Rzeczywistość przesunęła się.
Perrin stał w pustym doku, w mieście, którego nie poznawał. Zabójca znajdował się tuż obok, pochylony nad trzymanym w dłoniach łukiem.
Perrin zaatakował. Zabójca uniósł wzrok, oczy mu się rozszerzyły, w bijącej od niego woni pojawiła się nuta zdumienia. Odruchowo uniósł łuk, żeby zablokować cios, ale młot Perrina strzaskał go bez trudu.
Z wrzaskiem Perrin na powrót uniósł broń i uderzył po raz drugi, tym razem celując w głowę Zabójcy. Dziwne, ale tamten tylko się uśmiechnął, a w ciemnych oczach rozbłysły iskierki wesołości. Znienacka pachniał żądzą. Żądzą mordu. W uniesionej dłoni pojawił się miecz, zamachnął się nim, żeby powtórnie zablokować cios Perrina.
Młot odskoczył od wąskiego ostrza, jakby uderzył w kamień. Perrin zachwiał się, a Zabójca wyciągnął rękę i schwycił go za ramię. Pchnął.
Był niemożliwie silny. Pchnięcie cisnęło Perrina na barierę oddzielającą dok od wody, ale drewno zniknęło, gdy tylko w nie uderzył. Poleciał na dół i z wielkim pluskiem wpadł w ciemną ciecz. Woda zamknęła się nad nim, wlała do gardła, pochłonęła.
Szarpał się, żeby wydobyć na powierzchnię - nawet porzucił młot - ale kiedy do niej dopłynął, uderzył w zamarzniętą taflę lodu. Tymczasem z głębiny wychynęły sznury, oplątały mu ręce, zaczęły ciągnąć w dół. Przez przeźroczysty lód widział poruszający się nad nim cień. Zabójca unosił łuk, który jakimś sposobem zrekonstruował się w jego dłoniach.
W jednej chwili lód zniknął, a woda się rozstąpiła. Perrin rozglądał się nieprzytomnie dookoła, ociekał wodą i patrzył w strzałę wycelowaną prosto w swoje serce.
Zabójca puścił cięciwę.
Perrin zebrał całą siłę swej woli i zniknął.
Rzeczywistość przesunęła się. Aż mu zabrakło tchu, kiedy spadł na kamienną powierzchnię odkrywki, na której wcześniej był ze Skoczkiem. Opadł na kolana, woda morska spływała z jego ciała. Wypluł ją, otarł twarz, spróbował uspokoić łomoczące serce.
Skoczek pojawił się tuż obok. Dyszał, a w bijącej od niego woni można było wyczuć złość.
„Głupie szczenię! Głupie szczenię! Chcesz ścigać lwa, kiedy ledwie odszedłeś od matczynego sutka?”.
Perrin zadrżał i usiadł prosto. Czy Zabójca będzie go ścigał? Czy jest w stanie? W miarę jak minuty mijały i nikt się nie pojawiał, Perrin powoli dochodził do siebie. Pojedynek z Zabójcą potoczył się tak szybko, że w pamięci zlał się w jedną smugę wrażeń. Ta siła… człowiek czymś takim nie dysponuje. Lód, sznury…
- On potrafił zmieniać rzeczy - powiedział Perrin. - Bariera nabrzeża zniknęła, kiedy w nią uderzyłem. Stworzył sznury, którymi mnie skrępował, przegnał wodę, żeby mieć czyste pole do strzału.
„To jest lew. Zabija. Niebezpieczny”.
- Muszę się nauczyć. Muszę sobie z nim dać radę, Skoczek.
„Jesteś za młody. To jest ponad twoje siły”.
- Za młody? - zdziwił się Perrin, wstając. - Skoczek, Ostatni Łów tuż przed nami!
Skoczek położył się, oparł łeb na przednich łapach.
- Zawsze mi mówisz, że jestem za młody - poskarżył się Perrin. - Albo, że nie wiem, co robię. Cóż, jaki sens mnie uczyć, skoro nie mówisz mi jak walczyć z takimi Zabójcami?
„Zobaczymy” - zabrzmiało w przesłaniu Skoczka. „Na dziś wystarczy. Teraz sobie pójdziesz”.
W treści przesłania Perrin wyczuł żałobną nutę i poczucie ostateczności. Dzisiejszej nocy wataha Dębowego Tancerza i Skoczek będą żegnać Jutrzenkę.
Perrin westchnął i skrzyżował nogi. Skoncentrował się i udatnie powtórzył te manewry, jakich używał Skoczek, kiedy chciał go wyrzucić z wilczego snu.
Rzeczywistość zasnuła mgła.
Obudził się na sienniku w ciemnym namiocie. Faile leżała wtulona w niego.
Przez jakiś czas nie ruszał się, wpatrując w płótno namiotu. Ciemność przywodziła na myśl burzliwe niebo wilczego snu. Sen wydawał się równie odległy, co Caemlyn. W końcu jednak się podniósł, delikatnie uwalniając z objęć Faile, po czym włożył koszulę i spodnie.
