Egwene jęknęła, przymknęła oczy. „Umrę kiedyś przez tego człowieka”.
- Każ mu wracać. Choć trudno mi sobie wyobrazić kogoś bardziej irytującego, wkrótce będzie mi potrzebny.
- Jak rozkażesz, Matko - powiedziała Silviana, biorąc do ręki kartkę papieru.
Egwene zaś wróciła do gabinetu, żeby zająć się korespondencją. Czasu nie zostało wiele. Tak naprawdę, to zaczynało go już brakować.
28.
Dziwne rzeczy.
- Co sobie umyśliłeś, mężu? - zapytała Faile.
Znajdowali się w swoim namiocie, stosując do reguł rozejmu z Białymi Płaszczami. Decyzja podjęta przez Perrina zaskoczyła ją, co z jednej strony było dlań powodem do dumy, z drugiej jednak niepokoiło.
Ściągnął kaftan.
- Czuję coś dziwnego w powietrzu, Faile. Coś, czego nigdy dotąd w życiu nie czułem. - Zawahał się, spojrzał na nią spod oka. - Nie ma wilków.
- Nie ma wilków?
- Nie wyczuwam żadnych w pobliżu - wyjaśnił, z nieobecnym wyrazem twarzy. - Wcześniej zawsze jakieś były. Odeszły.
- Mówiłeś, że unikają ludzi.
Zdjął teraz koszulę, ukazując nagą pierś porośniętą ciemnymi kręconymi włosami.
- Jakoś zbyt mało dzisiaj słychać ptaków, zbyt mało kręci się drobnej zwierzyny w poszyciu leśnym. Światłości, żeby sczezło to niebo. To przez nie to wszystko czy o co chodzi? - Westchnął, usiadł na sienniku.
- Masz zamiar… udać się tam? - zapytała Faile.
- Coś jest mocno nie tak - odparł. - Przed procesem muszę się dowiedzieć, ile zdołam. Może w wilczym śnie znajdę odpowiedzi.
Proces.
- Perrin, nie podoba mi się ten pomysł.
- Jesteś zła o Maighdin.
- Oczywiście, że jestem zła o Maighdin - zgodziła się. Razem przeszły przez Malden, a tamta nawet się nie zająknęła, że jest królową przeklętego Andoru? Przez to Faile wyszła na idiotkę: niby samochwała z prowincji pyszniący się swą szermierczą wprawą przed wędrownym mistrzem miecza.
- Nie wiedziała, czy może nam zaufać - bronił tamtej Perrin. - Wychodzi na to, że kryła się przed jednym z Przeklętych. Sam nie zachowałbym się inaczej.
Faile spojrzała na niego gorejącym wzrokiem.
- Nie patrz tak na mnie - bronił się. - Przecież nie zrobiła tego, żebyś wyszła na głupią. Miała swoje powody. Zapomnij o tym.
To wyjaśnienie jakby ją przekonało. Perrin uznał, że naszedł właściwy moment, aby poruszyć swoją sprawę.
- Cóż, nie sposób się zastanawiać, kim okaże się Lini. Jakąś seanchańską królową? A pan Gill królem Arad Doman incognito?
- Przypuszczam, że są tylko jej zaufanymi służącymi. A przynajmniej Gill jest tylko tym, kim twierdzi, że jest. Balwer prawdopodobnie dostaje apopleksji, że się nie zorientował.
- Założę się, że się zorientował - powiedziała Faile, klękając obok niego. - Perrin, o tym procesie mówiłam poważnie. Martwię się.
- Nie pozwolę nic sobie zrobić. Obiecałem tylko tyle, że pojawię się na procesie i dam im szansę na przedstawienie swojej sprawy.
- A więc, po co to wszystko? - zapytała Faile.
- Zyskam więcej czasu do namysłu - odparł - i może uda im się mnie powstrzymać przed ich pozabijaniem. Ten dowódca, Damodred… on jakoś lepiej pachnie niż reszta. Nie ma w nim wścieklizny wywołanej strachem czy nienawiścią. Dzięki temu też zdążą wrócić nasi ludzie, a ja ze swojej strony również będę mógł coś powiedzieć. Dobrze jest czasami skorzystać z takiej okazji. Może tego mi właśnie przez cały ten czas brakowało.
- Cóż, to w porządku - powiedziała Faile. - Jednak proszę cię, abyś na przyszłość konsultował ze mną tego rodzaju decyzje.
- Nie omieszkam - obiecał, ziewając i kładąc się na plecach. - Po prawdzie, to nie przyszło mi to do głowy aż do ostatniej chwili.
