Wokół Mata stała trójka niezbyt przyjemnie pachnących mężczyzn i przyglądała się toczącym kościom: od jednego zionęło czosnkiem, od drugiego bił zapach potu, trzeci rozsiewał smród garbarni. Włosy mieli tłuste, brud za paznokciami, niemniej ich pieniądze były tak samo dobre jak każde inne. Gra nazywała się „ślina koronko” i wywodziła się z Shienaru.
Mat nie znał jej reguł.
- Pięć jedynek - powiedział ten, który pachniał czosnkiem. Na imię miał Rittle. Teraz zdawał się zbity z tropu. - Przegrana.
- Nie, nieprawda - cicho stwierdził Mat. Nieważne, że nie znał zasad. Wiedział, że wygrał, czuł to przez skórę. Szczęście go nie opuściło.
To zresztą dobrze. Dzisiejszej nocy będzie mu potrzebne.
Mężczyzna, który pachniał niczym garbarnia, sięgnął do pasa, przy którym wisiał paskudnie wyglądający nóż. Tamci mówili do niego Sadler, a podbródek miał tak ostry, że, wydawałoby się, można by ostrzyć na nim miecze.
- Coś mi się zdaje, że mówiłeś, że nie znasz tej gry, przyjacielu.
- Nie znam - potwierdził Mat. - Przyjacielu. Ale to jest wygrany rzut. Czy naprawdę musimy popytać po sali, żeby ktoś nam to potwierdził?
Trzej mężczyźni popatrzyli po sobie, ich twarze były ponure. Mat wstał. Ściany karczmy były prawie czarne od tytoniowego dymu, który osiadał na nich przez lata, a okna - choć można się było domyślać, że ze znakomitego szkła - właściwie nieprzejrzyste od brudu i sadzy. Tradycja stanowiła, że nigdy ich nie myto. Podniszczony szyld nad drzwiami karczmy miał wymalowane godło koła od wozu, a jej oficjalna nazwa brzmiała „Zakurzone koło”. Powszechnie natomiast mówiono na nią „Koło plotek”, ponieważ było to najlepsze miejsce w Caemlyn dla każdego, kto chciał ich posłuchać. Większość z tych plotek była oczywiście nieprawdziwa, ale na tym właśnie w sporej części polegała zabawa.
Prawie wszyscy klienci karczmy pijali ale, niemniej Mat nabrał ostatnimi czasy upodobania do dobrego czerwonego wina.
- Nalać jeszcze, panie Szkarłatny? - zapytała Kati, dziewka służebna. Była czarnowłosą pięknością o uśmiechu tak szerokim, że rozciągał się chyba na pół drogi do Cairhien. Flirtowała z Matem przez pół nocy. Nieważne, że powiedział jej, iż jest żonaty. Nawet się do niej nie uśmiechał. No, przynajmniej niewiele. I na pewno nie swoim najładniejszym uśmiechem. Niektóre kobiety za nic nie chciały przyjąć do wiadomości, jak to jest, choćby nawet tę prawdę wypisano im na czole, tak już był urządzony ten świat.
Odesłał ją gestem dłoni. Tylko jeden pucharek dzisiaj, dla kurażu. Żeby sczezł, ale naprawdę tego potrzebował. Zrezygnowany zdjął chustę z szyi i odłożył na bok. Wyjął spod koszuli medalion - Światłości, jak dobrze było go mieć z powrotem na szyi - i zawiesił na wierzchu kaftana. Kaftan był nowy, w barwach czerwieni i srebra. Thom mu go kupił.
Wziął do ręki ashandarei, które stało pod ścianą, i zdjął pokrowiec, odkrywając ostrze. Wsparł drzewce na ramieniu.
- Hej, ludzie - oznajmił gromkim głosem. - Czy ktoś w tej przeklętej dziurze wie, jakie są zasady gry w ślinę koronko?
Trzej mężczyźni, z którymi grał, wbili wzrok w broń, potem jeden z nich - Snelle - wstał, włożył kciuki za pasek spodni i odsunął do tyłu poły kaftana, ukazując krótki miecz przy pasie.
Z początku nikt nie zwrócił uwagi na pytanie Mata. Rozmowy dalej toczyły się w najlepsze: opowieści o armii Pograniczników, która przeszła niedaleko miasta, o ciąży królowej, o Smoku Odrodzonym, o tajemniczych albo wcale nie tak tajemniczych zgonach. Każdy miał w zanadrzu plotki, którymi chciał się podzielić. Niektórzy z gości karczmy mieli na sobie ubiory nie lepsze od łachmanów, inni najświetniejszy przyodziewek. Szlachta, gmin i wszystkie pośrednie stany pojawiały się w „Kole plotek”.
