Tymczasem obok Mata, jakby znikąd pojawiła się Sumeko. Krępa Kuzynka miała długie czarne włosy, otaczała ją wyniosła atmosfera: oto kobieta, która nie da sobą pomiatać. Zorientował się, że musiała stać tuż wewnątrz bramy, obok wejścia, żeby nie było jej widać z korytarza. Musiała tam być, żeby zawiadywać białą platformą, przypominającą zresztą z wyglądu ogromną księgę. Spojrzała na niego spod uniesionych brwi.
- Dzięki za stworzenie bramy - powiedział Mat, opierając drzewce ashandarei na ramieniu; koniec wciąż tlił się lekko. Sumeko otworzyła swój koniec bramy w pałacu, potem wykorzystała ją, żeby Przemknąć do tego miejsca i stworzyć drugie wyjście w korytarzu domu stanowiącego ostatnią scenę walki między Matem a gholam. Planując ten podstęp, przyjęli, że dzięki temu gholam być może nie wyczuje przenoszonej Mocy.
Sumeko parsknęła. Razem wyszli z wnętrza bramy na korytarz budynku. Kilku żołnierzy Legionu już uwijało się żwawo przy gaszeniu pożaru. W momencie, gdy brama zamknęła się, do Mata podbiegł Talmanes w towarzystwie kolejnej kobiety z Rodziny imieniem Julanya.
- Myślisz, że ta ciemność naprawdę jest bezkresna? - zapytał Mat.
Julanya była pulchną, śliczną kobietą, która pięknie wyglądałaby u niego na kolanach. A przetykane siwizną włosy żadną miarą nie odbierały atrakcyjności temu obrazowi.
- Jeśli tylko jestem w stanie stwierdzić, to tak - odpowiedziała Sumeko. - O mało co nie wyszłaby z tego piękna katastrofa, Matrimie Cauthon. Potwór w ogóle nie wydawał się zaskoczony obecnością bramy. Myślę, że i tak wyczuł dzieło Jedynej Mocy.
- Mimo to, zgodnie z planem, udało mi się go zepchnąć z platformy - upierał się Mat.
- Ledwo ci się udało. Naprawdę powinieneś pozwolić nam się nim zająć.
- Nic by z tego nie wyszło - stwierdził Mat, biorąc z rąk Talmanesa zmoczoną w wodzie chustkę. Sumeko zerknęła na zranioną rękę. Mat zauważył jej spojrzenie, ale nie poprosił o Uzdrowienie kontuzji. Czyste rozcięcie, z pewnością ładnie się zagoi. Może nawet zostanie po nim atrakcyjna blizna. Blizny podobały się większości kobiet, póki oczywiście nie znaczyły twarzy. Cóż Tuon mogła sobie o nich myśleć?
Sumeko znowu parsknęła.
- Męska duma. Nie zapominaj, że nasi ludzie też padli ofiarą potwora.
- Pamiętam, i jestem szczęśliwy, że mogłem pomóc wam wziąć na nim pomstę - zgrabnie odpowiedział Mat. Uśmiechnął się do niej, choć oczywiście miała rację i cała rzecz omalże nie zakończyła się katastrofą. Pewien był też, że gholam wyczuł Kuzynkę po drugiej stronie drzwi, zanim zdecydował się w nie wejść. Na szczęście, zapewne był przyzwyczajony do potrafiących przenosić kobiet i nie traktował ich jako zagrożenia.
Talmanes podał Matowi oba medaliony, które wcześnie w ogniu walki spadły na podłogę. Ten wepchnął je do kieszeni kaftana, a potem odwiązał trzeci od ostrza ashandarei i zawiesił na szyi. Kuzynki przyglądały się wszystkim trzem z drapieżnym błyskiem w oczach.
Cóż, mogą sobie robić, co chcą. Jeden medalion przeznaczony był dla Olvera, drugi otrzyma Tuon, o ile oczywiście uda mu się ją znaleźć.
W tej samej chwili do budynku wszedł kapitan Guybon, zastępca Birgitte.
- Bestia zgładzona?
- Nie - przyznał Mat - ale skutek ten sam i kontrakt z koroną można uznać za wypełniony.
- Kontrakt z koroną? - zdziwił się Guybon, marszcząc czoło. - Poprosiłeś królową o pomoc w tym przedsięwzięciu. Ale nie było to objęte żadnym kontraktem.
- W rzeczy samej - zaczął Talmanes i odkaszlnął znacząco - to właśnie uwolniliśmy miasto od groźnego mordercy, którego działalność, wedle ostatnich szacunków, pochłonęła co najmniej dwanaście ludzkich żywotów. Przypuszczam więc, że należy nam się premia za udział w walce. - Wszystko to powiedział z całkowicie nieruchomym obliczem. Niesamowite.
