Выбрать главу

- Nie - odparł Galad, spoglądając ukradkiem na Berelain. - Dla mnie ono było jak najbardziej sensowne. - Wiedział teraz więcej o sile Aybary, to mu się przyda w bitwie. A poza tym decyzja o odwleczeniu walki na krótki czas okazała się słuszna, skoro jej skutkiem była pewność, że walka jest konieczna. Dzień jeszcze się nie skończył, mogli już zacząć zmagania.

Tylko… co z tą kobietą… z Pierwszą z Mayene? Z wysiłkiem odwrócił wzrok.

Wstał i ukłonił się najpierw Alliandre, potem Berelain. Następnie ruszył w stronę wyjścia.

Naraz tuż obok siebie usłyszał gwałtowne westchnienie. Dziwne, to ta służebna, która przyniosła herbatę. Galad zerknął na nią…

To była Morgase.

Zastygł w miejscu. Kolejni mistrzowie miecza uczyli go, że za nic nie wolno poddać się zaskoczeniu, ale w danym momencie ich nauki okazały się nic niewarte. To była jego macocha. Te rudozłote włosy, za które pociągał, kiedy był mały. Ta twarz, taka piękna i silna. Te oczy. To były jej oczy.

Duch? Słyszał takie historie. Manifestacje zła Czarnego, który przywracał martwych do życia. Ale nikt inny w pawilonie jakoś się nie zaniepokoił i ta kobieta była aż nadto realna. Galad z wahaniem wyciągnął rękę i dotknął policzka zjawy. Ta skóra była ciepła.

- Galad? - powiedziała. - Co ty tu robisz? Jak…

Urwała, kiedy porwał ją w objęcia, sprawiając, że ci, którzy stali obok niego, aż podskoczyli ze zdumienia. Ona też omal nie zemdlała. Żyła! Jakim cudem?

„Zabiłem Valdę” - pomyślał Galad. „Zabiłem go, ponieważ uznałem winnym śmierci mojej matki. Która wcale nie umarła. Uczyniłem coś złego”.

Nie. Valda zasłużył na śmierć, bo zaatakował Morgase. Ale czy naprawdę? Rozmawiał z Synami, którzy byli tego pewni, ale z kolei oni także nie wątpili, że ona nie żyje.

To sprawdzi później. Na razie musiał przestać robić z siebie pośmiewisko na oczach swoich ludzi. Uwolnił swoją macochę, która jednakże nie puściła jego ręki. Wyglądała na oszołomioną. Rzadko widywał ją w takim stanie.

Perrin Aybara też już stał i przyglądał się im spod zmarszczonych brwi.

- Znasz Maighdin?

- Maighdin? - powtórzył Galad. Miała na sobie prostą suknię i żadnej biżuterii. Czy próbowała się ukrywać, udając służącą? - Aybara, to jest Morgase Trakand, Obrończyni Królestwa, Protektorka Ludu, Głowa Domu Trakand. Ona jest twoją królową!

Tym spowodował, że we wnętrzu pawilonu wszystko znieruchomiało. Aybara podrapał się po brodzie. Jego żona obserwowała Morgase zogromniałymi oczyma: szok albo gniew…

- Maighdin… - zaczął Aybara. - To prawda?

Zadarła podbródek, patrząc mu prosto w oczy. Jak oni mogli nie dostrzec w niej królowej?

- Jestem Morgase Trakand - oznajmiła. - Ale zrzekłam się tronu na rzecz Elayne. Przysięgam na Światłość, już nigdy nie włożę korony.

Galad przytaknął. Tak. Pewnie się obawiała, że Aybara wykorzysta ją przeciwko Andorowi.

- Zabieram cię do mojego obozu, matko - oświadczył, nadal przypatrując się Aybarze. - Wtedy będziemy mogli porozmawiać o tym, jak zostałaś potraktowana przez tego człowieka.

Spojrzała na niego chłodno.

- To rozkaz, Galad? A ja już nie mam nic do powiedzenia w tej kwestii?

Skrzywił się, nachylił nad nią i przemówił teraz szeptem:

- Czy on trzyma jeszcze innych w niewoli? W jaki sposób cię wykorzystuje?

Pokręciła głową.

- Ten człowiek wcale nie jest taki, jak myślisz, Galad - odparła cicho. - Jest grubo ciosany i z pewnością nie podoba mi się to, co on wyprawia w Andorze, ale nie jest żadnym sprzymierzeńcem Cienia. Mam więcej powodów, by się obawiać twoich… towarzyszy niż Perrina Aybary.

Owszem, miała powód, by nie ufać Synom. Dobry powód.

- Czy pojedziesz ze mną, moja pani? Obiecuję, że będziesz mogła odejść i powrócić do obozu Aybary, kiedy tylko zechcesz. Wszystko, co wycierpiałaś z ręki Synów, należy już do przeszłości i odtąd już będziesz bezpieczna. Przyrzekam ci to.

