Skoczek siedział obok niego i też przyglądał się wspaniałej zabudowie. Mówiono, że za jej większość odpowiadają mularze Ogirów. W obliczu tak majestatycznego piękna Perrin z łatwością dałby wiarę tym opowieściom. Mówiono też, że Tar Valon jest jeszcze wspanialsze, co jednak trudno było mu sobie wyobrazić.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał.
„Tutaj śnią ludzie”.
I w świecie jawy faktycznie tak było. Natomiast wilczy sen był pusty. Mimo szalejącej nad głowami burzy, jasno było dostatecznie, żeby uznać, iż jest dzień i na Perrinie dziwne wrażenie sprawiały puste ulice. Gdzie kobiety wracające z targu? Szlachta na koniach? Wozy z beczułkami, ale i worami ziarna? Bawiące się dzieci, kieszonkowcy, robotnicy kładący bruk, przedsiębiorczy handlarze, sprzedający im wszystkim mięsne paszteciki?
Zamiast tego były tylko znaki. Cienie. Upuszczona chusteczka pośrodku ulicy. Drzwi w jednej chwili otwarte, w następnej zamknięte. Zgubiona podkowa w błocie uliczki. Wszystko tak, jakby właśnie ludzie zniknęli, porwani przez Pomora czy jakieś inne stwory z opowieści bardów.
Na mgnienie u jego stóp pojawiła się kobieca postać. Ubrana była w świetną suknię w barwach zieleni i złota. Oczyma zaszłymi mgłą patrzyła przez chwilę w głąb ulicy, po czym zniknęła. W wilczym śnie ludzie od czasu do czasu się pojawiali. Perrin domyślił się, że dzieje się to przez sen, jako część ich normalnych marzeń sennych.
„To miejsce - rzekł Skoczek - nie jest tylko dla wilków. Jest dla wszystkich”.
- Dla wszystkich? - zdziwił się Perrin, siadając na dachówkach.
„Wszystkie dusze znają to miejsce” - potwierdził Skoczek. „Pojawiają się tutaj, kiedy są w stanie go dosięgnąć”.
- Kiedy śnią.
„Tak” - potwierdził Skoczek, kładąc się obok niego. -”Ludzkie sny-strachy mają wielką siłę. Ogromną. Czasami te sny-strachy przychodzą tutaj”. - W tym przesłaniu pojawił się gigantyczny wilk, wielki jak dom, który odrzucał na boki mniejsze wilki, próbujące go kąsać. Otaczała go woń grozy i śmierci. Był niczym… senny koszmar.
Perrin powoli pokiwał głową.
„Wiele wilków padło ofiarą atencji tych snów-strachów. Najczęściej pojawiają się tam, gdzie ludzie, ale później sen potrafi żyć już bez tego, który go wyśnił”.
Skoczek spojrzał Perrinowi w oczy.
„Polowanie na sny-strachy da ci siłę. Ale możesz zginąć. To bardzo niebezpieczne”.
- Nie mam czasu, żeby się troszczyć o własne bezpieczeństwo - powiedział Perrin. - Bierzmy się do roboty.
Skoczek nawet nie zapytał, czy jest tego pewny. Zeskoczył na ulicę, a Perrin poszedł w jego ślady, lądując po chwili miękko na ulicy.
- Gdzie ich szukać? - zapytał Perrin.
„Węsz strach” - przesłał Skoczek. - „Grozę”.
Perrin zamknął oczy, głęboko wciągnął powietrze. Podobnie jak drzwi w wilczym śnie potrafiły być w jednej chwili otwarte, a w drugiej zamknięte, tak czasami dawało się wywęszyć rzeczy, które w jednej chwili były, a w drugiej ich nie było. Nadgniłe zimowe ziemniaki. Łajno przechodzącego konia. Ciasto w piecu.
Kiedy otworzył oczy, oczywiście żadnego ze źródeł tych zapachów w pobliżu nie było. Tak naprawdę w ogóle ich tu nie było, to znaczy były, tylko że nie całkiem. Mogłyby być.
„Tam” - powiedział Skoczek i zniknął. Perrin poszedł za nim i natychmiast pojawił się obok wilka przed wejściem w wąską uliczkę. W jej przestrzeni było trochę zbyt ciemno, żeby przypisać to wyłącznie naturalnym przyczynom.
„Właź” - nakazał Skoczek. -”Za pierwszym razem nie wytrwasz długo. Przyjdę po ciebie. Pamiętaj, tego nie ma. To nieprawda”.