- Cholerna racja - dodał Mat. Zgrabnie: wyeliminować gholam i jeszcze wziąć za to pieniądze. Perspektywy jutrzejszego dnia zarysowały się znienacka bardziej świetlane. Rzucił zakrwawioną chustkę Guybonowi i odszedł, zostawiając Kuzynki przyglądające się całej scenie z zaplecionymi na piersiach ramionami i wyrazami niesmaku na twarzach. Jak to jest, że kobieta może się gniewać na mężczyznę, mimo iż zrobił on dokładnie to, co powiedział, nadstawiając przy okazji karku?
- Przepraszam za ten pożar, Mat - tłumaczył się Talmanes. - Nie zamierzałem upuścić latarni. Wiem, wiem, miałem go tylko zwabić do środka.
- Ostatecznie wyszło wszystko na dobre - pocieszył go Mat, przyglądając się czubkowi drzewca ashandarei. Szkoda była niewielka.
Nie mieli pojęcia, gdzie - i czy w ogóle - gholam go zaatakuje, lecz Guybon dobrze wywiązał się ze swojej części zadania, najpierw usunąwszy wszystkich z okolicznych budynków, a potem przygotowując korytarz, do którego Kuzynka mogła otworzyć bramę. A potem przez żołnierza Legionu dał Talmanesowi znać, o jakie miejsce chodzi.
Cóż, pomysł Elayne i Birgitte - ponieważ to one wymyśliły fortel z bramą - zadziałał, nawet jeśli nie do końca zgodnie z planem. Tak czy siak, był znacznie lepszy niż wszystko, co zdołał wymyślić Mat, który i tak nie wpadł na nic innego niż manewr polegający na wciśnięciu gholam jednego z medalionów do gardła.
- Chodźmy po Setalle i Olvera - zaproponował Mat. - Gdzie jest ta ich karczma? A potem prosto do obozu. Koniec zabaw na dzisiaj. I rychło, cholera, w czas.
32.
Burza światłości.
Miasto Maradon płonęło. Poskręcane kolumny dymu biły w niebo znad dachów kilkunastu domów. Dzięki przemyślanej urbanistyce pożar nie szerzył się zbyt szybko, niemniej na razie nie znalazł się sposób, aby go powstrzymać. Drewno i ludzkie życia. Razem szły na jego pastwę.
Ituralde przykucnął wewnątrz zniszczonego budynku. Po lewej stronie miał stertę gruzu, po prawej mały oddział Saldaean. Pałac opuścili tuż po wczesnym etapie walk, potem zalało go mrowie Pomiotu Cienia. Wycofując się, zostawił w pałacu całą oliwę, jaką dało się w mieście znaleźć, Asha’mani podpalili ją z daleka, zabijając setki Trolloków i Pomory schwytane wewnątrz.
Zerknął w okno wychodzące z aktualnej kryjówki na ulicę. Przed chwilą, gotów byłby przysiąc, że zobaczył na zewnątrz skrawek czystego nieba, jednak popiół i dym zasnuwające powietrze uniemożliwiały stwierdzenie tego z całą pewnością - sąsiedni budynek płonął tak gwałtownie, że odczuwało się żar przez ścianę z kamienia.
Dym i ogień były jego dziełem. Na polu bitwy właściwie wszystko można wykorzystać, żeby zapewnić sobie przewagę nad wrogiem. W tym wypadku wystarczyło przekonać Yoeliego, że miasto jest stracone i nie warto go bronić. Że lepiej zamienić je w martwe pole.
Ulice miasta tworzyły labirynt, w którym Ituralde orientował się przy pomocy Saldaean, a którego jego wrogowie nie znali. Każdy dach stał się wzniesieniem, z którego można było razić wrogów, każda uliczka tajemną drogą ucieczki, każdy otwarty plac potencjalną zasadzką.
Trolloki i ich dowódcy popełnili błąd. Założyli na wstępie, że Ituralde będzie chciał chronić miasto. Źle go ocenili. Zależało mu tylko na tym, żeby zadać im jak największe straty. Więc wykorzystał ich błąd w ocenie przeciwko nim. Tak, wielka była ich armia. Ale każdy człowiek, który choć raz w życiu zmagał się z plagą szczurów, wiedział, że rozmiar broni, z jaką się na nie szło, nie miał większego znaczenia, póki szczury mogły się gdzieś schować.
Przed budynkiem, w którym siedział, szedł w rozsypce oddział Trolloków. Warczały na siebie, nerwowo przestępowały z nogi na nogę. Niektóre próbowały węszyć, ale dym skutecznie tłumił wszelkie zapachy. Zupełnie nie zorientowali się, że w pobliskim budynku, tuż przy wejściu, ukrywa się Ituralde ze swoim oddziałem.