- Proszę - błagał tamten. - Czyż nie jesteś jednym z tych, których zwą Wielkimi Dowódcami? Pokaż mi, że ten tytuł coś znaczy, Rodelu Ituralde.
Ituralde odwrócił się plecami do strzaskanych murów. Zza jego pleców, z najwyższej komnaty pałacu dochodziły odgłosy świadczące, że jego oficerowie zbierają się na naradę. Szereg obrońców murów powoli szedł w rozsypkę. To już nie potrwa długo.
„Pokaż mi, że to coś znaczy”. Może…
- Tymoth, jesteś tam? - krzyknął do wnętrza.
Rudowłosy mężczyzna w czarnym kaftanie wyszedł na balkon. Zapewne on teraz dowodził Asha’manami w zastępstwie Deepego.
- Jestem, lordzie Ituralde.
- Zbierz swoich ludzi - szybko polecit Ituralde. - Obejmij dowództwo nad tą wyrwą i każ tamtym żołnierzom się wycofać. Chciałbym, żeby Asha’mani utrzymali to miejsce. Potrzebuję minimum pół godziny. Macie całą swoją silę… wszystko, czym dysponujecie… rzucić przeciwko tym Trollokom. Słyszysz? Wszystko, czym dysponujecie. Jeżeli po wszystkim zostanie wam bodaj tyle Mocy, żeby zapalić świeczkę, obedrę was ze skóry.
- Proszę pana? - zapytał Asha’man. - Co z naszym odwrotem?
- Zostawcie Antaila w lazarecie - powiedział Ituralde. - Będzie w stanie stworzyć bramę na tyle dużą, żeby Asha’mani mogli się wycofać. Ale wszyscy pozostali mają utrzymać tę wyrwę!
Tymoth pobiegł wypełnić rozkazy.
- Yoeli - mówił dalej Ituralde - twoim zadaniem będzie zebrać swoich żołnierzy, żeby nie biegali po mieście jak… - Urwał. - Już chciał powiedzieć: „jak w przeklęte Tarmon Gai’don”.
„Żebym sczezł!”.
- …jakby nikt nimi nie dowodził. Jeżeli mamy się utrzymać, podstawą jest organizacja i dyscyplina. Za dziesięć minut chcę mieć cztery kompanie kawalerii w ordynku. Wydaj rozkazy.
- Tak, mój panie - powiedział Yoeli, sprężając się w sobie.
- Och - rzekł Ituralde, odwracając się. - Będę potrzebował kilka wozów drewna na opał i tyle oliwy, ile będziesz w stanie zdobyć, a także wszystkich rannych z naszych armii, którzy wciąż mogą się ruszać, ale którzy mają kontuzjowane ręce lub twarze. No i jeszcze każdego mieszkańca miasta, co kiedykolwiek trzymał łuk w ręku. Już!
Prawie godzinę później Ituralde stał przy oknie z dłońmi splecionymi za plecami i czekał. Z balkonu przeniósł się do wnętrza, aby nie narażać się na przypadkowy pocisk. Wciąż jednak dysponował znakomitym punktem obserwacyjnym.
Pod pałacem front Asha’manów zaczynał wreszcie słabnąć. Dali mu w końcu znacznie więcej niż obiecane pół godziny, odpierając falę za falą Trolloków w niesamowitym pokazie Mocy. Na szczęście przeciwnik nie chciał lub nie mógł wystawić przeciwko nim odpowiedniej swojej formacji. Po tym dziele Mocy, jakim się popisali wcześniej, byli zapewne - dzięki Światłości! - wykończeni.
Pod tymi strasznymi chmurami i wśród wzgórz ciemnych od troIloczych mas mogłoby się zdawać, że to już wieczór. Na szczęście - znowuż! - Trolloki nie przyniosły drabin ani nie przyciągnęły wież oblężniczych. Tylko fala za falą rzucały się do szturmu na wyrwę w murach, poganiane przez Myrddraali.
Już kilku mężczyzn w czarnych kaftanach chwiejnie odchodziło na bok z twarzami wykrzywionymi od zmęczenia. Kilku pozostałych uderzyło po raz ostatni pięścią Ognia, po którym nastąpił wybuch Ziemi, a potem poszli śladem towarzyszy. Wyłom zostawili całkowicie otwarty i niebroniony, zgodnie z rozkazem.
„Chodźcie” - pomyślał Ituralde, kiedy dym zaczął się przerzedzać.
Trolloki powoli wychodziły z dymu, wspinając się na ciała tych Asha’manów, których udało im się pozabijać. Szły na kopytach lub szerokich łapach. Niektóre węszyły, wystawiając nosy w powietrze.