Tylko kilku gości przy barze zauważyło wystąpienie Mata, i to pewnie wyłącznie ze względu na donośny głos, jakim się posłużył. Jeden wyraźnie zawahał się i zamrugał, nie wiedząc, co robić. Mat sięgnął dłonią w dół, by zdjąć z blatu stołu swój czarny kapelusz o szerokim rondzie, po czym nasadził na głowę. Mężczyzna przy barze szturchnął swego kolegę. Spocony łysol, z którym Mat grał w kości, uniósł dłoń do podbródka i zaczął się w namyśle drapać; wyglądał, jakby próbował sobie coś przypomnieć.
Snelle uśmiechnął się do Mata.
- Wychodzi na to, że jakoś nikt nie ma tu nic do powiedzenia, przyjacielu. Moim zdaniem nie masz innego wyjścia, jak nam zaufać. Nie znając reguł, nie powinieneś rzucać. Teraz nam zapłacisz albo…
W tym momencie oczy Rittle’a otworzyły się jak szeroko, wstał pospiesznie i ujął przyjaciela za rękę. Pochylił się do jego ucha, wyszeptał coś. Snelle spojrzał na medalion Mata. Potem powędrował wzrokiem odrobinę wyżej i popatrzył mu w oczy.
Mat pokiwał głową.
- Wybacz nam - powiedział Rittle, szybko odchodząc.
Pozostali poszli za jego przykładem. Na podłodze zostały kości i monety.
Mat spokojnie przyklęknął, zgarnął monety i wsunął do sakiewki. Kości zostawił. Były sfałszowane w taki sposób, żeby jak najczęściej wypadały trójki. Zorientował się w tym wcześniej, podczas obserwacji kilku kolejek, zanim postawił pieniądze.
Szepty poniosły się po wspólnej sali karczmy niczym rój mrówek obłażących trupa. Krzesła zaskrzypiały. Rozmowy zmieniły rytm: jedne przycichły, inne stały się bardziej naglące.
Mat podniósł się, żeby wyjść. Ludzie pospiesznie schodzili mu z drogi.
Zostawił złotą koronę na kontuarze baru, przyłożył dłoń do ronda kapelusza, żegnając się z Hatchem, karczmarzem. Tamten stał spokojnie za barem, polerując szkło. Jego żona znajdowała się obok. Naprawdę śliczna, pomyślał Mat, ale wiedział, że Hatch trzyma pod barem specjalna pałkę na tych, którzy przyglądają się jej zbyt długo. Więc tylko obrzucił ją przelotnym spojrzeniem.
Następnie ściągnął ze stolika czarną chustę i upuścił na podłogę. Tak czy siak była dziurawa. Wyszedł w noc i w tym samym momencie kości przestały się toczyć w jego głowie.
Czas wziąć się do roboty.
Znalazł się na ulicy. Cały wieczór spędził z odkrytym obliczem. Pewien był, że co najmniej kilkukrotnie został rozpoznany, bo o co innego mogło chodzić ludziom, którzy na jego widok natychmiast, bez słowa wyślizgiwali się w noc? Teraz obejrzał się przez ramię i w drzwiach oraz oknach gospody dostrzegł sylwetki i twarze gapiów.
Próbował pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, jakby ich spojrzenia były nożami wbijającymi się w jego plecy. Światłości, zdawało mu się - naprawdę - że jego głowa wciąż tkwi w tamtej pętli! Odruchowo uniósł dłoń i pod palcami wyczuł bliznę przecinającą szyję. Nie pamiętał, ile już minęło czasu, odkąd ostatnio występował z odkrytą szyją. Nawet w łóżku z Tylin zazwyczaj nie zdejmował chustki.
Dzisiaj jednak zatańczy z Widmowym Jakiem. Przywiązał medalion do ashandarei w taki sposób, że przylegał do płazu klingi krawędzią, wystając poza ostrze. Stwarzało to pewne wymagania szermiercze - aby medalion trafiał w ciało przeciwnika, Mat będzie musiał często uderzać płazem - ale i tak dzięki temu zwiększy zasięg operowania nim w stosunku do sytuacji, w której musiałby wymachiwać trzymanym na rzemieniu.
Medalion na miejscu - wybrał kierunek i ruszył przed siebie. Znajdował się w Nowym Mieście, w którym dominowała zabudowa wzniesiona ludzką ręką, w przeciwieństwie do reszty miasta, które wznieśli Ogirowie. Budynkom nie można było nic zarzucić, tyle że - wąskim, niskim i ścieśnionym - daleko było do wspaniałości tamtych.
Pierwszy zamach na jego życie nastąpił na następnej przecznicy od „Koła plotek”. Czterech ich było. Gdy tylko na niego ruszyli, z pobliskiej uliczki wyskoczył oddział cieni z Talmanesem na czele. Mat ruszył w stronę zabójców, którym na widok jego żołnierzy wyraźnie zabrakło animuszu. Nie minęło wiele czasu, nim tamci rzucili się do bezładnej ucieczki, a Mat podziękował Talmanesowi skinieniem głowy.