Morgase skinęła głową.

- Damodred - odezwał się Aybara. - Zaczekaj chwilę.

Galad obrócił się, znowu kładąc dłoń na rękojeści miecza. Nie w charakterze groźby, tylko przypomnienia. Wielu z obecnych w pawilonie zaczęło coś do siebie szeptać.

- Tak? - spytał Galad.

- Chciałeś sędziego - wskazał Aybara. - Czy zaakceptujesz swoją matkę na tym stanowisku?

Galad nie wahał się. To oczywiste; była królową od swych osiemnastych imienin i widywał ją, jak rozsądzała różne sprawy. Była sprawiedliwa. Surowa, ale sprawiedliwa.

Tylko czy inni Synowie ją zaakceptują? Pobierała nauki u Aes Sedai. Będą na nią patrzyli jak na jedną z nich. To problem. Ale jeśli to miało być wyjście, to być może mógłby spróbować ich przekonać, jaka jest prawda.

- Zaakceptuję - odparł Galad. - I jeśli ja za nią poręczę, moi ludzie też się zgodzą.

- No cóż - rzekł Aybara. - Wobec tego ja też się zgadzam.

Obaj zwrócili się do Morgase, która stała w swej prostej, żółtej sukni, wyglądając teraz bardziej jak królowa.

- Perrin - powiedziała - Jeśli mam cię sądzić, to nie licz na to, że moja życzliwość dla ciebie w jakikolwiek sposób wpłynie na wyrok. Przyjąłeś mnie, kiedy potrzebowałam schronienia i za to jestem ci wdzięczna. Ale jeśli stwierdzę, że dopuściłeś się morderstwa, to nie będę się ociągać.

- Zgadzam się - odparł Aybara. Zabrzmiało to szczerze.

- Lordzie Kapitanie Komandorze - przemówił cicho Byar do ucha Galada, gorączkowym tonem. - Obawiam się, że to będzie farsa! Nie przyrzekł, że podda się karze.

- Nie, nie przyrzekłem - potwierdził Aybara. „Jakim sposobem on słyszał te szepty?” - To byłoby bezcelowe. Uważacie mnie za Sprzymierzeńca Ciemności i mordercę. Nie dalibyście wiary mojej obietnicy, że poddam się karze, dopóki nie zostanę waszym więźniem. Na co się nie zgodzę.

- Widzisz? - powiedział Byar, bardziej głośno. - Więc jaki tu sens?

Galad znowu spojrzał w złote oczy Aybary.

- Będziemy mieli trybunał - odparł, z rosnącym przekonaniem. - I wyrok. Zaczynam to rozumieć, synu Byar. Musimy dowieść prawdziwości naszych twierdzeń, bo inaczej okażemy się nie lepsi niż Asunawa.

- Ale taki sąd nie będzie sprawiedliwy!

Galad obrócił się w stronę Byara.

- Kwestionujesz bezstronność mojej matki?

Mężczyzna o wynędzniałej twarzy znieruchomiał, po czym pokręcił głową.

- Nie, Lordzie Kapitanie Komandorze.

Galad zwrócił się z powrotem do Aybary.

- Poproszę królową Alliandre, aby uznała, że postanowienia tego trybunału są w jej królestwie prawnie wiążące.

- Jeśli lord Aybara będzie tego chciał, wyrażę swoją zgodę. - W jej głosie wyraźnie było słychać skrępowanie.

- Naprawdę tego chcę, Alliandre - rzekł Perrin. - Ale tylko pod takim warunkiem, że Damodred zgodzi się uwolnić wszystkich moich ludzi, których trzyma w niewoli. Towary może zachować, ale niech puści moich ludzi, tak jak to już wcześniej obiecał.

- Bardzo dobrze - powiedział Galad. - Tak się stanie, gdy tylko rozpocznie się proces. Obiecuję. Gdzie się spotkamy?

- Daj mi kilka dni na przygotowanie.

- W takim razie za trzy dni - zadecydował Galad. - Przeprowadzimy proces tutaj, w tym pawilonie, w tym miejscu.

- Sprowadź swoich świadków - odparł Aybara. - Ja tu będę.

27.

Wezwanie.

Egwene siedziała w swoim gabinecie i czytała list następującej treści:

Nie sprzeciwiam się przesłuchaniu Lorda Smoka. W rzeczy samej, uważam, że im bardziej władza danego człowieka zbliża się do władzy absolutnej, tym ważniejsze stają się wszystkie instytucje, które nakładają na niego obowiązek wypowiedzenia się. Z drugiej strony musisz wiedzieć, że nie należę do tych, którzy łatwo komukolwiek wierność zaprzysięgają, a jemu zaprzysiągłem. Nie dla tronu, który dzięki temu otrzymałem, ale przez wzgląd na wszystko, co zrobił dla Łzy.