Trochę spłoszony, ale zdeterminowany Perrin ruszył w głąb uliczki. Ściany domów po jej obu stronach były czarne, jakby pomalowane. Tylko, że… na świecie nie było czarnej farby, która tak pochłaniałaby światło. Czy to kępka trawy pod stopą? Niebo nad głową już nie kipiało. Zdało mu się, że widzi prześwitujące gwiazdy. Blady księżyc, zdecydowanie zbyt wielki, wzeszedł znienacka spowity w woal chmur. Ronił srebrną poświatę, zimną jak lód.
Znienacka zorientował się, że jest już poza miastem. Przestraszony rozejrzał się dookoła i zobaczył las. Drzewa miały grube pnie i należały do gatunku, którego nie potrafił rozpoznać. Nagie gałęzie, kora lśniąca delikatnie szarym blaskiem odbitego widmowego światła nad głową i wyglądająca niczym kość.
Trzeba wracać do miasta! Jak najdalej od tego okropnego miejsca. Zawrócił.
Coś rozbłysło pośród nocy. Odwrócił się ponownie.
- Kto tam jest? - krzyknął.
Z mroku w szaleńczym pośpiechu wypadła jakaś kobieta. Odziana była w powłóczystą białą szatę, przejrzystą jak gaza, za plecami powiewały jej długie czarne włosy. Zobaczyła go i zamarła, po chwili odwróciła się z widocznym zamiarem ucieczki w przeciwną stronę.
Perrin nie pozwolił jej na to. Chwycił za rękę i przyciągnął do siebie. Zaczęła się szarpać, stopami ryła bruzdy w ciemnym gruncie. Dyszała ciężko. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Pachniała szaleństwem.
- Muszę się dowiedzieć, jak się stąd wydostać! - z naciskiem powiedział Perrin. - Musimy wracać do miasta.
Spojrzała mu w oczy.
- Nadchodzi - wysyczała. Wyrwała dłoń z jego uścisku i zniknęła w nocy. Ciemność ogarnęła ją niczym całun. Perrin dał krok naprzód, trzymając rękę wyciągniętą przed siebie.
Zza pleców dobiegł go jakiś odgłos. Odwrócił się powoli i zobaczył coś niesamowitego. Górujący nad nim cień, który pochłaniał światło. Obecność istoty zdawała się odbierać oddech, dławić wszelkie życie i wolę.
Istota wyprostowała się i dzięki temu stała jeszcze wyższa. Wyższa od drzew - przygarbiony potwór z rękoma grubymi jak beczki, z twarzą i ciałem skrytym w cieniach. Otworzył ciemnoczerwone oczy i było to tak, jakby dwa wielkie węgle zajęły się ogniem.
„Muszę walczyć!” - pomyślał Perrin i w jego dłoni pojawił się młot. Dał krok naprzód, potem się zawahał. Światłości! Ten stwór był niewyobrażalnie wielki. Nie da się z nim walczyć, przynajmniej nie w otwartym boju. Trzeba się schować.
Odwrócił się i pobiegł przez nieprzyjazny las. Stwór ruszył za nim. Słyszał, jak przedziera się przez las z trzaskiem łamanych gałęzi, pod ciężkimi krokami trzęsła się ziemia. Przed sobą Perrin zobaczył tamtą kobietę. Jej ucieczkę spowalniała cienka biała szata, wplątująca się w gałęzie.
Stwór człapał z tyłu. Przecież zje go, pochłonie, unicestwi!
Perrin krzyknął do kobiety, sięgnął w jej stronę dłonią. Obejrzała się przez ramię i w tym momencie potknęła.
Perrin zaklął. Podbiegł, pomógł jej wstać. Ale stwór był już tak blisko!
A więc walka. Serce biło mu w piersiach w szybkim rytmie lerki dziobiącej drzewo. Odwrócił się, w spoconych dłoniach ściskając stylisko topora, żeby stawić czoło bestii. Stanął między nią a kobietą.
Stwór jeszcze bardziej się wyprostował, stając omalże niepojęty w swym ogromie - czerwone oczy płonęły ogniem. Światłości!
Przecież nie mógł walczyć z czymś takim? Trzeba jakoś zniwelować jego przewagę…
- Co to jest? - desperacko zapytał kobietę. - Dlaczego nas ściga?
- To on - syknęła w odpowiedzi. - Smok Odrodzony.
Perrin zamarł. Smok Odrodzony. Ale… przecież Smok Odrodzony to Rand.
„To koszmar senny” - napomniał się w myślach. „Nic z tego nie jest realne. Nie mogę sobie pozwolić, żeby w nim ugrzęznąć”. Ziemia zadrżała, jęknęła jakby. Czuł żar dobywający się z oczu potwora. Za jego plecami rozległy się odgłosy towarzyszące ucieczce kobiety. Zostawiła go.