Kiedy drzwi za Silvianą się zamknęły, Egwene wróciła do pracy nad diatrybą, skierowaną do Greghoriusa. Po chwili przeszkodził jej odgłos kolejnego pukania do drzwi. Tym razem bardziej pospiesznego. Sekundę później, nie czekając na słowa zaproszenia, Silviana stanęła w otwartych szeroko drzwiach.
- Matko - oznajmiła. - Właśnie trwa posiedzenie. Jest tak, jak mówiłaś, że będzie.
Egwene poczuła ukłucie irytacji. Jednak spokojnie odłożyła pióro i równie niespiesznie wstała.
- Wobec tego wprośmy się na to spotkanie.
Wychodząc z gabinetu, ruszyła naprzód. W przedpokoju apartamentów Opiekunki Kronik minęła dwójkę Przyjętych - Nicolę, która właśnie otrzymała pierścień, i Nissę. Przez myśl przemknęło jej, że jeszcze przed Ostatnią Bitwą chętnie wyniosłaby obie do godności szala. Były młode, lecz nadzwyczaj sprawnie radziły sobie z Mocą, a w tej ponurej godzinie przyda się każda siostra - nawet taka, jak Nicola, która w przeszłości mogła poszczycić się niezbyt trafnym osądem.
To właśnie one przyniosły wieści na temat Komnaty - nowicjuszki i Przyjęte należały do najbardziej żarliwych zwolenniczek Egwene, siostry jednak często w ogóle zapominały o ich istnieniu. Kiedy Egwene razem z Silvianą pospieszyły do Komnaty, one zostały na miejscu.
- Nie potrafię uwierzyć, że się na to odważyły - powiedziała Silviana cicho, nie przerywając marszu.
- To nie jest to, o czym myślisz - uspokajała ją Egwene, choć niby skąd sama mogła wiedzieć? - Nie spróbują mnie zdetronizować, ponieważ zbyt świeże są w pamięci wspomnienia o tragicznych skutkach podziałów w Wieży.
- Więc czemu cię nie zaprosiły?
- Są inne sposoby na podjęcie działań przeciwko Amyrlin niż tylko detronizacja.
Od pewnego czasu spodziewała się czegoś takiego, ale przez to cała sprawa nie robiła się mniej irytująca. Niestety, Aes Sedai zawsze pozostaną Aes Sedai. Było tylko kwestią czasu, wiedziała, nim któraś lub któreś spróbują odebrać jej bodaj odrobinę władzy.
Dotarły do Komnaty Wieży. Egwene bez namysłu pchnęła podwójne drzwi i weszła do środka. Spotkały ją chłodne spojrzenia Aes Sedai. Komnata nie była wypełniona do końca, przynajmniej jedna trzecia foteli stała pusta. Zwłaszcza zaskoczył ją widok trzech Zasiadających Komnaty z ramienia Czerwonych Ajah. A co z Pevarą. i Javindhrą? Wychodziłoby, że to ich przeciągająca się ostatnio nieobecność skłoniła Czerwone do działania. Miejsca nieobecnych zajęły Raechin i Viria Connoral. Po śmierci Vandene i Adeleas były jedynymi rodzonymi siostrami w Białej Wieży - ewidentna rola polityczna, jaką zgodziły się zagrać, była dość może osobliwym pomysłem, niemniej nie tak zupełnie niespodziewanym.
Zarówno Romanda, jak i Lelaine były na miejscu. Obrzuciły Egwene spojrzeniem pozbawionym wyrazu. Jakie to dziwne, widzieć je tutaj razem z tyloma siostrami, z którymi od dawna się wadziły. Wspólny wróg - w tym wypadku Egwene - potrafił zdziałać wiele dla zasypania najgłębszych nawet podziałów. Pewnie powinna być z tego powodu wręcz zadowolona.
Lelaine była jedyną Błękitną siostrą, jedna też tylko pojawiła się z ramienia Brązowych: Takima, śliczna kobieta o skórze niczym kość słoniowa, która teraz jednak najlepiej nie wyglądała i nawet nie potrafiła Egwene spojrzeć w oczy. Poza tym dwie Białe, dwie Żółte -w tym Romanda - dwie Szare i wszystkie trzy Zielone. Na ten widok Egwene nie mogła nie zgrzytnąć zębami. To były Ajah, do których najchętniej by się przyłączyła, które jednak równocześnie sprawiały jej najwięcej zgryzoty!
Egwene słowa nie rzekła na temat tego, że Komnata zebrała się bez niej - zwyczajnie, zaanonsowana wcześniej przez Silvianę, przeszła obok foteli. Po czym odwróciła się i zasiadła na Tronie Amyrlin, plecami do wielkiej rozety w zewnętrznej ścianie.
I tak siedziała, w milczeniu.
- Cóż więc? - zapytała na koniec Romanda. Z włosami upiętymi w siwy kok wydawała niczym wadera siedząca na skale przed legowiskiem. - Masz nam coś do powiedzenia, Matko?
