Wielu Synów nie uwierzyło. Twierdzili, że opowieści o Trzech Przysięgach zostały celowo sfabrykowane. Ale oni nigdy nie mieszkali w Białej Wieży. Galad nie lubił większości Aes Sedai i z pewnością im nie ufał, ale wiedział, że ich przysięgi naprawdę są przestrzegane.
Ludzie Galada ponownie stanęli w szeregu, coś do siebie pomrukując. Podniósł swe szkło powiększające i przyjrzał się przednim szeregom Aybary. Ludzie w czarnych kaftanach. Kilka kobiet Aielów, w tym jedna z tych, która przybyła na pierwsze spotkanie razem z Aybarą. Bez wątpienia zdolna do przenoszenia. Wyobraził sobie grunt wybuchający pod jego szarżującymi oddziałami, kawalerzystów wylatujących w powietrze, wpadających do rowów, a potem zamęt w dalszych szeregach, które padają ofiarą tych imponujących długich łuków.
Do Galada podjechał Bornhald, miał zagniewaną twarz.
- Raczej nie będziemy pertraktować, prawda?
Galad opuścił szkło.
- Ja myślę, że jednak tak.
- Ale przecież już się z nim raz spotkaliśmy! - wykrzyknął Bornhald. - Powiedziałeś, że chcesz zobaczyć te oczy, jako dowód, że on jest Pomiotem Cienia, i zobaczyłeś je. Czego ci jeszcze trzeba?
- Jemu nie można ufać, Lordzie Kapitanie Komandorze - dodał Byar, podjeżdżając bliżej na swym wierzchowcu. Ostatnimi czasy coraz częściej zachowywał się jak straż przyboczna Galada.
Galad wskazał rów gestem ręki.
- On mógłby nas zniszczyć.
- Zgadzam się z Byarem - rzekł Bornhald. - On chce cię wywabić i potem zamordować, gdyż to by poskutkowało upadkiem morale.
Galad powoli skinął głową.
- To możliwe. - Spojrzał na lorda kapitana Harnesha, który właśnie mijał ich na koniu. - Jeśli zginę, chcę, abyś to ty przejął dowodzenie i poprowadził szarżę. Atakuj bez litości. Odwołuję mój rozkaz, że macie unikać Aes Sedai. Atakujcie każdego, kto bodaj wydawałby się przenosić. Niech to będzie waszym priorytetem. Niewykluczone, że nie rozumiemy, co się tutaj dzieje.
- Ale i tak się wybierasz? - spytał Bornhald.
- Tak - odparł Galad. Wcześniej pozwolił, by Bornhald i Byar namówili go na tę bitwę, ale teraz się zastanawiał, czy aby nie postąpił zbyt pochopnie. Widział te oczy i słyszał świadectwa zarówno z ust Synów, jak i tych, którzy towarzyszyli Aybarze. Wydało mu się wtedy oczywiste, że walka jest konieczna.
A jednak Aybara miał rację. Przybył na spotkanie z Galadem, kiedy go o to poproszono. Być może był to sposób na zapobieżenie rozlewowi krwi. Galad w to nie wierzył, ale jeśli istniała taka szansa, to zwlekanie było sensowne. Tak się właśnie sprawy miały.
Bornhald nie wyglądał na zadowolonego. Gniew wobec człowieka, który zabił jego ojca, był zrozumiały, ale nie należało dopuszczać, by ten gniew miał kierować działaniami wszystkich Synów.
- Możesz jechać ze mną - powiedział Galad, poganiając swego konia. - To również dotyczy ciebie, Synu Byar. Kapitanowie powinni zostać tutaj, wśród naszych ludzi, bo a nuż Aybara zechce pozbawić nas dowódców.
Harnesh zasalutował. Bornhald z niechęcią zrównał się z Galadem, podobnie Byar, którego oczy płonęły dzikim zapałem, którego natężenie dorównywało gniewowi Bornhalda. Obaj doświadczyli porażki i pohańbienia z rąk Perrina Aybary. Galad zabrał także straż złożoną z pięćdziesięciu Synów, którzy uformowali oddział z tyłu.
Namiot już stał, kiedy przybyli na miejsce spotkania. Z płaskim dachem, bardzo zwyczajny, brązowo-szare płótno rozpięte na czterech słupach. W środku niewielki, kwadratowy stolik oraz dwa krzesła.
Aybara przysiadł na blacie stolika. Na widok zbliżającego się Galada wstał. Tego dnia był ubrany w zielony kaftan i brązowe spodnie - jeden i drugie dobrze skrojone, ale proste - i miał przywieszony do pasa młot. Cały ten ubiór miał w sobie coś przyziemnego. Nie, to nie był człowiek z pałaców, to był człowiek z pól i lasów. Drwal, który został lordem.
