Po chwili żołnierze Legionu znów roztopili się w ciemnościach, a Mat ruszył swoją drogą. Szedł wolno, wspierając ashandarei na ramieniu. Jego żołnierze mieli rozkazy nie ujawniać się, póki nie zostanie zaatakowany.
W ciągu najbliższej godziny konieczność taka pojawiła się trzykrotnie, z każdym razem liczebność napastników rosła. Ostatnia potyczka faktycznie się odbyła, ale uliczne zbiry nie stanowiły żadnej konkurencji dla wyszkolonych żołnierzy, choćby nawet mroczne ulice były im domem. Skutkiem czego pięciu dało głowę, a tylko jeden żołnierz Legionu został ranny. Mat odesłał Harvella - bo to o niego chodziło - pod opieką dwóch ludzi do obozu.
Robiło się coraz później. Mat zaczynał już się martwić, czy przypadkiem następnej nocy nie będzie musiał powtarzać przedstawienia i wtedy zobaczył coś przed sobą na ulicy. Kamienie bruku były mokre od wieczornej mgły, która spłynęła nieco wcześniej na miasto. Przeglądał się w nich zamazany sierp księżyca.
Mat przystanął i opuścił broń. W mroku nie dawało się wyróżnić szczegółów stojącej przed nim postaci, niemniej coś w tym, jak stała…
- Wymyśliłeś sobie, że zastawisz na mnie zasadzkę? - zapytał gholam, a w jego głosie zdawało się brzmieć coś na kształt rozbawienia. - Pomóc ci mają twoi ludzi, których tak łatwo rozpruć i wycisnąć, którzy tak łatwo umierają, omalże pod dotknięciem?
- Zmęczyła mnie ta ucieczka - głośno odpowiedział Mat.
- A więc przyszedłeś oddać się w moje ręce. Cóż za łaskawość.
- Nie ma sprawy - zgodził się Mat, zniżając ostrze ashandarei, na mgnienie poświata księżycowa zalśniła w medalionie. - Tylko uważaj, żeby się nie pokaleczyć.
Stwór ruszył naprzód, a ludzie Mata zapalili przyniesione latarnie. Zapalone postawili na ziemi, potem odsunęli się i tylko kilku pobiegło przekazać wiadomość. Mieli wyraźne rozkazy, aby pod żadnym pozorem nie interweniować. Dzisiejsza noc musiała pod tym względem okazać się próbą siły przysiąg, jakie mu składali.
Mat stanął mocno na nogach i czekał na napastnika. Tylko jakiś bohater z opowieści bardów rzucałby się na taką bestię, a on nie był żadnym przeklętym bohaterem. Z drugiej strony przykazał swoim ludziom, żeby zabezpieczyli teren przed przypadkowymi przechodniami, żeby nikomu nic się nie stało i żeby nikt nie spłoszył gholam. Ale to nie był żaden heroizm. Chociaż być może była to głupota.
Gholam poruszał się płynnymi ruchami. W świetle latarń jego sylwetka ciskała cienie na ściany domów. Mat wykonał szeroki zamach ashandarei, ale potwór odtańczył w bok z łatwością, unikając ciosu. Krwawe popioły, ależ jest szybki! Sięgnął naprzód dłonią, w której trzymał nóż i odtrącił odrobinę na bok czubek glewii.
Mat cofnął broń, nie chcąc, aby potwór przez przypadek odciął medalion. Tamten zaś okrążał Mata, więc ten obracał się w ślad, utrzymując pozycję wewnątrz kręgu latarń. Na wspomnienie mrożących krew w żyłach scen z wąskiej alejki w Ebou Dar, która omalże nie stała się przyczyną jego śmierci, od początku zdecydował się na stosunkowo szeroką ulicę.
Bestia płynnym ruchem przysunęła się bliżej. Mat sparował cios, wciągając ją do półdystansu. Omalże się nie przeliczył, jednak udało mu się na czas skręcić ashandarei, żeby trafił gholam płazem broni. Medalion zasyczał, dotykając skóry na ręce stwora.
Gholam zaklął i cofnął się odruchowo. Migotliwe światło latarń wyławiało z mroku jego oblicze, malując je plamami światła i ciemności. Znów się uśmiechał, mimo dymiącej ręki. Wcześniejszy pojedynek zostawił w pamięci Mata wizję twarzy pozbawionej całkowicie rysów charakterystycznych, jednak w nierównym świetle - i z tym uśmiechem - nabierała ona doprawdy przerażającego wyrazu. Zdawała się bardziej regularna, a w odbitym sztucznym świetle oczy jarzyły się niby dwa płomienie, otoczone cieniami oczodołów.
