Выбрать главу

- Czy to…

- To nie ma nic wspólnego z Białymi Płaszczami - powiedział Tam. - Proszono mnie, żebym nie mówił nic więcej. Ale chodzi o Randa.

Kolory zawirowały Perrinowi przed oczyma. Rand szedł właśnie korytarzem Kamienia Łzy. Wyraz twarzy miał ponury. Groźny.

- Perrin - ciągnął dalej Tam - chodzi o coś, co moim zdaniem muszę zrobić. Sprawa dotyczy też Aes Sedai i naprawdę muszę ruszać niezwłocznie. Nic więcej nie powiem. Kazały mi przysiąc.

Perrin spojrzał Tamowi głęboko w oczy i nie zobaczył w nich śladu kłamstwa. Skinął głową.

- Dobrze, jedź. Może potrzebujesz kogoś do pomocy? Kogoś, kto mógłby jechać z tobą tam, dokąd się udajesz?

- Wszystko będzie dobrze - zapewnił go Tam.

Teraz pachniał zawstydzeniem. Co tu się działo?

- Spróbuję załatwić ci jakąś pomoc, synu. - Położył dłoń na ramieniu Perrina. - Dobrze sobie tutaj poradziłeś. Jestem z ciebie dumny i twój ojciec również będzie. Tak trzymaj. Zobaczymy się na Ostatniej Bitwie, jeśli nie wcześniej.

Perrin pokiwał głową. Tam pośpieszył w stronę swojego namiotu, zapewne po to, żeby się spakować.

Trudno prezentować się po królewsku, jeśli jest się niesioną w lektyce szczytem murów obronnych Caemlyn, Elayne jednak postarała się jak mogła. Bywały cele ważniejsze niż królewski wygląd.

Łóżko! Dla królowej! Cóż, żeby Melfane wreszcie dała jej spokój, obiecała, że nie będzie wstawać. Ale nie powiedziała nic na temat pozostania we własnej sypialni.

Czterej Gwardziści nieśli lektykę na swoich ramionach. Elayne siedziała bezpiecznie między poręczami, ubrana w szkarłatną szatę, z pieczołowicie wyczesanymi włosami i Różaną Koroną Andoru na głowie.

Dzień był wilgotny, powoli robiło się ciepło, niebo wciąż zasnuwały ciemne chmury. Chwilę cennego czasu poświęciła na to, aby ulitować się nad biednymi żołnierzami, którzy w pełnym umundurowaniu musieli nieść ją w takim upale. Ale z drugiej strony ludzie ci mieli iść na wojnę pod jej sztandarem, więc mogli wytrzymać odrobinę cieplejsze pogody. A poza tym, jak często Gwardzistów spotyka honor niesienia swojej królowej?

Birgitte szła obok lektyki, uczucia pulsujące w więzi wskazywały na jej rozbawienie. Z początku Elayne obawiała się, że zechce uniemożliwić wycieczkę, ale zamiast tego tamta roześmiała się! Birgitte musiała zdecydować, że tego rodzaju aktywność - choć z pewnością zdenerwowałaby Melfane - nie stanowi żadnego zagrożenia ani dla zdrowia Elayne, ani jej dzieci. W oczach jej Strażnika była to tylko jeszcze jedna okazja, żeby Elayne mogła zrobić z siebie głupią, tak paradując na oczach całego miasta.

Elayne skrzywiła się lekko. No, bo co ludzie powiedzą? Królowa w lektyce zmierza na zewnętrzne mury? Cóż, Elayne za nic nie chciała dopuścić, żeby plotki, jakie z tego ewentualnie mogły się zrodzić, powstrzymały ją przed zobaczeniem pierwszych testów na własne oczy i nie zamierzała dać się tyranizować i zastraszać położnej.

Ze szczytu murów miała całkiem niezły widok. Po lewej ręce znajdowały się pola ciągnące w kierunku Aringill, po prawej wrzała miejska krzątanina. Pola były niestety nazbyt zbrązowiałe jak na tę porę roku. A doniesienia na ten temat z całego królestwa brzmiały ponuro. Na dziewięciu na dziesięć nic nie wyrosło.

Tragarze Elayne zanieśli ją pod jedną z wieżyczek na murach, a potem ugrzęźli, gdy zdali sobie sprawę, że nosidła lektyki są zbyt długie, żeby zmieściły się na krętych schodkach wiodących do wieży - a demonstracja miała mieć miejsce właśnie z jej szczytu. Na szczęście okazało się, że zabrali ze sobą na zmianę krótsze nosidła. Zmienili więc je, ujęli w dłonie uchwyty i ruszyli.

Kiedy nieśli ją na górę, oddawała się myślom o Cairhien. Wszystkie szlachetne Domy twierdziły, że z wytęsknieniem oczekują jej przybycia i objęcia przez nią tronu, jednak żaden nie zaproponował poparcia poważniejszego niż tylko zdawkowe. Daes Dae’mar działała z całą mocą, a manewry związane z wstąpieniem Elayne na tron - lub porażką tego przedsięwzięcia - zaczęły się w momencie, gdy Rand wspomniał o takiej możliwości.