Na tyłach pawilonu stało dwóch mężczyzn z Dwu Rzek. W rękach trzymali dwa potężne długie łuki. Twierdzono o nich, że to farmerzy i pasterze wywodzący się ze starego, silnego narodu. I oni właśnie wybrali sobie tego Perrina Aybarę na swego przywódcę.
Galad wszedł do pawilonu. Byar i Bornhald dołączyli do niego, ale pozostałych pięćdziesięciu pozostało na zewnątrz. Nie pozsiadali z koni.
W odróżnieniu od ich ostatniego spotkania, na dzisiejszym pojawiły się także Aes Sedai. Wypatrzył przynajmniej trzy. Niska Cairhienianka, krzepka Tarabonianka, sądząc po licznych warkoczykach, oraz szczupła kobieta nie wiedzieć skąd, o miłej powierzchowności, odziana w prostą suknię. Stały razem z grupką kobiet Aielów w ich tradycyjnych szalach, strzeżonych przez kilka Panien Włóczni. Cóż, ci Aielowie z pewnością dowodzili tego, iż Aybara mówił prawdę, twierdząc, że został tu przysłany przez Smoka Odrodzonego.
Galad wsparł dłoń na rękojeści miecza i powiódł wzrokiem po innych obecnych w namiocie.
I nagle całkiem zesztywniał. Za krzesłem Aybary stała uderzająco piękna kobieta. Nie, nie piękna, olśniewająca, zwłaszcza z tymi lśniącymi, czarnymi włosami spływającymi jej z karku. Była ubrana w czerwoną suknię, dostatecznie cienką, by podkreślała jej wdzięczne kształty, i głęboko wyciętą, by ukazać ponętne łono.
I te oczy. Takie ciemne, okolone długimi, pięknymi rzęsami. Miał wrażenie, że te oczy wciągają go w swe głębie. Dlaczego ta kobieta nie stawiła się poprzednim razem?
- Wydajesz się zdziwiony - odezwał się w końcu Aybara, kiedy Galad usiadł. Przemawiał burkliwym głosem. - Pierwsza przebywa tu na rozkaz Lorda Smoka. Czy nie dostrzegłeś dotąd sztandaru Mayene nad moimi wojskami?
- Ja… - Galad gwałtownie zamknął usta i wykonał ukłon w stronę kobiety. Berelain sur Paendrag Paeron? Opowiadano o niej, że jest wielką pięknością, ale te opowieści nie oddawały jej sprawiedliwości. Galad z wysiłkiem oderwał od niej wzrok i zmusił się, by zająć miejsce naprzeciwko Aybary. W pierwszym rzędzie trzeba się skupić na wrogu.
Te złote oczy i dziś były niepokojące, dokładnie takie, jak je zapamiętał. Jakże dziwnie się na nie patrzyło. Tak, ten człowiek nie mógł być nikim innym niż tylko Pomiotem Cienia. Czemu tylu ludzi szło za taką kreaturą? Dlaczego Pierwsza przyłączyła się do niego?
- Dziękuję ci za przybycie - podjął Aybara. - Nasze poprzednie spotkanie przebiegało w dość nerwowej atmosferze. Tym razem odbędziemy je, jak należy. Powinieneś wiedzieć, że ta kobieta obok mnie to Alliandre Maritha Kigarin, królowa Ghealdan, Błogosławiona w Światłości, Obrończyni Muru Garena.
A zatem ta stateczna, ciemnowłosa kobieta była obecną władczynią Ghealdan. Rzecz jasna, w obecnej sytuacji politycznej pretendentów do tamtejszego tronu było z pół tuzina. Alliandre była piękna, ale Berelain całkowicie ją przyćmiewała.
Perrin skinął głową w stronę trzeciej kobiety.
- To jest Faile ni Bashere t’Aybara, moja małżonka i kuzynka królowej Saldaei.
Żona Aybary przyglądała się Galadowi z wyraźną podejrzliwością. Tak, bez wątpienia była Saldaeanką, sądząc po kształcie nosa. Bornhald i Byar nic nie wiedzieli o jej relacjach z dworem królewskim.
Dwie monarchinie w namiocie i obie w orszaku Aybary. Galad powstał ze swego krzesła i wykonał przed Alliandre taki sam ukłon, jaki wcześniej wykonał na użytek Berelain.
- Wasza Wysokość.
- Jesteś bardzo uprzejmy, Lordzie Kapitanie Komandorze - powiedziała Berelain. - I twe ukłony były zaiste eleganckie. Powiedz mi, gdzieżeś przeszedł takie nauki?