- Powinna była przemówić i objawić mi swe imię. Wówczas puściłbym ją wolno.
- A jednak tego nie zrobiła. Słyszałam też, że omalże zagroziłeś egzekucją więźniów, jeśli Perrin nie stanie do walki. Naprawdę byś to zrobił?
- Miałby ich krew na rękach.
- Krew Lini, Galad?
- Ja… zorientowałbym się, że jest wśród skazanych, i uchronił przed niebezpieczeństwem.
- A więc pozostałych byś zabił - podsumowała Morgase. - Ludzi, którzy nic złego nie zrobili, niewinnych ludzi, których jedyną zbrodnią był w twoim mniemaniu fakt, że dali się zwieść Aybarze?
- Egzekucja nie nastąpiłaby. To była tylko groźba.
- Kłamstwo.
- Ba! O co ci chodzi, matko?
- Chciałabym, żebyś zaczął myśleć, synu - powiedziała Morgase. - Wydaje mi się, że już dawno temu powinnam cię do tego zachęcać, zamiast zostawić na pastwę twoich złudzeń. Życie nie jest proste niczym rzut monetą: awers lub rewers. Czy kiedykolwiek opowiadałam ci o procesie Thama Felmleya?
Galad pokręcił głową, wyglądając na lekko zirytowanego.
- To posłuchaj. To był mularz z Caemlyn, cieszący się szacunkiem otoczenia. Oskarżony został o zamordowanie brata. Rzecz działa się we wczesnym okresie mego panowania. Człowiek był na tyle znany, a sprawa na tyle poważna, że sądziłam go osobiście. Na koniec został powieszony.
- Właściwy koniec dla mordercy.
- Tak - kontynuowała Morgase - Nieszczęśliwie się złożyło, że morderca odszedł wolny. Tak naprawdę, zbrodniarzem był jeden z jego robotników. Okazało się to dopiero dwa lata później, kiedy został uwięziony za następne morderstwo. Kiedy go wieszaliśmy, śmiał się z nas. Felmley był niewinny od samego początku. Morderca, prawdziwy zbrodniarz był jednym z tych, którzy obciążali go na procesie.
Galad umilkł.
- To jedyny wypadek - podkreśliła Morgase - o którym wiem z całą pewnością, że powiesiłam kogoś przez pomyłkę. A więc powiedz mi, Galad. Czy powinnam zawisnąć za swoją pomyłkę i skazanie niewinnego człowieka?
- Zrobiłaś, co mogłaś, matko.
- Ale dalej nie żyje człowiek, który sobie na to nie zasłużył.
Galad wydawał się poważnie zbity z tropu.
- Synowie lubią się powoływać na opiekę Światłości - mówiła dalej Morgase - która kieruje ich osądami i prowadzi ludzi ku sprawiedliwości. To nie działa w ten sposób, Galad. Valda w imię Światłości mógł narobić okropnych rzeczy. A ja w nadziei na pomocną dłoń Światłości zabiłam niewinnego człowieka. Nie twierdzę, że Aybara jest niewinny. Tak czy siak, nie znam na tyle sprawy. Ale chciałabym, żebyś zrozumiał. Czasami dobry człowiek może zrobić złą rzecz. I czasami należy go ukarać. Jednak innymi razy kara nie posłuży nikomu, a najlepszą rzeczą będzie mu pozwolić żyć dalej i dalej się uczyć. Jak ja żyłam i uczyłam się po wydaniu tak marnego osądu.
Galad zmarszczył brwi. Dobrze. Na koniec jednak pokręcił głową, a jego twarz rozjaśniła się.
- Zobaczymy, co się stanie na procesie. To…
Rozległo się pukanie do słupka namiotu przy wejściu.
Galad odwrócił się, mars na jego czole pogłębił się.
- Tak?
- Mój Lordzie Kapitanie Komandorze - powiedział Biały Płaszcz, który odsunął klapę namiotu i wszedł do wnętrza. Był chudy, z twarzy patrzyły zapadnięte, podkrążone oczy. - Otrzymaliśmy właśnie słowo z obozu tego stwora, Aybary. Proszą o przesunięcie daty procesu.
Galad wstał.
- A dlaczegóż to?
- Twierdzą, że w ich obozie zaszły jakieś wypadki - wyjaśnił Biały Płaszcz. - Mówili coś, że mają rannych, których trzeba opatrzyć. Mój Lordzie Kapitanie Komandorze… to jest oczywisty podstęp. Jakaś sztuczka. Powinniśmy ich od razu zaatakować, albo co najmniej odrzucić to bezsensowne odroczenie.
Galad zawahał się. Spojrzał na Morgase.
