał. Zanim zginęła, Jutrzenka przesłała mu w ostatnim odruchu zaskoczenia i bólu ostatni swój obraz świata. Z tej gęstwy uczuć i przeżyć Perrin wydobył obraz. Potem zamknął oczy.
„Młody Byku! Nie! On…”.
Rzeczywistość zmieniła się. Perrin otworzył gwałtownie oczy i przekonał się, że stoi na niewielkiej polance w pobliżu miejsca, gdzie - w rzeczywistym świecie - rozbili obóz jego ludzie. Pośrodku polany trwał w kuckach muskularny, opalony mężczyzna o ciemnych włosach i niebieskich oczach. U jego stóp leżało ciało wilka. Zabójca miał potężne ramiona, a jego woń niosła w sobie lekkie nieludzkie nuty, jakby był pół człowiekiem, pół kamieniem. Ciemno odziany - w skóry i czarne wełny. Nie zwracając uwagi na przyglądającego się Perrina, zaczął oprawiać tuszę.
Perrin skoczył naprzód. Zabójca ze zdumieniem uniósł wzrok. W przebłysku widok jego twarzy przywiódł Perrinowi na myśl Lana - oblicze jakby wyciosane z kamienia, same kąty i ostre linie. Zawył, w dłoniach znienacka pojawił się młot.
Kiedy jednak spadał cios, Zabójca zdążył zniknąć, a głownia perrinowego młota przeszyła powietrze. Perrin głęboko wciągnął powietrze w płuca. Złapał trop! Solanka i mokre od wody drewno. Mewy i ich odchody. Wykorzystując nowo odkrytą umiejętność, rzucił się w stronę odległego miejsca.