- Drugi raz ich nie weźmiemy z zaskoczenia.
- Nie - tłumaczył Ituralde. - Ale będę działał wolniej i bardziej ostrożnie. Jeżeli stawimy im czoło w otwartym boju, przegramy. Jeżeli się utrzymamy, zyskamy na czasie, wygramy. Nie ma innej drogi wyjścia z tego, Yoeli. Wytrwać, póki nie nadejdzie odsiecz. Jeżeli nadejdzie.
Yoeli pokiwał głową.
- W następnej pułapce aż tak wiele ich nie zginie - ciągnął dalej generał - ale Trolloki są tchórzliwe w głębi swoich czarnych serc. Świadomość, że każda ulica może się stać śmiertelną pułapką, sprawi, że będą się wahać, i wygra nam więcej czasu, niż strata połowy stanu osobowego na tym wyłomie.
- Dobrze - zgodził się Yoeli. Zawiesił głos… - Ale… czy to nie oznacza, że przewidują nasze działania? Realizacja naszego planu zależy przecież od tego, że oczekują naszej zasadzki.
- Zapewne masz rację.
- Czyż więc nie powinniśmy zrobić czegoś innego? Powiedziałeś przed chwilą, że jeśli choćby będzie nam się zdawać, że wróg wie, co mamy zamiar zrobić, powinniśmy zmienić plany.
- Za dużo kombinujesz, synu. Idź, zrób, com rozkazał.
- Hm, tak jest, mój panie. - Pospieszył z rozkazami.
„Dlatego właśnie - pomyślał Ituralde - nigdy nie powinienem uczyć taktyki”. - Niełatwo było wyjaśnić uczniom, że istnieje jedna zasada ważniejsza niż wszystkie pozostałe: zawsze ufaj swoim instynktom. Trolloki będą się bały. Można to wykorzystać. Wykorzysta wszystko, co mu zechcą dać.
Nie zastanawiał się zbyt długo nad tą zasadą, żeby nie dojść do wniosku, że sam ją złamał. Ponieważ wszystkie instynkty mówiły mu, że już wiele godzin temu powinien opuścić to miasto.
29.
Straszne uczucie.
- Jak myślisz, co Perrin koncypuje? - zapytała Berelain podczas przechadzki razem z Faile i Alliandre.
Faile nie odpowiedziała. Światło późnego popołudnia było miękkie, rzucało je odległe słońce, skryte za woalem chmur. Wkrótce miało zajść, a wtedy horyzont zapłonie feerią barw. Za dwa dni przypadał termin procesu Perrina. Opóźniał go jak mógł, całkowicie rozmyślnie, po to, żeby Asha’mani byli w stanie rozwiązać dziwne problemy z drogami.
Armia tymczasem rosła, garnęli się pod ich skrzydła kolejni ludzie. Z raportów zwiadowców wynikało, że siła Białych Płaszczy powiększa się na podobnych zasadach. Wolniej, ale stale. W takich dniach jak te, co nastały na świat, armia była symbolem siły, a przynajmniej szansą na zapewnienie sobie wyżywienia.
Zagajnik drzew namorzynowych zwanych palcokorzeniami wtulał się w wodę strumienia niedaleko obozu Perrina. Co za dziwne rośliny, z korzeniami zanurzonymi w wodzie… Pnie niczym płynne szkło, które krzepło, dobrze nie zastygnąwszy. W Saldaei nic podobnego nie rosło. Dwa nierozważne kroki po tym zdradliwym podłożu i można było wylądować w wodzie.
- Nie powiesz mi? - dopytywała się Berelain. Ostatnimi czasy wydawała się jakoś roztargniona. - Zastanawiałam się. Być może dobrze byłoby wysłać ambasadora do armii Białych Płaszczy. Myślisz, że Perrin zgodziłby się, żebym z nimi porozmawiała? Może mogłabym osobiście wstawić się w jego sprawie?
Wciąż nawracała do tej sprawy.
- Nie - sprzeciwiła się Faile. - Dobrze wiesz, że zdecydował się uczestniczyć w tym procesie, Berelain.
Pierwsza zacisnęła usta, ale nie drążyła już tematu. Wszystkie trzy kontynuowały przechadzkę, w charakterze ochrony towarzyszyło im dziesięć Panien Włóczni. Ongiś Faile kręciłaby nosem na taką atencję. Ale to było, zanim została porwana - tak nieoczekiwanie i tak łatwo.
