Perrin stanął mocno na nogach, mimo iż drżały. Każdy zmysł podpowiadał mu, żeby uciekać. Ale nie. Walczyć też nie będzie. Po prostu nie przyjmie do wiadomości, że potwor jest czymś rzeczywistym.
Rozległo się wycie wilka i po chwili na polanie pojawiła się jego sylwetka. Sama jego obecność z pozoru płoszyła ciemność. Stwór tymczasem nachylił się nad Perrinem, sięgnął mocarną dłonią, jakby chciał go zmiażdżyć.
Znajdował się znowu w uliczce.
W Caemlyn.
To nie było realne.
„Nie było”.
Otaczająca ich ciemność zaczęła się rozpraszać. Gigantyczna sylwetka utkana z mrocznych cieni skręciła się w powietrzu niczym wyżymane płótno. Księżyc zniknął. Pod stopami pojawił się spłachetek czysto miejskiego terenu - zabłocona, zdeptana ziemia uliczki.
I wtedy, w jednej chwili koszmar rozwiał się. Perrin znowu znajdował się w uliczce, Skoczek stał u jego boku. Wokół ani śladu lasu czy monstrualnego stworzenia, które komuś mogłoby się wydawać Smokiem Odrodzonym.
Perrin wypuścił długo wstrzymywany oddech. Pot ściekał mu z czoła. Już uniósł dłoń, żeby go obetrzeć, ale zawahał się i ostatecznie usunął siłą woli.
Skoczek zniknął. Perrin ruszył za nim. Znaleźli się na tym samym dachu, co wcześniej. Usiadł. Na samo wspomnienie tamtego cienia robiło mu się zimno.
- Wydawał się taki prawdziwy - mruknął. - Jakaś część mnie wiedziała, że to koszmar senny. Ale nic nie mogłem poradzić na to, że reszta pragnęła walczyć lub uciekać. A kiedy brałem się do jednego lub drugiego, on stawał się silniejszy, nieprawdaż? Ponieważ tym samym dodawałem mu realności?
„Tak. Nie powinieneś wierzyć w to, co widzisz”.
Perrin pokiwał głową.
- Była tam jedna kobieta. Też część snu? Też nieprawdziwa?
„Tak”.
- Może to ona wyśniła ten sen - zadumał się Perrin. - Ona pierwotnie miała ten koszmar, a potem została przezeń pochwycona i ugrzęzła w Świecie Snów.
„Śniący nie zostają tutaj długo” - przesłał Skoczek. Dla niego był to koniec dyskusji. „Byłeś silny, Młody Byku. Dałeś radę”. - W bijącej od niego woni dawało się wyczuć dumę.
- Pomogło mi, kiedy nazwała stwora Smokiem Odrodzonym. Wtedy zrozumiałem, że to nie dzieje się naprawdę. Przestałem wierzyć w to, co się działo.
„Poradziłeś sobie dobrze, durny szczeniaku” - powtórzył Skoczek. - „Być może będziesz w stanie się nauczyć”.
- Tylko jeśli będę dużo ćwiczył. Musimy to powtórzyć. Znajdziesz następnego?
„Tak” - Skoczek przesłał potwierdzenie. „W pobliżu twojego rodu zawsze są koszmary. Zawsze”. -Jednak mówiąc to, znów odwrócił się ku północy. Wcześniej Perrin uznał, że uwagę Skoczka odwracają sny, ale to nie było to.
- Co tam jest? - zapytał. - Na co wciąż próbujesz zerkać?
„Nadchodzi” - przesłał Skoczek.
- Co?
„Ostatni Łów. Zaczyna się. Albo nie”.
Perrin zmarszczył brwi, podniósł się.
- Chcesz powiedzieć… teraz, w tej chwili?
„Decyzja zapadnie. Wkrótce”.
- Jaka decyzja? - Przesłania Skoczka nierzadko były mylące i trudne do zrozumienia. Światło i ciemność, pustka i ogień, chłód i okropne gorąco. Pomieszane z wilczym wyciem, zewem stada i jego siłą.
„Chodź”. - Z pyskiem zwróconym na północny wschód, Skoczek wstał.
I już go nie było. Perrin zmienił miejsce zaraz za nim i pojawili się obaj w niskich partiach zbocza Góry Smoka, obok kamiennej odkrywki.
- Światłości - szepnął Perrin, patrząc w górę z mieszaniną lęku i podziwu. Burza, która zbierała się od miesięcy, wreszcie się rozszalała. Masywne czarne czoło burzowych chmur przesłaniało niebo, zakrywając już szczyt góry. Monstrualnym wirem ciemności obracało się w powietrzu, roniąc pręgi błyskawic, uderzające w sunące wyżej chmury. Nad pozostałymi partiami wilczego snu, chmury wciąż zdawały się groźne, lecz odległe.
