„Jak on miał na imię?” - zastanawiała się Min. „Iralin. Tak. Dokmistrz”.
- Iralin?- zapytał Rand. - Co tu się dzieje? Coś ty narobił?
- Co ja niby narobiłem?- zdumiał się tamten. - Ja tylko próbowałem powstrzymać ludzi przed rzuceniem się na te statki pełne zepsutego jedzenia! Każdy, kto je weźmie do ust, choruje i umiera. Ale ludzie nie chcą słuchać. Nie raz już w sporej sile szturmowali doki, a więc musiałem za nich podjąć decyzję. Przecież nie pozwolę, żeby się potruli.
Min nigdy jeszcze nie słyszała go mówiącego takim głosem. Zawsze wydawał jej się człowiekiem nadzwyczaj spokojnym.
- Lady Chadmar uciekła godzinę po twoim wyjeździe - opowiadał dalej Iralin. - Pozostałym członkom Rady Kupieckiej zajęło to dzień. A z kolei ten przeklęty Lud Morza nie chce odpłynąć, póki nie wyładuję ich cargo… albo póki im nie zapłacę za pozbycie się go w inny sposób. Tak więc mogłem czekać tylko na to, aż miasto zagłodzi się na śmierć, struje się zepsutym jedzeniem czy wreszcie zgorzeje w kolejnym szaleństwie buntu i śmierci. Tego właśnie tu narobiłem. A czego ty narobiłeś, Lordzie Smoku?
Rand przymknął powieki i westchnął. Nie zwrócił się do Iralina z przeprosinami, jak wcześniej do tamtych. Być może zrozumiał od razu, że na nic się nie zdadzą.
Min za to wbiła w Iralina ciężkie spojrzenie.
- On nosi na swoich barkach ciężar świata, kupcze. Nie może się zajmować każdym jednym…
- W porządku, Min - przerwał jej Rand, kładąc dłoń na jej ramieniu i otwierając oczy. - W pełni sobie na to zasłużyłem. Iralin, przed samym moim wyjazdem z miasta doniosłeś mi, że jedzenie na statkach się zepsuło. Sprawdziłeś każdą baryłkę, każdy worek?
- Sprawdziłem wystarczająco - odparł Iralin, wciąż nabrzmiałym wrogością głosem. - Kiedy otworzysz sto worków i w każdym znajdziesz to samo, domyślisz się, o co chodzi. Moja żona próbowała znaleźć jakąś w miarę pewną metodę odsiewania dobrego ziarna od zgniłego. O ile zostało jeszcze jakieś dobre.
Rand ruszył powoli w stronę statków. Iralin szedł za nim, wyraźnie skonsternowany, być może faktem, że Rand nie krzyczał nań. Min przyłączyła się do nich. W końcu dotarli do przycumowanego okrętu Ludu Morza. Stał spokojnie ze sporym zanurzeniem. Grupka Athan Miere leżała sobie na pokładzie.
- Chcę rozmawiać z waszą Mistrzynią Żagli - zawołał do nich Rand.
- To ja - odpowiedziała jedna z kobiet. Jej czarne włosy przetykały pasma siwizny, a prawą rękę zdobił wymyślny tatuaż. - Milis Din Shalada Trzy Gwiazdy.
- Dobiłem z wami targu - odpowiedział Rand - zgodnie z którym mieliście dostarczyć tu jedzenie.
- On nie chce, żeby mu je dostarczono - odparła Milis, skinieniem głowy wskazując Iralina. - Nie pozwala nam go wyładować; powiada, że jeśli go nie posłuchamy, każe do nas strzelać.
- Nie byłbym w stanie zapanować nad ludźmi - tłumaczył się Iralin. - Musiałem rozpuścić w mieście plotki, że to Lud Morza nie chce wydać jedzenia.
- Sam widzisz, ile musimy się dla ciebie nacierpieć? - zwróciła się Milis do Randa. - Powoli zaczynam mieć wątpliwości względem tego targu z tobą, Randzie al’Thor.
- Wątpisz, żem Coramoor? - zapytał Rand, spoglądając jej w oczy, a Milis miała wyraźne problemy z oderwaniem wzroku, gdy ich spojrzenia już się spotkały.
- Nie - odrzekła na koniec. - Nie, chyba tego nie potrafiłabym powiedzieć. Podejrzewam, że chciałbyś wejść na pokład „Grzywacza”.
- Jeśli się zgodzisz…
- A więc chodź.
Gdy tylko trap znalazł się na miejscu, Rand ruszył po nim. Min, Naeff i obie Panny poszli w ślad. Po chwili zdecydował się również Iralin, za nim kapitan i kilku jego żołnierzy.
Milis zaprowadziła ich na środek pokładu, skąd przez właz i po drabinie schodziło się do ładowni. Rand znowu poszedł pierwszy, ale z jedną ręką nie szło mu zbyt zgrabnie. Min znowu tuż za nim.
