- Tym to już ja się zajmę - zapewnił go Rand. - Chciałbym, żebyś odszukał swoich ludzi.
- Ostatnio jakoś nie bardzo ich widuję… Nie, czekaj. Tam stoją Votabek i Redbord. - Machnął dłonią w kierunku dwóch zbirów, których Min dostrzegła wcześniej.
Zawahali się, ale w końcu podeszli bliżej.
- Durnham? - zapytał jeden z nich. - O co tu chodzi?
- Nadszedł czas, żeby skończyło się bezprawie panujące w mieście - wyjaśnił Durnham. - Zabierzemy się do przywracania ładu i porządku. Lord Smok powrócił.
Któryś z tamtych splunął na bok. Zwalistej postury, miał kręcone czarne włosy, miedzianą skórę Domani i cienki wąsik.
- Niech sczeźnie. Opuścił nas. Nie… - Urwał, gdy zobaczył Randa.
- Wybaczcie - powiedział Rand, spokojnie patrząc mu w oczy. - Zawiodłem was. Już nigdy więcej.
Mężczyzna zerknął na swojego towarzysza. Tamten tylko wzruszył ramionami.
- Lain i tak nigdy nam nie zapłaci. Równie dobrze możemy zająć się czymś innym.
- Naeff - zawołał Rand, gestem przywołując Asha’mana. On i dwie Panny wyszli z ubocza, z którego przyglądali się całemu zajściu. - Stwórz bramę z powrotem do Kamienia. Chcę broni, zbroi i mundurów.
- Już się robi - odpowiedział Naeff. - Każę żołnierzom zabrać dodatkowe obciążenie…
- Nie - wszedł mu w słowo Rand. - Chcę tylko sprzęt. Ma trafić do tego budynku. Zrobię w środku miejsce na bramę. Ale żadnych żołnierzy. - Uniósł spojrzenie, objął nim przestrzeń ulicy. - Bandar Eban już dość się nacierpiało w rękach obcych. Od dzisiaj nie zazna już jarzma zdobywcy.
Min cofnęła się o krok i ze zdumieniem obserwowała całą sytuację. Trójka żołnierzy pospieszyła do budynku, wyganiając zeń koczujące tam sieroty. Ale i o nich nikt nie miał zamiaru zapomnieć Rand zaraz poprosił je, aby służyły mu za łączników. Zareagowały z radością. W ogóle wszyscy reagowali na Randa dobrze, wystarczyło tylko, że mu się uważniej przyjrzeli.
Ktoś mógłby w tym podejrzewać ciemną pracę Przymusu, ale Min widziała zmieniające się oblicza, iskierki nadziei, na powrót rozbłyskujące w oczach. Widzieli w Randzie coś, w co byli w stanie uwierzyć. A przynajmniej coś, w co mieli nadzieję uwierzyć.
Trzej żołnierze wysłali młodocianych łączników na poszukiwanie swoich byłych towarzyszy broni. Naeff otworzył bramę. Po paru dosłownie minutach żołnierze wyszli z budynku w srebrnych napierśnikach i prostych, czystych ubraniach w zielonych barwach. Po drodze zdążyli nawet rozczesać brody i znaleźli trochę wody do umycia twarzy. I właściwie w okamgnieniu zmienili się z żebraków w żołnierzy. Może niezbyt przyjemnie pachnących, niemniej żołnierzy.
Kobieta, na którą Min wcześniej zwróciła uwagę - ta, co do której miała pewność, iż nauczy się przenosić Moc - podeszła, żeby porozmawiać z Randem. Po chwili skinęła głową i wkrótce zapędziła okolicznych mężczyzn i kobiety, aby wiadrami nabierali wodę ze studni. Min przyglądała się temu niepewnie, póki nie zobaczyła, że woda miała posłużyć do mycia twarzy i rąk zebranych w pobliżu ludzi.
A ludzie faktycznie zaczynali się zbierać. Niektórzy z zaciekawieniem, inni z wrogością, jeszcze inni kierowani owczym pędem. Kobieta oraz jej pomocnicy wyławiali spośród nich chętnych i posyłali do pracy. Jednych na poszukiwanie rannych lub chorych, innych do noszenia mieczy i mundurów. Inna kobieta wypytywała sieroty o los ich rodziców.
Min siedziała na skrzyni, na której wcześniej siedział Rand. On tymczasem w ciągu godziny zdołał zorganizować pięciusetosobowy oddział żołnierzy, dowodzonych przez kapitana Durnhama i jego dwóch poruczników. Wielu z tej pięćsetki wciąż spoglądało na swoje czyste ubrania i srebrne napierśniki, jakby wciąż nie potrafili się otrząsnąć ze zdumienia.