Za dnia bez wyrazu, w nocy czysta groza. Ta istota zarżnęła bezradną Tylin. Mat zgrzytnął zębami. I zaatakował.
Nie był to mądry ruch. Gholam był szybszy od niego, poza tym Mat nie miał pojęcia, czy medalion naprawdę okaże się dlań groźny. Niemniej zaatakował. Zaatakował, ponieważ miał w pamięci Tylin i innych ludzi, którzy padli ofiarą tego koszmaru. Zaatakował, ponieważ nie widział innego wyjścia. Bo, kiedy chce się wiedzieć, ile człowiek jest wart, wystarczy przyprzeć go do muru i zmusić do walki o życie.
A teraz Mat właśnie był przyparty do muru. Skrwawiony, zadręczony. Wiedział, że stwór prędzej czy później go znajdzie - albo, co gorsza, znajdzie Tuon lub Olvera. To była właśnie taka sytuacja, w której każdy rozsądny człowiek by uciekał. On zaś okazał się cholernym głupcem. Zostać w mieście tylko dlatego, że się złożyło obietnicę Aes Sedai? Cóż, jeśli przyjdzie umierać, niech się to chociaż stanie z bronią w ręku.
Zmienił się więc w wir błyszczącej stali, twardego drewna i krzyku. Gholam, ewidentnie zdumiony, naprawdę cofnął się kilka kroków pod jego atakiem. Mat trafił ashandarei w rękę tamtego - znowu zaskwierczało przypalane mięso - zawirował i mocnym ciosem wytrącił sztylet z jego palców. Stwór próbował odskoczyć, lecz Mat nie dał mu czasu, tym samym płynnym ruchem wbijając drzewce glewii między nogi monstrum.
Gholam upadł. Wprawdzie nie stracił płynności ruchów i nie runął jak długi - ale przecież upadł. Gdy gramolił się na nogi, Mat ciął ostrzem ashandarei kostkę stwora. O mało co nie udało mu się przeciąć ścięgna, a gdyby stwór bardziej przypominał istotę ludzką, już byłoby po walce. Zamiast tego przeciwnik padł, nie skrzywiwszy się nawet z bólu, a z rozcięcia nie wyciekła nawet kropla krwi.
Zebrał się w sobie, rzucił na Mata z wyciągniętymi pazurami. Teraz on musiał się cofać, broniąc wymachami ashandarei. Potwór szczerzył się do niego.
A potem, znienacka, odwrócił się i uciekł.
Mat zaklął. Czy coś go przestraszyło?
Nie, on nie uciekał. Rzucił się na jego ludzi!
- Odwrót! - zawołał Mat. - Do tyłu! Żebyś sczezł, przeklęty potworze. Tu jestem! Walcz!
Żołnierze Legionu posłuchali rozkazu i rozproszyli się. Jedynie Talmanes zwlekał, a wyraz twarzy miał ponury. Gholam zaśmiał się, ale nie ścigał żołnierzy. Zamiast tego wziął się za światła. Kopnął pierwszą latarnię, która zamigotała i zgasła, a potem ruszył kręgiem i gasił jedną po drugiej, póki ulicy nie zaczęły ogarniać ciemności.
„Krwawe popioły!” - ryknął w duchu Mat, ścigając potwora. Jeżeli uda mu się zgasić wszystkie, to przy grubej powłoce chmur nad głową trzeba będzie walczyć w całkowitym mroku!
Talmanes, brawurowo ignorując własne bezpieczeństwo, skoczył naprzód i porwał jedną z latarń. Pobiegł z nią w głąb ulicy. Gholam ruszył za nim, Mat zaklął.
Nie miał innego wyjścia jak pospieszyć w tamtą stronę. Talmanes wyprzedzał potwora, ale gholam był naprawdę szybki. Omalże go nie dopadł. Na szczęście Talmanes zorientował się w ostatniej chwili, skoczył w bok i stanął tyłem do jakichś schodów. Potwór zaatakował, a Talmanes zatoczył się do tyłu. Mat już z całych sił pędził mu na ratunek.
Latarnia wyleciała z palców Talmanesa i rozlała płonącą oliwą po froncie budynku. Suche drewno zajęło się od razu. W językach ognia oliwnego pożaru ukazała się znów sylwetka gholam. Skoczył…