Do ładowni światło sączyło się przez szpary w pokładzie, padając wąskimi promieniami na niezliczone worki ziarna. Powietrze pachniało kurzem, było duszno.
- Cieszylibyśmy się, gdyby ten ładunek stąd zniknął - cicho oznajmiła Milis. - Szczury nam od tego giną.
- Można by sądzić, że się z tego ucieszycie - stwierdziła Min.
- Okręt bez szczurów jest jak ocean bez sztormów - odparła Milis. - Skarżymy się na jedne i drugie, ale załoga sarka za każdym razem, gdy ktoś znajdzie jednego martwego szkodnika.
W pobliżu miejsca, gdzie zeszli do ładowni, leżało kilka otwartych worków z ziarnem, zawartość wysypywała się na pokład. Iralin wspominał coś o próbach odsiania dobrego od zgniłego, ale Min jakoś nie potrafiła dostrzec efektów jego pracy. Wszędzie tylko pomarszczone, odbarwione ziarno.
Rand stał, gapiąc się na otwarte worki, a tymczasem Iralin zszedł do ładowni. Kapitan Durnham wraz ze swymi ludźmi ostatni zgramolił się na dół.
- Wszystko się psuje - tłumaczył Iralin. - Nie chodzi tylko o ziarno. Ludzie przecież przewożą ze wsi swoje zimowe zapasy. A tam wszystko popsute. Umrzemy i tyle. Nie dotrwamy nawet do przeklętej Ostatniej Bitwy. Nie…
- Spokojnie, Iralin - łagodnie upomniał go Rand. - Nie jest tak źle, jak ci się wydaje. - Dał krok naprzód, nachylił się nad jednym z worków i rozwiązał sznurek. Worek przewrócił się i na pokład ładowni złotą strugą wysypał się jęczmień; nie było nawet pojedynczej plamki zepsutego ziarna. Jęczmień wyglądał, jakby go przed chwilą zebrano z pola, każde ziarnko, co do jednego, pulchne i okrąglutkie.
Milis jęknęła.
- Coś ty zrobił?
- Nic - odpowiedział spokojnie Rand. - Po prostu otwieraliście niewłaściwie worki. Reszta zapasów jest w jak najlepszym porządku.
- Tak po prostu… - wyszeptał Iralin. - Przypadkiem otworzyliśmy tylko te i dokładnie te worki, w których było zepsute ziarno, i nie trafiliśmy przy tym na żaden z dobrym? To niemożliwe.
- To nie jest niemożliwe - powiedział Rand, uspokajającym gestem kładąc dłoń na ramieniu Iralina. - Po prostu skrajnie nieprawdopodobne. Dobrze sobie tu poradziłeś, Iralin. Przykro mi, że musiałem ci zwalić na głowę taki kłopot. W dowód uznania chciałbym cię powołać do Rady Kupieckiej.
Iralin zamarł z omalże rozdziawionymi ustami.
Na boku kapitan Durham, jakby niedowierzając, otworzył kolejny worek.
- To też jest dobre.
- I to też - dodał jeden z jego ludzi.
- Tu mam ziemniaki - oznajmił drugi znad beczki, do której zaglądał. - Wyglądają tak samo dobrze jak każde. Po prawdzie, to nawet lepiej. Nie są pomarszczone, czego należałoby się spodziewać o tej porze roku.
- Powiedzcie komu trzeba - zwrócił się Rand do żołnierzy. - Niech wasi ludzie zbiorą się w jednym z magazynów i urządzą tam centrum dystrybucji. To ziarno ma być dobrze strzeżone. Iralin miał rację, martwiąc się o zachowanie ludzi i obawiając zamieszek. Dlatego też nie rozdawajcie nieugotowanego ziarna, bo ludzie zaczną je gromadzić i handlować nim. Dlatego też będziemy potrzebowali kotłów i ognisk. Resztę zmagazynujcie. Ruszać się, biegiem!
- Tak jest! - odparł kapitan Durnham.
- Możecie zaufać ludziom, którzy jak dotąd przyszli pod moje skrzydła - poinformował go Rand. - Pomogą wam, nic nie ukradną. Niech zaczną rozładunek okrętów i zajmą się spaleniem zepsutych zapasów. Podejrzewam, że ocalały tysiące worków.
Spojrzał na Min.
- Chodź. Ktoś będzie musiał zorganizować Aes Sedai, żeby zajęły się Uzdrawianiem. - Zawahał się, raz jeszcze zerknął na zupełnie ogłupiałego Iralina. - Lordzie Iralin. Jesteś teraz zarządcą miasta, a Durnham jest dowódcą jego sił zbrojnych. Ich liczebność wkrótce na tyle wzrośnie, że będzie można zaprowadzić ład i porządek.