To był… punkt skupienia dla czegoś. Perrin potrafił to wyczuć. Odbicia jawy miały w wilczym śnie częstokroć dziwny, nieoczekiwany charakter.
Skoczek stał na skale. Na całej przestrzeni stoków Góry Smoka, Perrin wyczuwał niezliczone wilki. Było ich więcej nawet niż ostatnio.
„Czekają” - przyszło przesłanie Skoczka. „Nadchodzi Ostatni Łów”.
Kiedy Perrin sięgnął myślą poza siebie, odkrył, że w ich stronę zmierzają kolejne watahy, wciąż odległe, ale z jednym celem: Góra Smoka. Zadarł głowę i objął spojrzeniem monstrualny szczyt. Grobowiec Smoka, Lewsa Therina. Pomnik jego szaleństwa, jego porażki i równoczesnego triumfu. Jego duma i jego ofiara.
- Wilki - powiedział Perrin. - Zbierają się na Ostatni Łów?
„Tak. Jeżeli dojdzie do niego”.
Perrin odwrócił się w stronę Skoczka.
- Powiedziałeś, że tak się stanie.
„Nadchodzi Ostatni Łów”, to twoje słowa.
„Trzeba dokonać wyboru, Młody Byku. Jedna ze ścieżek wiedzie ku Ostatnim Łowom.
- A pozostałe? - zapytał Perrin.
Skoczek nie od razu odpowiedział. Najpierw zwrócił pysk w kierunku Góry Smoka.
„Inne ścieżki nie wiodą ku Ostatnim Łowom”.
- Tak, ale w takim razie ku czemu wiodą?
„Ku niczemu”.
Perrin miał właśnie zadać kolejne pytanie, gdy nagle dotarł do niego pełny sens przesłania Skoczka. „Nic” znaczyło dla wilka puste legowisko, bez szczeniąt zabranych przez myśliwych. Nocne niebo bez gwiazd. Ubywanie księżyca. Woń zastarzałej krwi, zepsutej, zaschłej, odpadającej w płatkach.
Zamknął usta. Niebo wciąż kipiało czarną burzą. Czuł ją na wietrze - woń połamanych drzew i rozrzucanej ziemi, zalanych pól i ogni od piorunów. I jak to się często zdarzało, zwłaszcza ostatnio, wonie te stawały w dramatycznej sprzeczności z otaczającym go światem. Zmysł powonienia mówił mu, że znajduje się w samym środku kroczącej katastrofy, pozostałe zdawały się przekonane, że nic się nie dzieje.
- Ta decyzja. Dlaczego nie podjąć jej od razu?
„To nie nasza decyzja, Młody Byku”.
Perrin poczuł, jak w chmurach nad głową coś go przyciąga. Mimo woli ruszył naprzód, w górę zbocza. Skoczek podskakiwał wokół niego.
„Na górze jest niebezpiecznie, Młody Byku”.
- Wiem - odpowiedział Perrin. Ale nie potrafił się zatrzymać. Zamiast tego przyspieszył, a każdy kolejny krok niósł go odrobinę dalej. Skoczek biegł już przy nim, mijając drzewa, skały, grupki przyglądających się wilków. I tak szli razem w górę, Perrin i Skoczek, aż dotarli do miejsca, gdzie nie było już drzew, a ziemia stała się zimna od mrozu i lodu.
W końcu dotarli do podstaw samej chmury. Wirując, wzbudzała w swoim wnętrzu prądy czarnej mgły. Na jej granicy Perrin zawahał się na chwilę, ale zaraz dał krok do środka. To było niczym wejście w samo centrum koszmaru. Wiatr znienacka stał się nawałnicą, powietrze zatrzeszczało od energii. Wichura ciskała liśćmi, pyłem i żwirem. Musiał osłonić dłonią twarz.
„Nie” - pomyślał.
Wokół niego powstała natychmiast niewielka sfera spokoju. Nawałnica wciąż srożyła się zaledwie kilka cali od jego twarzy. Zmagał się, żeby znowu go nie ogarnęła. Ta burza nie była koszmarem ani snem - to było coś większego i znacznie bardziej realnego. Tym razem to Perrin ze swoją oazą spokoju tworzył nierzeczywistość w obszarze realności.
Szedł dalej naprzód, wkrótce w śniegu zgubił trop. Skoczek pochylony wędrował pod wiatr, który najwyraźniej też dawał mu się we znaki. A przecież był silniejszy od Perrina - a ten ledwie potrafił utrzymać sferę spokoju wokół siebie. Obawiał się, że bez niej zostałby natychmiast pochwycony przez wiatr i ciśnięty w powietrze. Obok niego przelatywały dość grube konary, a czasami nawet niewielkie drzewa.