Na zewnątrz namiotu obóz był pogrążony w ciemnościach, które jego oczom nie sprawiały najmniejszych problemów. Skinął głową Kenly’emu Maerinowi i Jaimowi Dawtry, ludziom z Dwu Rzek, którzy dzisiaj stali na straży przy jego namiocie.
- Która godzina? - zapytał.
- Po północy, lordzie Perrinie - odparł Jaim.
Perrin odmruknął coś niezrozumiałego. Odległa błyskawica zapaliła się nad ziemią. Poszedł dalej, tamci ruszyli za nim.
- Poradzę sobie bez straży przybocznej - poinformował ich. - Pilnujcie lepiej namiotu… lady Faile wciąż śpi.
Jego namiot znajdował się blisko skraju obozu. Nie miał nic przeciwko, namiot wtulony w zbocze wzgórza po zachodniej stronie obozu zapewniał przynajmniej odrobinę prywatności. Choć było już naprawdę późno, wkrótce napotkał Gaula, który siedział sobie na pniu powalonego drzewa i ostrzył włócznię. Wysoki wojownik z klanu Kamiennych Psów wstał i poszedł za Perlinem, a ten nie znalazł w sobie siły, żeby i jego odprawić. Gaul nabrał ostatnio głębokiego przekonania, że nie wywiązuje się z honorowego obowiązku strzeżenia Perrina, więc zdwoił swe wysiłki. Perrin natomiast podejrzewał, że po prostu szukał wymówki, żeby trzymać się z dala od swojego namiotu i pary kobiet gai’shain, które tam ostatnio zamieszkały.
Gaul na szczęście zachowywał stosowną odległość. Z drugiej strony Perrina dręczyły pewne wątpliwości: czyż tak się czuli wszyscy przywódcy? Nic dziwnego, że tak wiele narodów chętnie szło w bój - królowie, królowe nie mieli nawet odrobiny czasu dla siebie i deklarowali wojnę, żeby tylko ludzie przestali im się naprzykrzać!
Wkrótce dotarli do niewielkiego gaju, gdzie zwalono niewielki stos pociętych na kloce pni. Denton - służący Perrina na czas nieobecności Lamgwina - znacząco zmarszczył czoło, kiedy dowiedział się, czego Perrin odeń oczekuje. Denton wywodził się z drobnej szlachty Cairhien, ale odmówił powrotu do swych posiadłości. Teraz widział w sobie tylko służącego i nie dawał się przekonać do zmiany zdania.
Znajdował się tu również topór. Nie z tym śmiertelnym ostrzem w kształcie półksiężyca, z którym kiedyś chodził w bój, ale mocny topór drwala ze styliskiem wygładzonym niezliczonymi spoconymi dłońmi ludzi żyjących z pracy rąk. Perrin podwinął rękawy, splunął w dłonie i ujął topór. Dobrze było znowu poczuć pod palcami niezawodne narzędzie. Zamachnął się, wycelował w pierwszy kloc, dał krok do tyłu i uderzył ze znacznie szerszego zamachu.
Trafił idealnie w sam środek. Drzazgi posypały się w noc, kloc rozpadł się na dwie połowy. Potem rozpołowił po kolei każdą z nich. Gaul tymczasem usiadł pod drzewem, wydobył włócznię i powrócił do ostrzenia grotu. Cichy zgrzyt metalu o metal towarzyszył rytmicznym odgłosom uderzeń perrinowego topora w drewno.
Wreszcie dobrze się czuł. Dlaczego było tak, że myślało mu się lepiej, gdy coś robił? Loial z kolei zwykł używać frazy: „usiąść i pomyśleć”. Perrin nie sądził, że on sam w ten sposób do czegokolwiek byłby w stanie dojść.
Rozłupał kolejny kloc, uwolnił ostrze topora. Czy to możliwe? Że to własną naturę powinien winić za to, co robił, a nie wilki? Przecież w dawnych czasach, w Dwu Rzekach tak się nie zachowywał. Rozłupał kolejny kloc drewna.
„Zawsze dobrze szły mi rzeczy wymagające skupienia uwagi”. - Dlatego też wywarł tak korzystne wrażenie na panu Luhhanie. Tamten mawiał, że wystarczy dać Perrinowi zadanie do wykonania, a będzie tak długo nad nim pracował, póki robota nie będzie skończona.
Rozłupał kloc na ćwiartki.
Może zmiany, jakie się w nim dokonały, były skutkiem zetknięcia z wielkim światem. Winił wilki za wiele zmian w sobie, które mu się nie podobały, a nadto zbyt wiele wymagał od Skoczka. Wilki nie były głupie ani prymitywne, po prostu nie dbały o wiele rzeczy, do których ludzie przywiązywali wagę. Skoczek prawdopodobnie musiał się strasznie starać, żeby uczyć Perrina w sposób, który ten zrozumie.