To był majstersztyk. Przerażający, niszczycielski, cudowny majstersztyk. Al’Thor uniósł dłoń ku niebu. Wiatr zawiał jeszcze gwałtowniej, błyskawice uderzyły potężniejsze, ogień rozpalił się jeszcze. Trolloki wrzeszczały, jęczały, wyły. Ituralde przyłapał się na tym, że cały drży.
Al’Thor zamknął dłoń w pięść i wszystko się skończyło. Ostatnie z ciał porwanych wichrem Trolloków sypały się z nieba niczym liście upuszczone przez przelotny wietrzyk. Wszystko umilkło. Ognie pogasły, czarne i białe chmury rozproszyły się, wyjrzało zza nich błękitne niebo.
Al’Thor opuścił dłoń. Pole śmierci przed nim zasłane było stosami trupów. Dymiły dziesiątki tysięcy martwych ciał Trolloków. Bezpośrednio przed al’Thorem makabryczna sterta szerokości stu kroków tworzyła masyw na pięć stóp wysoki - tyle zostało z fali napastników, która omalże go nie dosięgła.
Ile to trwało? Ituralde zorientował się, że nie potrafi określić, jak długo ciągnęło się to wszystko, chociaż spojrzawszy na słońce, doszedł do wniosku, że mogła minąć godzina. Może więcej. Wydawało się, że to tylko sekundy.
- Kto krzyczał? - zapytał Naeff. - Niedaleko stąd, w budynku. Słyszeliście?
Ituralde zmarszczył brwi. Co to było? Przeszedł przez komnatę, a pozostali - włącznie z kilkoma oficerami Bashere - poszli za nim. Reszta, a było ich równie dużo, została w komnacie, ze spojrzeniami wciąż wbitymi w ziemię, która została oczyszczona ogniem i lodem. Dziwne, ale Ituralde nie potrafił dostrzec nawet jednej zwalonej wieży na szczycie wzgórza. Było tak, jakby uderzenia al’Thora trafiały jedynie w Pomiot Cienia. Czy człowiek naprawdę może być tak precyzyjny?
Korytarz na zewnątrz pomieszczenia był pusty, lecz Ituralde miał swoje podejrzenia odnośnie do tego, skąd mógł dochodzić krzyk. Podszedł do drzwi, za którymi miał przebywać lord Torkumen. Bashere otworzył i weszli do środka.
Na pierwszy rzut oka pomieszczenie zdało im się puste. Ituralde poczuł ukłucie strachu. Może tamten jakimś sposobem uciekł? Wydobył miecz z pochwy.
Nie. W kącie koło łóżka kulił się człowiek. Znakomite odzienie miał pomięte, kubrak poplamiony krwią.
Ituralde opuścił miecz.
W oczodołach lorda Torkumena, w miejsce oczu, ziały dziury. Najwyraźniej wydłubał je sobie piórem do pisania - zakrwawiony instrument spoczywał obok na podłodze.
Okno było wybite. Bashere podszedł do niego i wyjrzał na zewnątrz.
- Lady Torkumen leży tam, w dole.
- Wyskoczyła - szepnął Torkumen, chowając twarz w dłoniach. Jego palce pokryte były krwią, a głos brzmiał głucho. - To światło… to potworne światło.
Ituralde zerknął na Bashere.
- Nie mogłem go znieść - mamrotał dalej Torkumen. - Nie mogłem! Wielki Władco, gdzie twoje obietnice? Obiecałeś nas chronić, obiecałeś mnogie armie, które ich zniszczą, obiecałeś miecze, którymi ich posiekamy. Ta Światłość pożarła mi mózg, jak szczury pożerają trupa. Wypaliła mi myśli. Zabiła mnie. To światło mnie zabiło…
- Oszalał - ponuro stwierdził Bashere, klękając obok tamtego. - W sumie lepszy los niż ten, na który zasłużył, jeśli wnioskować z jego bredzenia. Światłości! Mój rodzony kuzyn okazał się Sprzymierzeńcem Ciemności. A ona powierzyła mu władzę nad miastem!
- Co on gada? - wtrącił jeden z kapitanów Bashere. - Jakie światło? Przecież stąd nie mógł widzieć bitwy. Żadne z okien nie wychodzą na tamtą stronę…
- Nie wydaje mi się, aby on mówił o bitwie, Vogeler - stwierdził Bashere. - Chodźmy. Wyobrażam sobie, jak Lord Smok musi być zmęczony. Chciałbym się upewnić, że będzie miał właściwą opiekę.
