- Dokonałeś rzeczy zdumiewającej - potwierdził Bashere, stając obok Min z ramionami zaplecionymi na piersiach. - Ale sam do końca nie wiem, czy to przypadkiem nie on cię do tego doprowadził?
Rand pokręcił głową.
- Miałem prawo się rozgniewać, Bashere. Nie rozumiesz? Wcześniej starałem się wszystko dusić w sobie. I to było niewłaściwe. Muszę czuć. Musi mnie boleć udręka, śmierć i utrata tych wszystkich ludzi. Muszę nosić to w sobie, żebym nie zapomniał, o co walczę. Zdarzają się chwile, gdy za wszelką cenę potrzebuję wytchnienia w pustce, ale przez to mój gniew nie staje się w mniejszym stopniu częścią mnie samego.
Z każdym słowem w jego głosie brzmiała coraz większa pewność wypowiadanych słów, aż Min w końcu odruchowo zaczęła mu potakiwać.
- Cóż, uratowałeś miasto - stwierdził Bashere.
- Prawie w ostatniej chwili - powiedział Rand. Min poczuła smutek, jaki towarzyszył tym słowom. - Dalej jednak uważam, że moje dzisiejsze działania mogą być pomyłką.
Min zmarszczyła brwi.
- Czemu?
- Zbyt blisko znalazłem się w bezpośredniej konfrontacji z nim - wyjaśnił Rand. - A to musi się stać w Shayol Ghul i dokładnie we właściwym czasie. Nie mogę dać się sprowokować. Bashere ma rację. Nie mogę pozwolić, żeby ludzie myśleli, iż zawsze będę gotów wkroczyć i ich uratować.
- Może i tak… - mruknął Bashere. - Niemniej to, co dziś zrobiłeś…
Rand pokręcił głową.
- Nie mnie toczyć tę wojnę, Bashere. Dzisiejsza bitwa wyczerpała mnie za bardzo. Nie powinienem do tego dopuścić. Gdyby moi wrogowie teraz mnie zaatakowali, byłby ze mną koniec. Poza tym mogę brać udział tylko w jednej bitwie naraz. A to, co nadchodzi, będzie większe od wszelkich konkretnych potyczek tej wojny, będzie większe i bardziej przerażające niż wszystko, czego mógłby obawiać się człowiek. Dam wam organizację, ale w końcu będę musiał was zostawić. To wasza wojna.
Umilkł, a w tej samej chwili Flinn był ostatnim, który wyszedł z bramy, i zamknął ją za sobą.
- Teraz muszę odpocząć - oznajmił cicho Rand. - Jutro spotkam się z twoim bratankiem i resztą Pograniczników, Bashere. Nie mam pojęcia, czego oni mogą ode mnie chcieć, ale ważne jest, aby jak najszybciej wrócili na swoje posterunki. Jeżeli w Saldaei zastałem taką sytuację, i to mimo, iż jeden z wielkich dowódców prowadził jej obronę, wolę nie myśleć, co się dzieje w innych Ziemiach Granicznych.
Min pomogła mu się podnieść.
- Rand - szepnęła. - Cadsuane wróciła i przyprowadziła kogoś ze sobą.
Zawahał się.
- Zabierz mnie do niej.
Min skrzywiła się.
- Nie powinnam o tym wspominać. Musisz odpocząć.
- Odpocznę - zapewnił ją. - Nie martw się.
Wciąż czuła jego skrajne zmęczenie. Ale nie kłóciła się. Wyszli z komnaty.
- Rodelu Ituralde. - Rand zatrzymał się jeszcze na moment w drzwiach. - Podejrzewam, że być może zechciałbyś mi towarzyszyć. Nie potrafię ci się odwdzięczyć za honorowy czyn, który złożyłeś u moich stóp, niemniej mam coś, co mogę ci ofiarować.
Generał Domani pokiwał posiwiałą głową i ruszył za nimi. Rand, opierając się na Min, dotarł do końca korytarza, ta tymczasem martwiła się o niego. Czy naprawdę musiał tak się nadwyrężać.
„Niestety tak, musi”. - Rand al’Thor był Smokiem Odrodzonym. Zanim wszystko się skończy, wykrwawi się do reszty, zostanie wdeptany w ziemię i do cna wykorzystany. W zetknięciu z czymś takim każdej kobiecie opadłyby ręce.