Rand z wieloma wcześniej rozmawiał, przepraszał ich, jak tamtych na początku. Właśnie dyskutował z którąś z kobiet, gdy tłum za jego plecami zaczął się poruszać i rozstępować. Odwrócił się i ujrzał zbliżającego się starca, którego skórę znaczyły paskudne wybroczyny. Ludzie wyraźnie starali się trzymać od niego z daleka.
- Naeff! - zawołał Rand.
- Mój panie?
- Sprowadź tu Aes Sedai. Są tu ludzie potrzebujący Uzdrawiania. - Tymczasem kobieta, która kierowała nabieraniem wody ze studni, odprowadziła starca na bok.
- Mój panie - odezwał się kapitan Durnham, podchodząc bliżej.
Na jego widok Min aż zamrugała. Znalazł gdzieś brzytwę i zgolił brodę, spod której wyjrzał zdecydowany podbródek. Ale zostawił sobie charakterystyczny wąs Domani. Czterech ludzi towarzyszyło mu w charakterze straży przybocznej.
- Będziemy potrzebowali więcej miejsca, mój panie - powiedział Durnham. - W budynku, który wybrałeś, jest już tłoczno, a wciąż pojawiają się nowi ludzie, którzy muszą czekać na ulicy.
- Co proponujesz? - zapytał Rand.
- Doki - krótko odparł Durnham. - Panuje nad nimi jeden z miejskich kupców. Założę się, że znajdziemy tam jakieś puste magazyny. Choćby te, gdzie kiedyś przechowywano żywność, z której… hm, cóż, z której nic nie zostało.
- A kupiec, który ma tam swoją siedzibę? Co z nim?- zapytał Rand.
- Mój panie - odparł kapitan Durnham - nic, z czym byś sobie nie poradził.
Rand uśmiechnął się, potem gestem nakazał Durnhamowi, żeby zaprowadził go do portu. Po drodze wziął Min za rękę.
- Rand - powiedziała, wstając - w pierwszym rzędzie będą potrzebowali jedzenia.
- Tak - zgodził się. Spojrzał na południe, w kierunku najbliższych doków. - Z pewnością tam coś znajdziemy.
- Myślisz, że nie zostało jeszcze w całości zjedzone?
Rand nie odpowiedział. Na czele nowo utworzonej straży miejskiej - mającej już swoje barwy: zieleń i srebro - ruszyli w kierunku doków. Za nimi ciągnęła rosnącą z każdą chwilą ciżba przepełnionych nadzieją uchodźców.
Gigantyczne doki Bandar Eban należały pewnie do największych w świecie. Zajmowały położone nad zatoką południowe tereny miasta o kształcie półksiężyca. Min zaskoczył widok licznych statków stojących w porcie. Większość z nich należała do Ludu Morza.
„Zgadza się” - pomyślała. „Przecież Rand zamówił u nich żywność dla miasta.” - Ale przecież się popsuła. Pamiętała, że kiedy Rand opuszczał miasto, dotarła do niego wieść, że całość transportu prowiantu została porażona dotknięciem Czarnego.
W tle traktu wiodącego do doków zobaczyła ustawioną barykadę. Pozostałe trasy były podobnie chronione. Na widok Randa, zbliżającego się na czele swojego oddziału, zza barykady wychynęły zaniepokojone twarze umundurowanych żołnierzy.
- Zatrzymajcie się! - zawołał jakiś głos. - Nie pozwolimy… Rand uniósł dłoń, a potem machnął nią jakby od niechcenia. Barykada, zbudowana z desek i zwalonych na kupę mebli, zaskrzypiała przeraźliwie, a potem zawaliła się z łoskotem. Zza niej dobiegły krzyki, a po chwili obrońcy rzucili się do ucieczki.
Rand pozwolił barykadzie zawalić się. Potem przeszedł obojętnie obok, a Min czuła pulsujące w więzi zobowiązań jego przekonanie o słuszności podejmowanych działań. Po chwili drogę zastąpili mu obszarpańcy z pałkami. Patrzyli na niego szeroko rozwartymi oczami. Rand wybrał sobie jednego z przodu i do niego się zwrócił:
- Któż wzbrania mi wejścia do doków i pragnie zatrzymać dla siebie całe jedzenie? Chętnie… porozmawiam z tym kimś.
- Mój Lord Smok? - zapytał czyjś zaskoczony głos.
Min zerknęła w bok. Wysoki chudy mężczyzna w czerwonym kaftanie Domani spieszył ku nim od doków. Pod kaftanem miał koszulę, niegdyś zapewne gładką i ozdobioną koronką, obecnie wymiętą i poplamioną. Sam wyglądał nie lepiej.