- Nie poinformowałyście mnie o tym posiedzeniu - oznajmiła Egwene - a więc przyjęłam, że nie interesują was moje słowa. Przyszłam wyłącznie, żeby sobie posłuchać.
Słowa te najwyraźniej nie były im w smak. Tymczasem Silviana podeszła bliżej, stanęła u jej boku i obrzuciła Komnatę jednym ze swoich najbardziej wystudiowanych spojrzeń, znamionujących niesmak.
- Dobrze, więc - odezwała się Rubinde. - Jak mniemam, teraz miała mówić Saroiya.
Biała siostra o dość masywnej sylwetce była jedną z Zasiadających Komnaty, które opuściły Wieżę po wyniesieniu Elaidy na Tron Amyrlin, ale w Salidarze ze swej strony dała się wszystkim we znaki. Jej widok tutaj bynajmniej Egwene nie zaskoczył. Teraz tamta wstała, znacząco unikając Egwene wzrokiem.
- Do sprawy, o której mówimy, chciałabym dodać swoje świadectwo. W trakcie tych dni… niepewności w Wieży…
Egwene wiedziała, że chodzi o rozłam, ponieważ niewiele sióstr potrafiło go nazwać wprost i zazwyczaj posługiwały się eufemizmami.
- …Amyrlin zachowywała się dokładnie w taki sposób, w jaki to przedstawia Romanda. Kiedy zadeklarowała wojnę, wzięła nas tym wszystkie z zaskoczenia. Postanowienia prawa dają Amyrlin na wypadek wojny nieomal nieograniczoną władzę. Podstępnie nakłonione do wypowiedzenia wojny Elaidzie, same dałyśmy Amyrlin środki, dzięki którym mogła podporządkować sobie komnatę. - Rozejrzała się po pomieszczeniu, ale Egwene ominęła wzrokiem. - Wedle mej opinii, wkrótce spróbuje czegoś podobnego. Za nic nie można do tego dopuścić. Komnata jest po to, żeby stanowić przeciwwagę dla władzy Amyrlin.
Usiadła.
Treść jej słów sprawiła Egwene autentyczną ulgę. Do końca nigdy nie można było być pewną, jakie spiski i knowania aktualnie dzieją się w Wieży. To posiedzenie oznaczało, że jej plany rozwijają się zgodnie z tym, co sobie umyśliła, oraz że jej wrogowie - tudzież niechętni sprzymierzeńcy - nie zorientowali się w tym, o co tu naprawdę chodzi. Wciąż zajęci byli obmyślaniem reakcji na jej posunięcia sprzed paru miesięcy.
Co oczywiście nie oznaczało, że można ich było lekceważyć. Byli na swój sposób niebezpieczni. Wszelako przewidziawszy niebezpieczeństwo, można było sobie z nim radzić.
- Cóż możemy począć? - zapytała Magla. Zerknęła na Egwene. - Żeby zachować przezorność. A w dalszej kolejności, żeby uchronić Komnatę przed jakimikolwiek ograniczeniami, jakim mogłaby podlegać.
- Przede wszystkim nie wolno nam zgodzić się na wypowiedzenie wojny - zdecydowanie oznajmiła Lelaine.
- I w związku z tym co? Unikać jej? - zapytała Varilin. - Można wypowiedzieć wojnę części Białej Wieży, a nie można wypowiedzieć Cieniowi?
- Wojna z Cieniem… - z wahaniem odparła Takima - już się toczy. Czy potrzebny jest jeszcze formalny akt jej wypowiedzenia? Czy samo nasze istnienie nie jest dostatecznym świadectwem tej wojny? Czy, dalej, nasze przysięgi nie są tutaj jednoznacznym określeniem naszego stanowiska w tej wojnie?
- Ale powinnyśmy ogłosić jakąś rezolucję - powiedziała Romanda. Była najstarsza wśród zebranych, należało więc przyjąć, że przewodzi temu posiedzeniu. - Dokument, który jasno określi stanowisko Komnaty w kwestii wojny i sprawi, że Amyrlin dwa razy się zastanowi, zanim nieprzezornie wypowie komuś wojnę.
Romanda w najmniejszym stopniu nie wydawała się zażenowana tym, co się dzieje na posiedzeniu Komnaty. Patrzyła Egwene prosto w oczy. Nie, mówił jej wzrok, ani ja, ani Lelaine szybko ci nie zapomnimy, że zrobiłaś Opiekunkę z Czerwonej.
- Ale jak taki przekaz ubrać w słowa? - zapytała Andaya. - To znaczy chodzi mi o konkretne działania, jakie będziemy musiały podjąć… Ogłosimy rezolucję Komnaty, gdzie będzie napisane, że odtąd nikomu nie wypowiemy wojny? Brzmi to co najmniej absurdalnie.