Выбрать главу

- Wobec tego moi Asha’mani zostaną i pomogą.

- Znasz rozkaz, synu. Zastosujesz się do niego. Zrozumiano?

Deepe zacisnął zęby, skłonił się krótko. Potem otworzył usta:

- Ja tylko…

Reszty Ituralde nie dane było usłyszeć. Pochłonął ją wybuch. W ogóle nie zorientował się, że coś się święci. W jednej chwili stał z Deepe’em, w drugiej już leżał na podeście na murach, a wokół panowała całkowita cisza. Strasznie bolała go głowa, zakaszlał, uniósł drżącą dłoń do twarzy i otarł z niej krew. Coś się stało z jego prawym okiem - kiedy zamrugał, szarpnęło rozdzierającym bólem. Dlaczego dookoła jest tak cicho?

Przewrócił się na brzuch, znowu zakaszlał. Prawe oko miał zamknięte, z lewego ciekły łzy. Kilka kroków od niego mury obronne kończyły się jak nożem uciął.

Jęknął. Ogromny fragment północnego muru obronnego zwyczajnie zniknął. Jęknął znowu, spojrzał w przeciwną stronę. Deepe stał tuż obok…

Asha’man leżał niedaleko na podeście muru, z jego głowy ciekła krew. W miejscu, gdzie powinno być kolano, jego prawa noga kończyła się poszarpaną masą ciała i kości. Ituralde zaklął, powstał z trudem, chwiejnie podszedł i ukląkł obok. Kałuża krwi, w której leżał Deepe, rosła z każdą chwilą, ale tamten wciąż się poruszał. Żył.

„Muszę podnieść alarm”.

Alarm? Przecież ten wybuch musiał zaalarmować wszystkich. Od wewnętrznej strony murów ciągnęły się ruiny budynków, zniszczonych nawałą głazów wyrwanych z murów obronnych. Na zewnątrz Trolloki już szły do szturmu, niosąc platformy, po których miały pokonać zwałowisko.

Ituralde zdjął Asha’manowi pas i przewiązał nim udo tamtego. Nic więcej nie potrafił wymyślić. W głowie wciąż łupało od wybuchu.

„Miasto jest stracone… Światłości! Stracone, tak po prostu”.

Poczuł, jak czyjeś dłonie pomagają mu się podnieść. Oszołomiony rozejrzał się dookoła. Connel. Przeżył wybuch, choć mundur na nim wisiał w strzępach. Odprowadził Ituralde na bok, podczas gdy dwóch żołnierzy poniosło Deepe’a.

Następnych kilka minut zlało się w niewyraźny potok niepowiązanych wrażeń. Ituralde pamiętał tylko, że zszedł z murów, omalże nie spadając przy tym na łeb na szyję. Uratowała go tylko pomocna dłoń Connela. A potem… namiot? Wielki namiot o podniesionych ścianach? Ituralde zamrugał. Na polu bitwy nie powinno być tak cicho.

Poczuł spływającą po twarzy zimną wodę. Krzyknął. I wtedy dźwięki zaatakowały jego uszy i umysł. Wrzaski, łoskot pękającego kamienia, ryk trąb, warkot bębnów. Odgłosy wydawane przez umierających ludzi. Wszystko naraz, jakby ktoś wyciągnął korki z uszu.

Potrząsnął głową, odetchnął głęboko. Znajdował się w namiocie dla rannych. Antail - milczący Asha’man o przerzedzonych włosach - stał nad nim. Światłości, ależ czuł się słaby! Zbyt mało snu w połączeniu z wewnętrznym wyczerpaniem, jakie zawsze towarzyszyło Uzdrawianiu. Mimo zalewających go ze wszystkich stron odgłosów bitwy, czuł, jak powieki zaczynają mu zdradziecko ciążyć.

- Lordzie Ituralde - powiedział Antail. - Dysponuję splotem, który wprawdzie nie sprawi, że będziesz w lepszym stanie, ale od którego poczujesz, jakby tak było. Co ostatecznie może ci zaszkodzić. Chcesz, żebym go utkał?

- Chcę… - powiedział Ituralde. Z jego ust wydobyło się niewyraźne mamrotanie. - To…

- Krew i krwawe popioły - mruknął Antail. Wyciągnął dłoń. Ituralde poczuł, jak kolejna fala Jedynej Mocy przenika jego ciało. Jakby ktoś przeciągnął przez niego miotłę, usuwając całe zmęczenie i ogłupienie, napełniając zmysły nowym życiem, a umysł poczuciem, jakie ma się po znakomicie przespanej nocy. Ból w prawym oku zniknął.