- To nie jest żaden podstęp, synu - powiedziała. - Mogę za to ręczyć. Jeżeli Aybara mówi, że potrzebuje więcej czasu, to mówi szczerze.
- Ba - prychnął Galad, gestem odsyłając posłańca. - Zastanowię się. Nad tym, co mówiłaś, matko, również. Niewykluczone, że trochę dodatkowego czasu na to zastanowienie się… przyda.
- Przenoszący Moc twierdzą, że starają się jak mogą - wyjaśniał Gaul, idąc obok Perrina przez obóz. Właśnie przeprowadzali inspekcję rozmaitych jego części. - Ale twierdzą równocześnie, że całe dni potrwa, zanim zajmą się wszystkimi.
Słońce chyliło się ku horyzontowi, niemniej wielu zapewne czekała długa noc, ponieważ ktoś musiał doglądać rannych. A rannych były tysiące, choć na szczęście większość obrażeń była stosunkowo lekka. Stracili też paru ludzi. Zbyt wielu, być może nawet tylu co od ukąszeń węży.
Perrin mruknął coś niezrozumiale. Sam Gaul miał rękę na temblaku, udało mu się wygrać walkę z własnymi włóczniami tylko po to, żeby o mało co nie zabiła go własna strzała. Zdołał się zasłonić ręką. Kiedy Perrin zapytał, co się stało, zaśmiał się i stwierdził, że to już całe lata minęły, odkąd ostatni raz postrzelił się własną strzałą. Humor Aielów.
- Mamy jakąś odpowiedź od Białych Płaszczy? - zapytał Perrin, zwracając się do Aravine, który szedł obok niego z drugiej strony.
- Tak - odpowiedział tamten. - Ale nic konkretnego. Ich dowódca powiedział, że „się zastanowi”, czy może dać nam więcej czasu.
- Cóż, nie on będzie decydował - powiedział Perrin, wkraczając do mayeniańskiej części obozu, żeby sprawdzić, co porabiają ludzie Berelain. - Nie będę ryzykował bitwy, mając ćwierć stanu osobowego rannych, a Asha’manów półżywych ze zmęczenia od Uzdrawiania. Proces rozpocznie się, kiedy ja tak powiem, a jeżeli Damodredowi się to nie podoba, może ruszać i nas atakować.
Gaul mruknięciem wyraził zgodę. Na plecach miał włócznie, ale Perrin zauważył, że zostały przytroczone znacznie ciaśniej niż zazwyczaj. Aravine zaś niósł latarnię, choć jeszcze nie potrzebowali światła. A więc on też spodziewał się, że mrok zapadnie szybko.
- Przekaż mi słowo, kiedy Tam i Elyas wrócą - zwrócił się Perrin do Gaula. Każdy z nich został wysłany oddzielnie do okolicznych wiosek, żeby się upewnić, czy okoliczni mieszkańcy, to znaczy ci, którzy nie przyłączyli się do armii, nie odnieśli szkód skutkiem bąbla zła.
Berelain zdążyła już dojść do siebie, dłoń miała zabandażowaną. Osobiście składała mu raport. W swoim namiocie w krótkich słowach streściła, ilu ma rannych, i podała imiona zabitych. Było ich tylko sześciu.
Perrin ziewnął, opuszczając namiot, a potem polecił Aravine sprawdzić, co u Aes Sedai. Gaul tymczasem ruszył z pomocą ludziom noszącym rannych i tym sposobem Perrin znalazł się sam na drodze wiodącej ku części obozu zajmowanej przez Alliandre.
Jego młot nie próbował go zabić. Jak zdołał się zorientować, był jedyną osobistą bronią, która nie zareagowała na bąbel zła. Co to mogło oznaczać?
Pokręcił głową, zatrzymał się, aż ciąg myśli przerwał mu odgłos czyichś kroków. Tamten biegł w jego stronę. Po chwili w nozdrza uderzył go zapach Tama. Odwrócił się w stronę, z której tamten nadbiegał.
- Perrin, synu - wydyszał Tam, ledwie mogąc złapać dech. - Stało się właśnie coś niezwykłego.
- Bąbel zła uderzył w wioskę? - zapytał Perrin, zaalarmowany. - Ludziom stało się coś?
- Och, nie - zaprotestował Tam. - Nie to. Z wioską wszystko dobrze. Nawet nie zauważyli, że coś się stało. Chodzi o coś innego. - Zapach, który wokół siebie rozsiewał, był zdecydowanie dziwny. Jakby zastanawiał się i martwił równocześnie.
Perrin zmarszczył brwi.
- Co? Co się dzieje?
- Cóż… muszę odejść, synu - powiedział Tam. - Opuścić obóz. Nie wiem, kiedy wrócę.