Выбрать главу

- Ujdzie - stwierdziła Faile z lekkim prychnięciem. - Osobiście wolę brodate oblicza.

Nie było to kłamstwo - naprawdę lubiła brody u mężczyzn, a Perrin na dodatek też był przystojny. Miał w sobie tę surową siłę, wobec której nie potrafiła przejść obojętnie. Niemniej ten Galad Damodred… on, cóż… porównywanie Perrina do niego naprawdę nie byłoby w porządku. To jakby porównywać witrynę wykonaną przez ciesielskiego mistrza do okna z opalizującego szkła. Oba stanowiły znakomite przykłady sztuki rzemieślniczej i trudno było je ze sobą zestawiać. Niemniej okno z pewnością jarzyło się światłem.

Na twarzy Berelain gościł wyraz rozmarzenia. Bez wątpienia Damodred mocno zapadł jej w pamięć. Ale zabrało jej to naprawdę niedużo czasu. Umówiły się z Faile, że znalezienie innego mężczyzny, którego będzie obdarzać atencją, zapewni wiarygodność rozsiewanym plotkom - niemniej komandor Białych Płaszczy? Czy ona zupełnie oszalała?

- A więc, co robimy? - zapytała Alliandre, gdy skręciły na południową granicę obozu, znajdując się mniej więcej w pół drogi od punktu wyjścia.

- Z Białymi Płaszczami? - odpowiedziała pytaniem na pytanie Faile.

- Z Maighdin - odparła Alliandre. - Morgase.

- Nie potrafię pozbyć się poczucia, że nadużyła naszej uprzejmości - oświadczyła Faile. - Po tym wszystkim, co przeszłyśmy razem, nie powiedziała mi, kim jest?

- Uparłaś się chyba, żeby nie brać pod uwagę jej powodów - stwierdziła Berelain.

Faile nie odpowiedziała. Myślała o tym, co wcześniej usłyszała od Perrina, i doszła do wniosku, że najprawdopodobniej ma rację.

I że nie powinna być na nią taka zła. Skoro Morgase naprawdę uciekała przed Przeklętym, cudem był sam fakt, że udało jej się ujść z życiem. Poza tym ona sama przecież też skłamała Perrinowi, kim jest, gdy się po raz pierwszy spotkali.

Po prawdzie, to jej gniew brał się głównie z faktu, że to Morgase miała sądzić Perrina. Że uznano jej prawo do osądzenia Perrina. Maighdin, pokojówka damy, mogłaby okazać wdzięczność, ale królowa Morgase będzie widziała w Perrinie tylko konkurenta. Czy Morgase naprawdę potraktuje ten proces uczciwie, czy skorzysta z okazji, żeby zdyskredytować samozwańczego lorda?

- Ja czuję się podobnie, moja pani - cicho oznajmiła Alliandre.

- To znaczy jak?

- Oszukana - wyjaśniła tamta. - Maighdin była naszą przyjaciółką. Myślałam, że ją znam.

- W jej sytuacji zachowałabyś się tak samo - powiedziała Berelain. - Po co przekazywać informacje na swój temat, jeżeli nie ma naglącej potrzeby?

- Ponieważ byłyśmy przyjaciółkami - upierała się Alliandre. - Po tym wszystkim, co przeszłyśmy razem, nagle okazuje się, że to jest Morgase Trakand. Nie jakaś tam królowa, ale wielka królowa, wielkiego narodu. Ta kobieta jest legendą. I tak sobie żyła z nami, podawała nam herbatę. Kiepską zresztą.

- Trzeba jednak przyznać - dodała Faile w zadumie - że z herbatą szło jej coraz lepiej.

Sięgnęła dłonią do szyi, na której wisiał rzemyk z kamieniem Rolana. Nie wkładała go codziennie, ale dość często. Czy Morgase kłamała przez cały czas ich niewoli u Shaido? A może była w pewien sposób bardziej prawdziwa? Nie mając tytułu, któremu należało sprostać, nie musiała się wysilać na bycie „legendarną” Morgase Trakand. Czy w takich okolicznościach prawdziwa natura danej osoby nie powinna wyjść na jaw?

Faile ścisnęła rzemyk. Morgase z pewnością nie pozwoli sobie kierować się małostkowością i nie będzie sterowała tym procesem tak, żeby za wszelką cenę udowodnić winę Perrinowi. Ale wyda wyrok sprawiedliwy. Co oznaczało, że Faile musi się przygotować…

Gdzieś niedaleko rozległy się krzyki.

Faile zareagowała odruchowo, popędziła w stronę lasu. Strach podpowiedział jej obraz Aielów wynurzających się z krzaków, żeby zabijać i brać do niewoli; przez moment nie czuła niczego prócz paniki.

