- Spodobała wam się broń? - zapytała Aludra.
- Bardzo, Aludra - odpowiedziała Elayne, uśmiechając się. - Zaiste, spodobała mi się bardzo. Oddaję do twojej dyspozycji zasoby całego miasta, całego Andoru. A nie wszyscy ludwisarze Andoru mieszkają w Caemlyn. - Zerknęła na Iluminatorkę. - Lecz wszystkie swoje plany i projekty musisz trzymać w tajemnicy. Przydzielę ci Gwardzistów do ochrony. Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby któryś z ludwisarzy docenił wartość emigracji i sprzedał posiadane informacje naszym wrogom.
- Póki nie dotrą do Seanchan - stwierdziła Aludra. - Nie obchodzi mnie to.
- Cóż, mnie tak - powiedziała Elayne. - I to na mnie spoczywa obowiązek zadbania, żeby te rzeczy zostały odpowiednio wykorzystane. Będę musiała odebrać od ciebie przysięgę, Aludra.
Tamta westchnęła, ale postąpiła, jak jej kazano. Elayne nie miała oczywiście zamiaru skierować smoków przeciwko komukolwiek innemu niż Trolloki czy Seanchanie. Ale poczuje się znacznie spokojniejsza o bezpieczeństwo swego narodu, mając je do dyspozycji.
Uśmiechnęła się na tę myśl i zorientowała, że właściwie trudno jej pohamować podniecenie. Birgitte w końcu opuściła szkło powiększające. Uczuciem dominującym w więzi zobowiązań była… uroczysta powaga.
- Co? - spytała ja Elayne, gdy tymczasem Gwardziści na zmianę przyglądali się zniszczeniom przez szkło powiększające. Sama czuła jakby ściskanie w żołądku. Może zjadła coś niestrawnego na obiad?
- Świat właśnie się zmienił, Elayne - powiedziała Birgitte, kręcąc głową, aż zakołysały się długie warkocze. - I to zmienił się bardzo. A mam straszne przeczucie, że to dopiero początek.
30.
Gdzie śnią ludzie.
- Te Białe Płaszcze nie są szczególnie rozmowne, moja pani - stwierdziła Lacile z uśmiechem wypełnionym samozadowoleniem. - Niemniej dalej są to tylko mężczyźni. Mężczyźni, którzy od jakiegoś czasu nie wiedzieli kobiety na oczy. Co sprawiło, że tym łatwiej pozbyli się resztek zdrowego rozsądku, którego w normalnych warunkach i tak za dużo nie mają.
Faile szła wzdłuż rzędu uwiązanych koni. Niebo nad jej głową było ciemne, trzymana w ręku latarnia oświetlała drogę. Perrin już spał, ostatnio kładł się zawsze najwcześniej, jak się dało, i zaraz zanurzał w wilczy sen. Białe Płaszcze, niechętnie, bo niechętnie, ale zgodziły się przesunąć datę rozpoczęcia procesu, niemniej Perrin mimo wszystko powinien pracować nad swoją mową obrończą i w ogóle, jakoś się przygotowywać do nieuniknionego wydarzenia. Tymczasem odmrukiwał, że i tak wie, co ma powiedzieć. Znając go, można było przypuszczać, że po prostu, zwykłymi słowami, jak zawsze prosto z mostu opowie Morgase, co się zdarzyło.
Lacile i Selande szły po obu bokach Faile. Pozostali członkowie Cha Faile trzymali się nieco z tyłu, wypatrując w pobliżu ewentualnych nazbyt ciekawskich uszu.
- Myślę, że Białe Płaszcze doskonale wiedziały, iż przyszłyśmy na przeszpiegi - podjęła Selande. Niska, blada kobieta szła obok Faile, trzymając dłoń na rękojeści miecza. Postawa ta nie wydawała się już równie afektowana, co jeszcze do niedawna: Selande naprawdę serio szkoliła się w fechtunku mieczem.
- Nie wątpię, że się domyślali - potwierdziła Lacile. Wciąż miała na sobie prostą brązową bluzkę i spódniczkę w ciemniejszym nieco odcieniu. Selande natychmiast po powrocie przebrała się w spodnie i przypasała miecz, który nosiła właściwie zawsze. Jeszcze nie zagoiła się rana na ręku, którą odniosła, gdy miecz ten próbował ją zabić w owym pamiętnym bąblu zła. Natomiast Lacile zdawała się rozkoszować możliwością spędzenia choćby chwili dłużej w tradycyjnym kobiecym przyodziewku.
- Naprawdę niewiele od nich wydobyłyśmy - zaprotestowała Selande.