Ulice za wyłomem pełne były pieczołowicie ułożonych rannych, z widocznymi kontuzjami. Na widok Trolloków zaczęli krzyczeć, a potem poderwali się do ucieczki. Zapewne żaden nie musiał specjalnie udawać strachu. Cała scena wyglądała znacznie bardziej dramatycznie niż wcześniej - pobliskie budynki tliły się, dachy płonęły, a z okien wylewał się dym. Trolloki nie mogły wiedzieć, że łupek na dachach specjalnie został położony, żeby nie płonąć, a w tym samym celu, zgodnie z prawem, nie wolno było przechowywać w domach zbyt wiele drewna na opał.
Ituralde wstrzymał oddech. Trolloki złamały szyk i z wyciem i wrzaskiem wbiegły do miasta. Z miejsca podzieliły się na mniejsze grupki, odurzone wizją mordu i łupów.
Drzwi za plecami Ituralde otworzyły się gwałtownie, do środka wpadł Yoeli.
- Ostatnie szeregi na miejscu. Udało się?
Odpowiedzią na pytanie był widok rozciągający się u ich stóp. Trolloki uznały, że bitwę mają wygraną - eksplozja Mocy, którą powitali ich Asha’mani, sprawiała wrażenie ostatniego desperackiego aktu obrony, a reszta miasta zdawała się pogrążona w chaosie. Więc wszystkie ruszyły ulicami, zdjęte radosną żądzą. Nawet Myrddraale, które weszły za nimi, zdawały się spokojne.
Trolloki unikały płonących budynków oraz samego pałacu, który był otoczony murem. Zagłębiły się w miasto, ścigając uciekających żołnierzy po szerokim bulwarze we wschodniej części miasta. Pieczołowicie ułożone sterty gruzu kierowały je właśnie w tę stronę.
- Masz może ambicje zostania generałem, kapitanie Yoeli? - cicho zapytał Ituralde.
- Moje ambicje są całkowicie pozbawione znaczenia - odparł tamten. - Ale człowiek byłby głupcem, gdyby nie chciał się uczyć.
- Wobec tego uważnie przyswój sobie tę lekcję, synu. - U ich stóp otworzyły się nagle okna w budynkach przy bulwarze, którym pobiegły Trolloki. Na balkony wyszli łucznicy. - Jeżeli kiedykolwiek będziesz miał bodaj wrażenie, że robisz to, czego oczekuje po tobie wróg, zrób coś innego.
Strzały posypały się w dół, Trolloki zaczęły ginąć. Wielkie kusze, które wypuszczały drzewca omalże rozmiarów włóczni, wzięły na cel Pomory - liczne potwory najeżone strzałami, jakby nie wiedząc, że nie żyją, jeszcze przez czas jakiś zdawały się iść w ciżbie towarzyszy, która powstrzymywała ich przed upadkiem. Oszalałe z wściekłości, wciąż żywe stwory zaczęły wrzeszczeć i walić w drzwi domów, kryjących łuczników. Ale w tym samym momencie załomotał grom. Tętent kopyt. Najlepsza kawaleria Yoeliego ruszyła po trakcie z wystawionymi lancami. Stratowali Trolloki. To była rzeź.
Miasto zmieniło się w gigantyczną zasadzkę. Właściwie nie można było życzyć sobie lepszej pozycji niż ulice dostatecznie szerokie, by pozwalały na szarżę kawalerii znającej miasto. Radosne pokrzykiwania Trolloków wkrótce przeszły we wrzaski bólu. Stwory właziły na siebie, próbując się wydostać. W ten sposób dotarły z powrotem na dziedziniec przy wyłomie.
Saldaeańska konnica ruszyła za nimi, końskie kopyta i boki mokre już były od krwi padłych stworów. W oknach „płonących” budynków pojawili się ludzie - pożary wcześniej zorganizowano bezpiecznie w oddzielonych od reszty budowli pomieszczeniach - i zaczęli zalewać strzałami wielki dziedziniec. Pozostali rzucili jeźdźcom nowe lance, ci zaś, na powrót wyekwipowani, ustawili się do nowej szarży. Strzały przestały się sypać, a kawaleria runęła na Trolloki.
Setki potworów padły. Może tysiące. Te, którym udało się ujść z życiem, gramoliły się z powrotem przez wyłom. Większość Myrddraali uciekła. Te, którym się nie udało, stały się celem łuczników. Zabicie każdego z nich mogło oznaczać śmierć setek połączonych z nimi Trolloków. Pomory powoli też padały - wiele naszpikowanych dziesiątkami drzewców.
- Wydam rozkaz do sformowania szyków i na powrót zamkniemy wyłom - skwapliwie powiedział Yoeli.
- Nie - odparł Ituralde.
- Ale…
- Walka w wyłomie nic nam nie da - wyjaśnił Ituralde. - Wydaj rozkazy, żeby ludzie przenieśli się do innych budynków, a łucznicy zajęli inne stanowiska. Są tu może jakieś magazyny albo wielkie budowle, w których mogliby się skryć jeźdźcy? Jeżeli tak, to niech tam jadą. A później czekamy.