Coś jednak zostało ze stanu, w jakim znajdował się przed chwilą - odległy cień odrętwienia w kościach, gdzieś w głębi. Da się go zignorować. Usiadł, wziął kilka głębokich wdechów, potem spojrzał na Antaila.

- To jest dopiero pożyteczny splot, synu. Powinieneś mi wcześniej powiedzieć, że coś takiego potrafisz!

- To niebezpieczne - powtórzył Antail. - Znacznie bardziej niebezpieczne od wersji używanej przez kobiety, jak mi powiedziano. Ale pod pewnymi względami też bardziej skuteczne. Za obecną przytomność płaci się później dodatkowym zmęczeniem.

- Później to będziemy już gdzie indziej, a nie w środku miasta, na które lezie chmara Trolloków. Przynajmniej jeśli Światłość pozwoli. Deepe?

- Nim zająłem się w pierwszej kolejności - wyjaśnił Antail, wskazując gestem na prycze obok, gdzie spoczywał Asha’man z popalonym ubraniem i zakrwawioną twarzą. Jego prawa noga kończyła się całkowicie zdrowym kikutem i choć bezprzytomny, najwyraźniej oddychał miarowo.

- Connel! - zawołał Ituralde.

- Mój panie - odezwał się tamten, podchodząc bliżej. Za nim stała drużyna, odgrywająca teraz najwyraźniej rolę straży przybocznej Ituralde.

- Zorientujmy się w tym bałaganie - powiedział Ituralde. Wybiegł z namiotu lazaretu, ruszył ku Pałacowi Cordamora. Miasto wokół pogrążone było w chaosie, grupki Saldaean i Domani biegały w tę i we w tę. Connel przytomnie wysłał już łącznika w poszukiwaniu Yoeliego.

Pałac znajdował się niedaleko, tuż obok głównej bramy miasta. Wybuch uszkodził jedną z jego ścian, ale poza tym budynek wyglądał nieźle. Wcześniej Ituralde uczynił sobie zeń kwaterę główną. Po części dlatego, żeby ludzie wiedzieli, gdzie go szukać. Weszli do środka, Connel niósł miecz generała - w pewnym momencie ktoś musiał zdecydować, że należy odciąć go od pasa.

Wspięli się na drugie piętro, potem wydostali na balkon wychodzący na obszar zniszczony eksplozją.

Zgodnie z tym, czego się od początku obawiał, miasto było stracone. Rewiru zburzonego muru broniła pospiesznie zebrana garstka obrońców. Żywa fala Trolloków zrzucała właśnie tratwy do fosy, niektóre już wychodziły na drugą stronę, popędzane przez Pomory. Ulicami uciekali zdezorientowani mieszkańcy.

Gdyby tylko dano mu więcej czasu na przygotowania, mógłby się utrzymać, tak jak zapewniał Deepe’a. teraz było już za późno.

„Światłości, ta kampania to jedna katastrofa za drugą”.

- Znajdźcie Asha’manów - rozkazał. - I wszystkich moich oficerów. Zorganizujemy odwrót przez bramy.

- Tak jest, mój panie - odparł Connel.

- Ituralde, nie! - Na balkon wypadł Yoeli w pobrudzonym i poszarpanym mundurze.

- Przeżyłeś - odpowiedział Ituralde z ulgą. - Świetnie. Człowieku, twoje miasto jest stracone. Przykro mi. Weźmiemy twoich ludzi i będziemy mogli…

- Patrz! - zawołał Yoeli, ciągnąc Ituralde na stronę balkonu, wychodzącego na wschód. W oddali ku niebu unosił się gruby słup dymu.

Jakaś wioska spalona przez Trolloki?

- To sygnał ogniowy mojej siostry - wyjaśniał Yoeli. - Widziała nadchodzącą pomoc! Musimy się utrzymać, póki nie nadejdą.

Ituralde zawahał się.

- Yoeli - powiedział cicho - nawet jeżeli zbliża się jakaś siła, nie będzie na tyle wielka, żeby zatrzymać tę hordę Trolloków. Założywszy, że to nie podstęp. W przeszłości Pomiot Cienia potrafił robić takie rzeczy.

- Daj nam parę godzin - prosił Yoeli. - Zajmijmy się obroną miasta, a równocześnie wyślijmy przez bramy zwiadowców, żeby się zorientowali, z czym mamy do czynienia.

- Parę godzin? - fuknął Ituralde. - Z taką wyrwą w murach obronnych? Yoeli, przecież nas zaleją.