Выбрать главу

Skoczek zwolnił, usiadł w śniegu. Zadarł w górę łeb, zerknął w stronę szczytu.

„Nie mogę tu zostać” - przesłał. „To nie jest moje miejsce”.

- Rozumiem - powiedział Perrin.

Wilk zniknął, a Perrin podjął swą wędrówkę. Nie potrafił powiedzieć, co go tam ciągnęło, ale wiedział, że musi tam być, aby zaświadczyć. Że ktoś musi to zrobić. Wędrował więc przez czas, który zdawał się rozciągać w godziny, skupiony tylko na dwóch rzeczach: utrzymywaniu wokół siebie ochronnej sfery i stawianiu jednej stopy przed drugą.

Burza szalała coraz gwałtowniej. W pewnym momencie zrobiło się już tak źle, że o żadnej pełnej ochronie nie mogło być mowy i chodziło tylko o minimalizowanie skutków żywiołu. Dotarł do postrzępionej krawędzi w miejscu, gdzie szczyt góry został strzaskany. Ruszył wzdłuż niej, kuląc się w dzikich podmuchach wiatru, który na przemian chciał go cisnąć w przepaść z lewej lub prawej strony. Otulał się szarpanym wściekle ubraniem, zamykał oczy przed pyłem i śniegiem, w które zmieniło się powietrze.

Ale szedł wciąż dalej. Szedł na szczyt, który wznosił się przed nim, wznosił ponad zniszczone zbocze góry. Potworny maelstrom był reakcją wilczego snu na coś wielkiego i okropnego. W tym miejscu rzeczy czasami przybierały bardziej prawdziwą postać niż w świecie jawy. Burza była tu odzwierciedleniem jakiegoś wydarzenia niezwykłej wagi w świecie realnym. Nie mógł się nie zamartwiać, czy to przypadkiem nie jest coś okropnego.

Parł przed siebie, przedzierając się przez śnieg, wspinając na strome skały, odmrażając opuszki palców na zmarzniętych kamieniach. Ale przydawały się wytrwałe ćwiczenia ostatnich kilku tygodni. Przeskakiwał przepaście, których nie powinien był przeskoczyć, wspinał się na skały, które powinny być dlań za wysokie.

Wreszcie dotarł do miejsca, z którego mógł dostrzec postać stojącą na samym szczycie poszarpanego, złamanego wierzchołka góry. I szedł dalej. Ktoś musiał tu być, żeby zobaczyć wszystko. Ktoś musiał tu być, kiedy to się stanie.

Na koniec osunął się ciężko na kolejny kamień, znajdujący nie więcej niż kilkanaście stóp od samego szczytu. Teraz rozpoznawał już tę postać. Mężczyzna stał w samym środku wietrznego wiru i patrzył na wschód, nieruchomy. Jego sylwetka była słabo widoczna i po części przeźroczysta - jeno odbicie realnego świata. Jak cień. Perrin nigdy w życiu nic takiego nie widział.

Rzecz jasna, był to Rand. Perrin od początku wiedział, że tak to się skończy. Jedną ręką przytrzymał się kamienia, na którym siedział, drugą ciaśniej otulił płaszczem. Zamrugał zaczerwienionymi oczami, podniósł wzrok. Znowu większą część uwagi musiał poświęcić na to, żeby wiatr nie porwał go w powietrze.

Znienacka uderzyła błyskawica. Po raz pierwszy, odkąd się zaczął wspinać, usłyszał grzmot. Błyskawica wygięła się w łuk ponad szczytem góry. Jej światło zalało twarz Randa. Twardą, nieruchomą twarz - jakby wyrzeźbioną z otaczającego ich kamienia. Gdzie się podziały jej łagodne rysy? Skąd tyle zmarszczek i twardych krzywizn? I te oczy, jakby wytoczone z marmuru!

Rand miał na sobie kaftan w barwach czerni i czerwieni. Kaftan był znakomicie skrojony i pięknie ozdobiony, przepasywał go pas z mieczem. Wiatr nie wywierał na nim najmniejszego wrażenia. Jego ubranie pozostawało nienaturalnie nieruchome, jak wyrzeźbiona odzież posągu. Wyrzeźbiona z kamienia. Jedynym, co się poruszało, to jego ciemnorude włosy, które wiatr porywał, szarpał, plątał.

Perrin przytulił się do skały tak mocno, jakby jego życie od tego zależało. Zimny wiatr kąsał jego policzki, palce drętwiały i tracił w nich czucie. Broda najeżona była kolcami lodu i skorupą śniegu. Wokół Randa tymczasem gromadziła się wirująca ciemność. Nie była częścią burzy, sprawiała wrażenie ciemności, która sączy się z jego wnętrza. Macki przebijały skórę Randa niczym drobne dłonie, które później odwracały się, żeby ująć go w swym uścisku. Jakby wszelkie zło nagle ożyło.