- Tak - obstawała przy swoim Lacile - ale dalej uważam, że po prostu tacy są. Miałyśmy niepodważalną wymówkę, moja pani: chcemy sprawdzić, czy z Maighdin i pozostałymi wszystko w porządku. Udało nam się dostarczyć twój liścik, a potem trochę sobie pogawędziłyśmy z żołnierzami. Powiedzieli nam parę rzeczy, które mogą okazać się użyteczne.
Faile uniosła brwi, ale nic nie powiedziała, ponieważ mijały właśnie zapóźnionego koniuszego, który czesał jednego z wierzchowców.
- Białe Płaszcze darzą Galada najwyższym szacunkiem - podjęła Lacile, gdy znalazły się na tyle daleko od koniuszego, że nie mógł ich usłyszeć. - Choć niektórym nie podobają się pewne rzeczy, o jakich opowiada.
- Jakie rzeczy? - zapytała Faile.
- Na przykład to, że chce walczyć u boku Aes Sedai podczas Ostatniej Bitwy - wyjaśniła Lacile.
- Każdy by ci powiedział, że to im się nie spodoba - wtrąciła Selande. - Przecież to Białe Płaszcze!
- Tak - zgodziła się Faile. - Oznacza to jednak, że ów Galad jest mądrzejszy od swoich towarzyszy. To jest ważna wiadomość, Lacile.
Młoda kobieta aż spuchła z dumy. Potem skromnym gestem przeczesała włosy, odrzucając na plecy wplecione w nie czerwone wstążki. Od czasu niewoli u Shaido przybyło ich co najmniej po dwakroć.
Przed nimi, między dwoma końmi stojącymi w rzędzie, zamajaczyła chuda postać. Mężczyzna miał sumiastego wąsa na tarabońską modłę i choć był młody, rozsiewał wokół atmosferę kogoś, kto w życiu dużo już widział. Po tajemniczej decyzji Tama o natychmiastowym wyjeździe Dannil Lewin dowodził teraz ludźmi z Dwu Rzek.
„Światłości, spraw, żeby Tamowi się wiodło, gdziekolwiek jest” - pomyślała Faile.
- Co tam, Dannil? - powiedziała na głos. - Jakież zrządzenie losu przywiodło cię w to miejsce, w tym samym czasie, co nas…
- Zrządzenie losu? - zdziwił się Dannil, drapiąc się po głowie. W jednym ręku ściskał swój łuk, mocno, niczym pałkę i nie przestawał co raz to nań spoglądać. Po tamtych wypadkach wielu ludzi zachowywało się podobnie. - Przecież sama mnie prosiłaś, żebym się tu pojawił.
- Niemniej uznajmy to za zrządzenie losu - trwała przy swoim Faile - na wypadek, gdyby ktoś zapytał. Zwłaszcza gdyby to był mój mąż.
- Nie podobają mi się tajemnice przed lordem Perrinem - odparł Dannil, cofając się o krok.
- Wolałbyś może, żeby banda wściekłych Białych Płaszczy pozbawiła go głowy?
- Nie. O tym nie ma mowy.
- Zrobiłeś więc to, o co cię prosiłam?
Dannil pokiwał głową.
- Rozmawiałem z Gradym i Nealdem. Okazało się, że lord Perrin wcześniej już rozkazał im trzymać się blisko niego, niemniej nie mieli nic przeciwko moim sugestiom. Grady obiecał, że będzie miał w pogotowiu sploty Powietrza, w które pochwyci lorda Perrina, gdyby sytuacja miała stać się nieprzyjemna. Neald będzie krył ich ucieczkę. Rozmawiałem też z ludźmi z Dwu Rzek. Między drzewami ukryjemy oddział łuczników, gotowych do działań odciągających uwagę.
Faile przytaknęła z satysfakcją. Na szczęście ani jeden z Asha’manów nie został w żaden sposób pokiereszowany podczas wybuchu tamtego bąbla zła. Każdy oczywiście miał nóż przy pasie, jednak według zeznań świadków, na żadnym latająca broń nie uczyniła większego wrażenia - wystarczyło po jednym nonszalanckim geście dłoni, żeby niebezpieczne narzędzia strącić na ziemię. Kiedy łącznicy z odkryciem Faile, że ziemia obezwładnia latające ostrza i groty, dotarli do tej części obozu, w której akurat znajdowali się Asha’mani, zastali tam znacznie mniejszy chaos niż gdzie indziej. Grady i Neald wędrowali między namiotami i strącali na ziemię broń, gdziekolwiek ją widzieli.
Jednym z powodów, który zdecydował, że wystąpili o odroczenie procesu, była konieczność Uzdrowienia ludzi. Drugim, pewnie znacznie ważniejszym, był fakt, że Perrin chciał dać kowalom i płatnerzom czas na zastąpienie utraconej broni, na wypadek gdyby miało jednak dojść do bitwy. O czym Faile była z każdą chwilą coraz bardziej przekonana.