W Cairhien jak zawsze setka politycznych wiatrów wiała naraz w stu różnych kierunkach. Nie miała nawet czasu, żeby przed objęciem tronu poznać wszystkie frakcje. Poza tym, gdyby przyłapali ją na tym, że gra w Grę Domów, zaczęłaby się w ich oczach wydawać kimś, kto równie dobrze może w nią przegrać. Musiała znaleźć sposób na objęcie Tronu Słońca bez mieszania się nazbyt głęboko w lokalną politykę.

Lektyka Elayne zaskrzypiała i dotarła wreszcie na szczyt wieżyczki. Tam stała Aludra, a obok niej prototyp smoka. Brązowa tuleja była dość długa i osadzona na drewnianym stelażu. Niemniej była to tylko makieta, na pokaz. Drugi, tym razem w pełni sprawny smok został umieszczony na szczycie następnej wieżyczki. Dostatecznie daleko, żeby Elayne nie znalazła się w niebezpieczeństwie, gdyby coś poszło źle.

Szczupła Tarabonianka wydawała się zupełnie nie przejmować faktem, że oto prezentuje broń, która może ewentualnie zmienić świat przed obliczem królowej obcego kraju - wszystkim, na czym Aludrze zdawało się zależeć, było wzięcie odwetu na Seanchanach, a przynajmniej tak jej to wyjaśniał Mat. Elayne spędziła z tą kobietą nieco czasu podczas swej pamiętnej podróży z menażerią pana Luki, lecz wciąż nie miała pojęcia, do jakiego stopnia można jej zaufać. Trzeba polecić panu Norry, żeby jej nie spuszczał z oka.

Zakładając oczywiście, że smok będzie działał. Tymczasem zdążyła poświęcić jeszcze parę spojrzeń zgromadzonym na dole ludziom. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak wysoko się znalazła. Światłości!

„Jestem bezpieczna” - zapewniała się w myślach. „Taką wizję miała Min”. - Oczywiście nic takiego nie powiedziała Birgitte, nie tym razem. I naprawdę zamierzała skończyć z tym ryzykowaniem. Ale to tutaj to nie było żadne ryzyko. W najmniejszym nawet stopniu.

Zanim zakręciło jej się w głowie, odwróciła ją i uważniej przyjrzała się smokowi. Miał kształt jakby wielkiego dzwonu z brązu, choć był dłuższy i węższy. Niczym ogromny wazon przewrócony na bok. Podczas jego odlewania Elayne otrzymała niejedno pismo od miejskich ludwisarzy. Aludra upierała się, żeby jej polecenia wypełniać literalnie co do joty i zmuszała rzemieślników, aby ten egzemplarz odlewali trzykrotnie.

Wczoraj późnym wieczorem nad miastem rozległ się głośny łoskot. Jakby gdzieś zawaliła się kamienna ściana albo uderzył grom. Dzisiejszego ranka Elayne otrzymała notatkę od Aludry. Notatka głosiła:

Pierwszy test zakończył się sukcesem.

Spotkajmy się na pokazie na murach miasta.

- Wasza Wysokość - powiedziała Aludra. - Czujesz się… dobrze, tak?

- Nic mi nie będzie, Aludra - odparła Elayne, próbując wyglądać tak godnie, jak to było w tej sytuacji możliwe. - Smok gotów?

- Nie inaczej - odpowiedziała Aludra. Ubrana była w długą brązową sukienkę, czarne loki rozpuszczone luźno spływały jej do talii. Dlaczego dzisiaj nie zaplotła warkoczy? Elayne nigdy nie widziała, żeby nosiła biżuterię i sprawiała wrażenie, jakby te rzeczy jej nie interesowały. Obok niej na dachu wieżyczki stało pięciu żołnierzy Mata z Legionu Czerwonej Ręki. Jeden trzymał w dłoni coś w rodzaju kominiarskiej szczotki, drugi metalową kulę, trzeci niewielką drewnianą baryłkę.

Podobny oddział Elayne mogła dostrzec na szczycie drugiej wieżyczki. Któryś z jego członków uniósł rękę i pomachał jej. Wychodziło na to, że Mat chciał się przyglądać pokazowi z miejsca, gdzie stał działający smok. Zawsze ta brawura. A co będzie, jeśli smok wybuchnie jak nocny kwiat?

- Przejdźmy więc do demonstracji - oznajmiła Aludra. - Ci ludzie tutaj pokażą nam, co się dzieje na drugiej wieży. - Zawiesiła głos, spojrzała na Elayne. - Wasza Wysokość, myślę, że powinnaś podnieść się nieco wyżej, żeby widzieć wszystko, co się będzie działo.