„To jest to” - myślała Min, postukując paznokciem w stronicę czytanej właśnie książki. Siedziała w ulubionej wnęce okiennej Kamienia Łzy, rozkoszując się chłodną bryzą za oknem. Próbując nie myśleć o Randzie. Wiedziała, że nic mu nie jest, czuła jednak potęgę uczuć, które tak niedawno go zalały. Gniew. Miała nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał się gniewać.
Otrząsnęła się z ponurych myśli. Miała własną pracę. I znowu pojawiły się wątpliwości. Może podążała złym tropem? Może należało wszystko inaczej interpretować? Ponownie przeczytała tajemniczy wers: „Podtrzymują światło w paszczy nieskończonej pustki, a wszystko, czym jest, może być odebrane”.
Spekulacje przerwał jej widok światła, które rozbłysło nagle w komnacie położonej po przeciwnej stronie korytarza. Odłożyła książkę i zeskoczyła z parapetu. Rand był tu! W więzi zobowiązań czuła jego bliską obecność.
Komnaty strzegły dwie Panny Włóczni, głównie po to, aby nikt postronny nie zabłąkał się do środka i nie ucierpiał podczas otwierania bramy. Z właśnie otwartej, przez którą Podróżował Rand, powiał silny zapach dymu, a w ślad za nim pojawił się sam Rand. Min podbiegła doń. Wyglądał na wykończonego: zaczerwienione oczy, ściągnięte rysy twarzy. Z westchnieniem oparł się o ścianę, po czym pozwolił zaprowadzić do najbliższego krzesła.
- Co się stało? - dopytywała się Min, kierując swe słowa do Evasni, Panny, która zaraz za Randem pojawiła się w komnacie. Tamta była chudą kobietą o ciemnorudych włosach, obciętych krótko z dłuższym kosmykiem z tyłu, jak to preferowała większość członkiń jej społeczności.
- Cara’carn ma się dobrze - odpowiedziała Evasni. - Chociaż zachowuje się jak młodzieniaszek, który zawsze przebiegnie jedno okrążenie więcej wokół obozu niż wszyscy pozostali, tylko po to, żeby pokazać, iż potrafi.
- Zdobył dzisiaj wielkie ji - dodała Ifeyina, druga Panna, ale takim tonem, jakby jej wypowiedź stanowiła kolejną odsłonę toczącej się już od jakiegoś czasu dyskusji. Mówiła głosem poważnym.
Rand westchnął znowu, rozsiadł się na krześle. Z bramy wyszedł Bashere, obcasy jego butów zastukały po posadzce. Z dołu Min usłyszała kolejne głosy - to grupę kontuzjowanych żołnierzy ewakuowano przez większą bramę w innym miejscu. Dziedziniec Kamienia zatętnił gorączkową aktywnością. Uzdrowicielki Aes Sedai biegły z pomocą zakrwawionym, brudnym od sadzy mężczyznom.
Zaraz za Bashere pojawił się szczupły Domani w średnim wieku. Rodel Ituralde. Ale wyglądał na znacznie starszego przez ostateczne wymęczenie. Brudna twarz pokryta była skorupą zaschniętej krwi, miał podarte ubranie i nieporządnie założony bandaż na ręce. Rand na szczęście nie miał żadnych widocznych obrażeń. Ubranie czyste, choć niezmiennie upierał się, żeby nosić ten podniszczony brązowy płaszcz. Ale, Światłości, wyglądał na zmęczonego.
- Rand - powiedziała, klękając u jego stóp. - Rand, wszystko w porządku?
- Rozgniewałem się - odpowiedział cicho. - A myślałem, że mam już to za sobą.
Poczuła przeszywający ją dreszcz.
- To nie był gniew bez pamięci, jak mi się to zdarzało wcześniej - tłumaczył Rand. - To nie był gniew niszczący, chociaż zaiste niszczyłem. W Maradon widziałem, co się stało z ludźmi, którzy za mną poszli. Widziałem Światłość w nich, Min. Opór przeciwko Czarnemu, niezależnie od tego, jak głęboki byłby jego cień. „Przeżyjemy”, mówił ten opór. „Nie wyrzekniemy się nadziei, będziemy kochać”. I widziałem, jak się stara, żeby zniszczyć to wszystko. On wie, że jeśli uda mu się złamać tych ludzi, to już będzie coś. Coś więcej od tego, co by stało się w Maradon. Złamać ludzkiego ducha… tego on łaknie. I uderzył teraz znacznie mocniej, niż uczyniłby w innych okolicznościach, ponieważ chciał złamać mojego ducha. - Przy ostatnich słowach głos jego cichł. Otworzył oczy, spojrzał na nią. - I dlatego wystąpiłem przeciwko niemu.