- Rand! - krzyknął Perrin. - Walcz! Nie daj się! Rand!

Wiatr porwał jego słowa, wątpił zresztą, czy Rand w ogóle by go usłyszał. Ciemność wciąż sączyła się zeń niczym płynna smoła, wypływająca przez otwory w skórze, tworząc czarne jak sadza miazmaty wokół Smoka Odrodzonego. Jeszcze kilka sekund i Perrin już nie będzie właściwie w stanie dostrzec Randa pod powłoką czerni. Ogarniała go, odcinała od świata, tłamsiła. Smok Odrodzony odszedł. Zostało tylko zło.

- Rand, proszę… - szepnął Perrin.

I wtedy - z samego środka tej czerni, z centrum burzy i nieładu - przebiła się przez zło drobna iskierka światła. Niczym płomyk świecy pośród nocy czarnej jak smoła. Iskierka wzniosła się w górę, ku odległemu niebu, niby z oddali widziana latarnia morska. Taka drobna i krucha.

Nawałnica rzuciła się na nią. Wiatr zadął, zawył i wrzasnął. Grom uderzył w szczyt skalistego wierzchołka, podrywając w górę kawałki skały, drąc ziemię. Czerń zafalowała i zaczęła pulsować.

Ale światełko wciąż świeciło.

Skorupa złej czerni pokryła się siatką pęknięć, spod której prześwitywała jasność. Kolejne pęknięcia, następne. W środku było coś silnego, gorzejącego, świetlistego.

Skorupa czerni pękła, rozleciała się na kawałki, a spod nich wychynęła kolumna światła tak jasnego, tak niewiarygodnego, że zdawało się wypalać perrinowe oczy. Niemniej nie odrywał wzroku i nie uniósł dłoni, żeby zakryć twarz przed promienistym obrazem, jaki miał przed sobą. Rand stał w powodzi światła z otwartymi ustami, którymi ciskał wyzwanie niebiosom. Promieniująca czystym światłem słońca kolumna wzniosła się w górę, srożąca się nawałnica zadrżała i całe niebo jakby się przelękło.

Burza skończyła się w jednej chwili.

Kolumna płonącego światła stała się wodospadem słonecznego blasku, który spływał w dół, opromieniając Górę Smoka. Perrin oderwał palce od skały i poruszony do głębi wpatrywał się w Randa stojącego w świetle. Od tak dawna, od tak strasznie dawna Perrin nie widział czystego słonecznego światła.

Po zboczach Góry Smoka poniosło się wilcze wycie. Było to wycie triumfu, spodziewanej chwały i zwycięstwa. Perrin też zadarł głowę do góry i zawył, na moment bez reszty stając się Młodym Bykiem. A równocześnie czuł, jak zalewająca świat kałuża słonecznego blasku powiększa się i zmywa zeń morderczy chłód. Ledwie zorientował się, gdy Rand zniknął, ponieważ słońce zostało.

Wokół Perrina zaroiło się od wilków, pojawiały się znikąd, w pół skoku. I nie przestawały skakać, trącać nosami, bawić się ze sobą, tańcząc i kąpiąc się w słonecznym blasku. Skowytały, szczekały, roztrząsały nosami płachty śniegu. Skoczek był wśród nich. Na widok Perrina uniósł się w powietrze i popłynął w jego stronę.

„Ostatni Łów się zaczyna, Młody Byku!” - krzyczał Skoczek. „Żyjemy. Żyjemy!”.

Perrin odwrócił się plecami do miejsca, gdzie jeszcze niedawno stał Rand. Gdyby tam ciemność go pochłonęła…

Ale nie pochłonęła. Uśmiechnął się szeroko.

- Nadszedł Ostatni Łów! - krzyknął do wilków. - Niech się zacznie!

Zawyły w radosnej zgodzie tak głośno, jak głośno jeszcze przed chwilą srożyła się burza.

31.

W Pustkę.

Mat wziął ostatni łyk wina, rozkoszując się słodkim, chłodnym smakiem. Odstawił pucharek, potrząsnął pięcioma kośćmi w dłoni. Rzucił. Grzechocząc, potoczyły się po drewnianej podłodze.

Powietrze w tawernie wydawało się prawie namacalnie gęste. Gęste od głosów, gęste od przekleństw, gęste od zapachów. Dym, aromatyzowane alkohole i stek tak popieprzony, że ledwie smakował mięsem. Co zresztą chyba wyszło mu na dobre. Nawet w Caemlyn mięso psuło się w najmniej spodziewanych momentach.