Okazało się jednak, że krzyki dobiegały z wnętrza obozu. Zaklęła, zawróciła i w tym momencie poczuła, jak coś łapie ją za pasek. Drgnęła, spuściła wzrok i zobaczyła, że jej nóż, jakby kierowany własną wolą, opuścił pochwę i wisi w powietrzu.

- Bąbel zła! - powiedziała Berelain, rzucając się w bok.

Faile przykucnęła, a potem padła na ziemię, a nóż tymczasem uderzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jej głowa. Ledwie jej się udało. Gdy znowu podniosła się do półprzysiadu, zobaczyła, że Berelain zmuszona jest stawić czoło sztyletowi, który - jak należało wnosić z rozszarpanej bluzki - wyrwał się z ukrytej w rękawie pochwy.

Znajdujący się za plecami Berelain obóz powoli tonął w zamęcie. Szkolący się niedaleko uchodźcy poszli w rozsypkę, miecze i włócznie ścigały ich w powietrzu napędzane, zdawałoby się, własną wolą. Wyglądało to tak, jakby każda broń znajdująca się w obozie znienacka ożyła i zaatakowała swego właściciela.

Kątem oka złowiła poruszenie. Nóż wrócił po nią. Skoczyła w bok, ale tymczasem siwowłosa postać w brązach schwyciła broń w powietrzu i unieruchomiła w mocnym uścisku. Potem Sulin przetoczyła się, ponieważ broń wlokła ją za sobą. Wreszcie z zaciśniętymi zębami ściągnęła ją z powietrza i uderzyła nią o kamień, odrywając klingę od rękojeści.

Nóż przestał się ruszać. Tymczasem jednak włócznie Sulin uwolniły się z uprzęży na jej plecach, poleciały w górę i zaraz zapikowały w dół.

- Uciekaj! - krzyknęła Panna, odwracając się i próbując radzić sobie z trzema włóczniami naraz.

- Dokąd? - zapytała Faile, unosząc z ziemi kamień. - Broń jest wszędzie. - Berelain tymczasem zmagała się z własnym sztyletem. Schwyciła go, ale szarpał się w jej uchwycie, ciągnąc jej ręce na lewo i prawo. Alliandre natomiast tańczyła aż z trzema nożami.

Światłości! Faile zrozumiała, jakie miała dziś paradoksalne szczęście, że nie pomyślała o zabraniu większej ilości broni.

Kilka Panien rzuciło się na pomoc Alliandre. Rzucały kamieniami w noże i uchylały się przed atakującymi je włóczniami. Berelain musiała walczyć sama.

Zaciskając zęby- i czując się trochę głupio, że pomaga kobiecie, której nienawidzi - Faile podskoczyła ku Berelain i dołączyła dłonie do rąk Pierwszej. Razem zdołały ściągnąć nóż w bok, zbliżyć do ziemi, wreszcie wbić go ostrzem w grunt. Po czym ten, o dziwo, znieruchomiał.

Faile z wahaniem rozluźniła uchwyt, spojrzała na Berelain. Tamta stała z rzeczami w nieładzie, przyciskając dłoń do ust i wysysając krew z ranki, którą odniosła w walce. Skinęła Faile głową.

- Dziękuję.

- Co go zatrzymało? - zapytała Faile, czując w uszach łomotanie krwi.

Zewsząd z obozu docierały do nich krzyki. Przekleństwa. Szczęk broni.

- Ziemia? - odpowiedziała pytaniem Berelain i uklękła.

Faile wbiła palce w glebę. Zaraz jednak odwróciła się, ponieważ dostrzegła kątem oka, że jedna z Panien padła. Dobrze choć, że pozostałym wciąż udawało się unikać latających włóczni. Nabrała garść ziemi i rzuciła nią w tę, która akurat przelatywała obok.

Kiedy ziemia obsypała włócznię, ta od razu opadła w dół. Sulin zobaczyła całą scenę i jej oczy rozszerzyły się w zrozumieniu za podniesioną zasłoną twarzy. Upuściła trzymane w dłoniach kamienie, nabrała w nie ziemi, którą sypnęła we włócznię zmierzającą prosto w jej serce.

Ziemia zatrzymała włócznię. Niedaleko żołnierze, którzy stanowili swego rodzaju rezerwową straż przyboczną, przeżywali właśnie ciężkie chwile. Stanęli plecami do siebie, tworząc krąg, w którym bronili się tarczami przez latającym śmiercionośnym żelazem. Na ich twarzach zastygł wyraz grozy.

- Szybko! - krzyknęła Faile do Panien, nabierając ziemi dłońmi. - Zawiadomcie ludzi! Niech wszyscy się dowiedzą, jak zatrzymać tę broń! - Sama zaś rzuciła ziemią w sztylety prześladujące Alliandre - sprowadzając na dół dwa jednym rzutem - i pośpieszyła na pomoc żołnierzom.