Faile z najwyższym trudem utrzymała język za zębami. Przynajmniej jedna dobra rzecz wyszła z tego rozejmu. Faile przyglądała się Berelain, gdy jej spojrzenie spoczęło na Damodredzie i nigdy jeszcze nie widziała kobiecych oczu gorejących z taką intensywnością. Wreszcie będzie można coś wykorzystać przeciwko tej kobiecie.
Opuściła wzrok. Perrin już cicho chrapał.
Zorientował się, że siedzi oparty plecami o coś twardego i gładkiego. Zbyt ciemne, omalże złe niebo wilczego snu kipiało nad mieszanym lasem jodły, dębu i skórzanego liścia.
Wstał i odwrócił się, żeby sprawdzić, co wcześniej wyczuwał za plecami. W burzliwe niebo wznosiła się potężna stalowa wieża. Zbyt prosta, o ścianach sprawiających wrażenie odlanych z jednego kawałka metalu roztaczała wokół wrażenie czegoś zdecydowanie nienaturalnego.
„Mówiłem ci, że to jest złe miejsce” - zabrzmiało w przesłaniu Skoczka, który znienacka siedział tuż obok Perrina. „Durny szczeniak”.
- Przecież wcale nie chciałem się tu znaleźć - protestował Perrin. - Obudziłem się tutaj.
„Twoje myśli krążą wokół tego miejsca” - odpowiedział Skoczek. „Albo myśli tego, z którym jesteś związany”.
- Mat. - Słowo jakby samo wyszło z ust Perrina, nie miał pojęcia, skąd o tym wiedział. A kolory tym razem nie zawirowały przed oczyma. W wilczym śnie się to nie działo.
„Taki durny szczeniak jak ty?”.
„Może głupszy”.
Skoczek rozsiewał wokół siebie woń znamionującą najwyższe niedowierzanie - jakby coś nie mieściło się w wilczym łbie. „Chodź” - zabrzmiało przesłanie Skoczka. „To się znowu pojawiło”.
- Co…
Skoczek zniknął. Perrin ruszył za nim ze zmarszczonym czołem. Teraz już bez żadnych problemów łowił woń miejsca, do którego udawał się wilk. Razem pojawili się na Trakcie Jehannah, a tamta przedziwna purpurowa ściana znów była na miejscu, przecinając drogę na pół i sięgając na boki i w górę jak okiem sięgnął. Perrin podszedł do rosnącego w barierze drzewa. Jego nagie gałęzie zdawały się uwięzione w szkle, całkiem unieruchomione.
Skoczek przechadzał się niedaleko.
„Mieliśmy tu już coś takiego” - przesłał Perrinowi. „Dawno, dawno temu. Wiele żywotów”.
- Co to jest?
„Twór ludzi”.
W przesłaniu Skoczka kłębiła się gęstwa pomieszanych obrazów. Jaśniejące, latające kręgi. Niewyobrażalnie wysokie stalowe konstrukcje. Rzeczy z Wieku legend? Skoczek nie rozumiał ich przeznaczenia, nie bardziej niż rozumiał przeznaczenie konnego wozu czy świecy.
Perrin zerknął za siebie na drogę. Nie rozpoznawał tego obszaru Ghealdan. Miejsce musiało znajdować się dalej w stronę Lugardu. Ściana najwyraźniej pojawiła się w innym miejscu niż ostatnio.
W tym momencie uderzyła go nagła myśl. Ruszył po drodze kilkoma gwałtownymi susami. Sto kroków dalej odwrócił się i jego podejrzenia się potwierdziły. Szklana konstrukcja nie była ścianą, lecz gigantyczną kopułą. Przeźroczysta, zabarwiona purpurową poświatą ciągnęła się na wiele lig.
Rozmazana smuga skrzepła obok Perrina w sylwetkę wilka.
„Musimy stąd iść”.
- On tu jest, nieprawdaż? -zapytał Perrin. Sięgnął myślą. Dębowy Tancerz, Iskierka i Nieposkromiony znajdowali się tuż obok. Przed nim, uwięzieni w kopule. Odpowiedzią na jego zew były szybkie, szaleńcze przesłania pościgu i bycia ściganym.
- Dlaczego nie uciekną? - zapytał Perrin na głos.
Skoczek odpowiedział pełnym pomieszania przesłaniem.
- Idę do nich - oznajmił Perrin i wysiłkiem woli spróbował przenieść się naprzód.
Nic się nie wydarzyło.
Poczuł w żołądku ukłucie strachu. Co było nie tak? Spróbował znowu i tym razem wylądował u podstawy kopuły.
Czyli można. Wszystko stało się w okamgnieniu. W jednej chwili szklista powierzchnia znalazła się przed jego oczyma niczym lico niebotycznego klifu.
„To ta kopuła” - pomyślał. „Nie pozwala się przeniknąć”.