W oddali zobaczyła niewielka grupkę uchodźców opuszczających obóz. Szli na południowy wschód, ku bezdrożom. Zanim coś popsuło się w bramach, udało im się odesłać jakieś dziesięć tysięcy ludzi na wiejskie obszary Cairhien. Wszyscy otrzymali polecenie zachowania milczenia. Perrin nie chciał zdradzać przed światem miejsca swojego pobytu. Kobiety oczywiście nic nie powiedzą, ale mężczyźni będą plotkować - zawsze plotkowali.
Nikt nie rozpowszechniał wieści o kłopotach z bramami - Perrin powiedział ludziom, że w związku z możliwością bitwy z Białymi Płaszczami nie chce męczyć Asha’manów. Co zresztą było prawdą. Mimo to znaleźli się uchodźcy, którzy uznali, że muszą odejść, jeśli trzeba, na własnych nogach. Faile dała im trochę złota i biżuterii ze skarbca Sevanny i życzyła wszystkiego dobrego. Zaskoczyła ją liczba chcących wrócić do domów położonych na terenach okupowanych przez Seanchan.
Mimo takich ubytków, siły Perrina rosły z dnia na dzień. Faile i jej towarzyszki mijały właśnie oddział ćwiczący szermierkę na miecze. Uchodźcy, którzy postanowili włączyć się w szkolenie wojskowe, stanowili już siłę liczącą dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. Ćwiczenia przeciągały się często do późna w dzień, a Faile wciąż mogła słyszeć krótkie i donośne komendy Tama.
- Cóż - ciągnęła dalej Berelain, takim tonem, jakby się zastanawiała na głos. - Cóż Perrin może począć? Dlaczego zgodził się na ten proces? On czegoś chce od tych Białych Płaszczy. - Ostrożnie ominęła poskręcany odrost palcokorzenia. Pierwsza, jak tylu innych, często odnajdywała w motywacjach Perrina coś, czego tam wcale nie było. Śmiałby się do rozpuku, gdyby wiedział, o jakie intrygi go posądzano.
„A jej się wydaje, że zna się na mężczyznach” - pomyślała Faile. Z drugiej strony Perrin żadną miarą nie był głupi. Nie był też prostym kowalem, za jakiego czasami chciał uchodzić. Planował, zastanawiał się i wszystko to robił z należytą pieczołowitością. Lecz był również dość bezpośredni. I ostrożny. Kiedy już coś mówił, mówił to, co myślał.
- Zgadzam się z Berelain - powiedziała Alliandre. - Powinniśmy się stąd wynieść, odmaszerować. Albo uderzyć na tych Synów.
Faile pokręciła głową.
- Perrina to dręczy, kiedy ludzie zarzucają mu błędy lub przewiny. Póki Białe Płaszcze będą się upierać, że jest mordercą, w jego opinii skaza na jego imieniu pozostanie. - Strasznie to wydawało się uparte i głupie, lecz równocześnie było w tym coś szlachetnego.
Póki nie pozwoli się zabić. Niemniej to właśnie poczucie honoru w nim kochała. Próby zmieniania go po tym względem byłyby nadzwyczaj kiepskim pomysłem, więc postanowiła zadbać, by nikt nie wykorzystywał go pod tym względem.
Jak zawsze, gdy rozmowa schodziła na temat Białych Płaszczy, Berelain miała ten dziwny wyraz twarzy i zerkała z iskrą w oku - być może całkiem nieświadomie - w stronę ich obozu. Światłości. Przecież nie miała chyba zamiaru znów prosić o pozwolenie na rozmowę z nimi? Jak dotąd przedstawiła kilkanaście z pozoru całkiem przekonujących powodów, aby podjąć się tej misji.
Rozmyślania te przerwał Faile widok sporego oddziału żołnierzy, którzy próbowali wyglądać całkiem niewinnie w swej wędrówce po wewnętrznym perymetrze obozu, a jednak jakimś sposobem dotrzymywali kroku Faile i tamtym podczas ich przechadzki. Perrin chciał, żeby była naprawdę dobrze strzeżona.
- Ten młody Lord Kapitan Komandor - niefrasobliwie zagaiła Alliandre. - Wygląda całkiem pysznie w tym swoim białym mundurze, nieprawdaż? Gdyby tylko dało się jakoś zignorować promieniste słońce na płaszczu. Taki piękny mężczyzna.
- Tak? - odparła Berelain spokojnym głosem. Ale równocześnie jej policzki pokraśniały.
- Zawsze od wszystkich słyszałam, że pasierb Morgase jest przystojnym mężczyzną - ciągnęła dalej Alliandre. - Ale nie oczekiwałam, że okaże się równie… nieskazitelny.
- Niczym posąg wyrzeźbiony z marmuru - szepnęła Berelain. - Skarb z Wieku legend. Coś doskonałego, co zostawiła nam po sobie przeszłość. Żebyśmy mieli co czcić.