Выбрать главу

Za wzgórzem z przełęczy wylewała się niewiarygodna armia Trolloków, wielokrotnie przewyższająca liczebnością siły, które szturmowały Maradon. Kolejne fale potwornej czerni zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

- Musimy się stąd wynosić - powiedział Bashere, opuszczając szkło powiększające. - Natychmiast.

- Światłości! - szepnął Ituralde. - Jeżeli ta armia przejdzie przez nas, nie będzie nic, co by mogło ją powstrzymać, ani w Saldaei, ani w Andorze, ani w Arad Doman. Proszę, powiedzcie mi, że Lord Smok zawarł pokój z Seanchanami, jak mi obiecał?

- Zarówno w tej sprawie - odezwał się cichy głos za ich plecami - jak i w wielu innych zawiodłem.

Ituralde odwrócił się gwałtownie, odejmując szkło od oka. Do komnaty wszedł wysoki mężczyzna o rudych włosach, człowiek, na którego widok Ituralde odniósł wrażenie, że nigdy go nie spotkał, choć przecież rysy miał znajome.

Rand al’Thor się zmienił.

Smok Odrodzony rozsiewał wokół siebie atmosferę tej samej pewności siebie. Ta sama wyprostowana postawa rzucała się w oczy, to samo wyczuwało się odeń oczekiwanie - że wszyscy będą wypełniać jego rozkazy. A jednak równocześnie wszystko wyglądało jakby inaczej. Sposób, w jaki się trzymał, nie sprawiał już podejrzanego wrażenia. Zatroskany wzrok, jaki wbił w oczy Ituralde…

Te oczy, chłodne i pozbawione uczuć, ongiś przekonały go, że warto iść za tym człowiekiem. Te oczy też się zmieniły. Za pierwszym razem Ituralde nie znalazł w nich mądrości.

„Nie zachowuj się jak wełnianogłowy głupiec” - napomniał się w myślach. „Nie poznasz mądrości człowieka, jedynie patrząc mu w oczy”.

A jednak przekonany był, że potrafi.

- Rodelu Ituralde - ciągnął dalej al’Thor, podchodząc bliżej i kładąc mu ręce na ramionach. - Zostawiłem ciebie i twoich ludzi w beznadziejnej sytuacji, wobec liczebnej przewagi wroga. Proszę, wybacz mi.

- Sam dokonałem tego wyboru - zaprotestował Ituralde. Dziwne, ale czuł się znacznie mniej zmęczony niż jeszcze chwilę temu.

- Przeprowadziłem inspekcje twoich oddziałów - mówił al’Thor. - Tak niewielu żołnierzy ci zostało, poranionych, wycieńczonych. W jaki sposób udało ci się utrzymać to miasto? Dokonałeś tu prawdziwego cudu.

- Zrobiłem, co trzeba było zrobić.

- Musiałeś stracić przyjaciół…

- Ja… Tak. - Co innego można było tu odpowiedzieć? Każda lekceważąca tę stratę wypowiedź byłaby dyshonorem dla ich pamięci. - Wakeda zginął dzisiaj. Rajabi… cóż, dopadł go draghkar. Ankaer. Wytrwał przy mnie do dziś popołudnia. Nigdy się nie dowiedział, dlaczego ten trębacz zagrał wcześniej. Rossin zajmował się tą sprawą. Też nie żyje.

- Musimy zarządzić odwrót z miasta - wtrącił Bashere naglącym głosem. - Przykro mi, człowieku. Maradon jest stracone.

- Nie - cicho odparł al’Thor. - Cień nie zdobędzie tego miasta. Nie po tym, przez co przeszli ci ludzie. Ja na to nie pozwolę.

- Sentyment jak najbardziej godny szacunku - powiedział Bashere. - Ale nie… - Urwał, gdy al’Thor na niego spojrzał.

Te oczy. Takie przenikliwe. Zdawały się omalże płonąc wewnętrznym ogniem.

- Nie zdobędą tego miasta, Bashere - powtórzył al’Thor i nuta gniewu zabrzmiała w jego cichym dotąd głosie. Machnął od niechcenia dłonią i w powietrzu pojawiła się pręga światła, która zaraz otworzyła się bramą. Znienacka łomot bębnów i krzyki Trolloków zdały się jakby bliższe. - Zmęczyło mnie już to bezsilne przyglądanie się, jak zabija moich ludzi. Odwołaj żołnierzy.

Z tymi słowy al’Thor przeszedł przez bramę. Dwie Panny Włóczni Aielów pospiesznie wbiegły do pomieszczenia. Al’Thor przytrzymał bramę na tyle długo, żeby mogły przeskoczyć na drugą stronę. Potem zniknęła.

Bashere wyglądał na zupełnie ogłuszonego tym, co się przed chwilą wydarzało. Trwał bez ruchu z na poły otwartymi ustami.

- Niech go! - powiedział na koniec, odwracając się z powrotem do okna. - Przecież miał już nie robić takich rzeczy!

Ituralde dołączył do Bashere i uniósł do oka własne szkło powiększające. W oddali zobaczył al’Thora, jak idzie po stratowanej ziemi, w brązowym płaszczu, a jego śladem ciągną dwie Panny. Zdało mu się, że słyszy odgłosy wycia Trolloków. Rytm bębnów przyśpieszył. Zobaczyli trójkę samotnych ludzi.

Troloki ruszyły naprzód, szarżą przez pole. Setki. Tysiące.

Ituralde jęknął. Bashere zaczął się cicho modlić.

Al’Thor uniósł dłoń, a potem wyciągnął ją - rozwartą - w stronę, z której płynęła nań fala Pomiotu Cienia.

I tamci zaczęli umierać.

W pierwszej kolejności popłynęły strumienie ognia, podobne do tych, jakich używali Asha’mani. Tylko że znacznie potężniejsze. Płomienie orały straszliwym pługiem śmierci szeregi Trolloków. Płynęły tuż nad powierzchnią gruntu, dostosowując się do jego rzeźby, omywając wzgórza, spływając do okopów, wypełniając je białym ogniem, paląc, niszcząc.

Chmary draghkarów wzbiły się w niebo, zanurkowały w kierunku al’Thora. A nad nim powietrze stało się czystym błękitem, z którego eksplodowały odłamki lodu, jakby cała chorągiew łuczników wystrzeliła naraz salwę. Monstra wrzeszczały w nieludzkiej agonii, truchła spadały na ziemię.

Wybuchły światło i Moc, a ich źródłem był Smok Odrodzony. Siły miał tyle, co cała armia Aes Sedai. Pomiot Cienia ginął tysiącami. Jedna po drugiej pojawiały się bramy śmierci, pełznąc nisko nad ziemią, zabijając setki.

Asha’man o imieniu Naeff, który stał obok Bashere, westchnął ciężko. Z trudem łapał oddech.

- Nigdy w życiu nie widziałem tylu splotów naraz - wyszeptał. - Nawet nie potrafię ich wszystkich zauważyć. Ten człowiek jest jak burza. Burza Światłości i strumieni Mocy!

Nad miastem zaczynały się gromadzić chmury, porywał je wir.

Wiatr się zerwał, zawył, z nieba spłynęła błyskawica. W łomocie grzmotów zagubił się odgłos bębnów, którymi Trolloki na próżno zagrzewały się do ataku na al’Thora, na próżno gramoliły po stosach trupów swoich pobratymców. Wirujące nad głowami białe chmury skrzepły w czarną, kipiącą nawałnicę, zlały się z nią. Wicher szalał wokół al’Thora, szarpiąc brązowy płaszcz.

Jego samego zdawała się otaczać poświata. Czy była to tylko łuna ognistych zagonów, czy może żar błyskawic? Al’Thor wydawał się jaśniejszy od nich wszystkich, gdy tak trwał z dłonią wyciągniętą przeciwko Pomiotowi Cienia. Jego Panny Włóczni przykucnęły obok, z oczyma wbitymi przed siebie, z ramionami pochylonymi pod szalejący wicher.

Chmury wirujące wokół siebie wirami sięgały w masy Trolloków, omiatając wzgórza, porywając stwory w powietrze. W miejscu gdzie przeszły, wytryskały ku górze fontanny ciała i ognia. Bestie spadały potem na ziemię, na swoich towarzyszy. Ituralde obserwował to wszystko zdjęty grozą, czuł przeszywające go dreszcze. Wydawało się, że samo powietrze przepojone jest mocą.

Gdzieś niedaleko rozległ się czyjś krzyk. Krzyczał ktoś w budynku, w jednym z przylegających pomieszczeń. Ituralde nawet się nie odwrócił od okna. Musiał, po prostu musiał oglądać to piękne, przerażające widowisko zniszczeń sprowadzanych na świat przez Jedyną Moc.

Kolejne fale Trolloków zaczęły się załamywać, bębny zgubiły rytm. Całe legiony zawracały i uciekały, drapiąc się po zboczu wzgórza, depcząc po sobie wzajem, zmykając z powrotem w kierunku Ugoru. Niektóre jednak próbowały dotrzymać pola - zbyt rozwścieczone, zbyt onieśmielone przez tych, którzy nimi dowodzili albo po prostu zbyt głupie, żeby uciekać. Nawałnica zniszczenia osiągnęła chyba swoje apogeum, świetlne pioruny biły unisono z wyciem wiatru, pomrukami palącego płomienia, dzwonieniem lodowych odłamków.