- Rand… - zaczęła i urwała. Obejrzała się przez ramię. Ituralde i kilka Panien szli powoli za nimi. Na szczęście pomieszczenie zajmowane przez Cadsuane nie znajdowało się daleko.
- Nic mi nie będzie - odpowiedział na niezadane pytanie. - Obiecuję. Twoje badania przyniosły może jakieś rezultaty? - Próbował odwrócić jej uwagę od przykrych kwestii.
Nieszczęśliwie się złożyło, że to pytanie trafiło w czułe miejsce.
- Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego Callandor nazywany jest często w proroctwach „przerażającym ostrzem” albo „klingą ruiny”?
- Bo jest tak potężnym sa’angrealem - zasugerował. - Może przez wzgląd na zniszczenia, jakie może sprowadzić na świat?
- Może - powiedziała.
- Myślisz, że chodzi o coś innego.
- Znalazłam taki wers - tłumaczyła Min - w Proroctwie Jendai. Szkoda, że nie wiemy więcej na ten temat. Tak czy siak, powiedziane jest tam, że: „Klinga zwiąże go po dwakroć”.
- Dwie kobiety - powiedział Rand. - Muszę być związany kręgiem z dwoma kobietami, żeby uczynić właściwy użytek z Callandora.
Skrzywiła się.
- Co? - zdziwił się Rand. - Możesz to wreszcie wykrztusić z siebie, Min? Przecież powinienem wiedzieć.
- Znalazłam jeszcze jeden wers, w Cyklu Karaethońskim. Tak czy siak, myślę, że Callandor może mieć jeszcze inne skazy. Myślę, że może… Rand, wydaje mi się, że jeśli weźmiesz go do ręki, staniesz się słaby, podatny na atak.
- Być może więc dlatego właśnie zginę.
- Nie zginiesz - protestowała Min.
- Ja…
- Przeżyjesz to, pasterzu - upierała się. - Ja już o to zadbam.
Uśmiechnął się do niej. Jego uśmiech był tak zmęczony.
- Omalże gotów jestem ci uwierzyć, Min. Być może to nie wokół mnie Wzór się układa, lecz wokół ciebie. - Odwrócił się w drugą stronę i zastukał do drzwi, przed którymi stanęli.
Drzwi uchyliły się, w szparze ukazała się twarz Merise. Zmierzyła Randa wzrokiem od stóp do głów.
- Wyglądasz, jakbyś ledwo był w stanie utrzymać się na nogach, al’Thor.
- I tak właśnie się czuję - odparł. - Cadsuane jest u siebie?
- Zrobiła to, o co ją prosiłeś - stwierdziła Merise. - W której to kwestii, jeśli wolno mi coś powiedzieć, okazała się znacznie bardziej skłonna iść ci na rękę niż ty…
- Wpuść go, Merise - rozległ się ze środka głos Cadsuane.
Merise zawahała się wyraźnie, po czym obrzuciła Randa jeszcze jednym wściekłym spojrzeniem, aż w końcu otworzyła drzwi na całą szerokość. W środku Cadsuane siedziała na fotelu nachylona ku starszej kobiecie o długich siwych włosach spływających na ramiona. Najwyraźniej rozmawiały. Jej interlokutorka odziana była iście po królewsku, jej oblicze zdobił wydatny nos.
Rand wszedł do środka. Przechodząc przez próg, usłyszał, jak za jego plecami ktoś głośno wciągnął powietrze, a moment później Rodel Ituralde ruszył za nim do wnętrza. W tej samej chwili stojący w nim mężczyzna odwrócił się. Miał miłe spojrzenie i skórę miedzianej barwy.
- Mój panie - zawołał Ituralde, podbiegając doń i klękając. - Ty żyjesz!
Min poczuła w więzi zobowiązań niepohamowane szczęście bijące od Randa. Ituralde ewidentnie zupełnie otwarcie płakał.
Rand cofnął się o kilka kroków.
- Wracajmy na nasze pokoje. Odpocznijmy.
- Król Arad Doman. Gdzieś go znalazł? - dopytywała się Min. - Skąd wiedziałeś?
- Sekret powierzony mi przez przyjazną osobę - odparł Rand. - Okazało się, że Biała Wieża wzięła Martina Stepaneosa pod swoje skrzydła, żeby go „chronić”. Cóż, nie wymagało wielkiej wyobraźni zrozumienie, że podobnie mogły postąpić z innymi monarchami. I dalej wyobrażenie sobie, że jeżeli kilka miesięcy temu wysłały siostry z misją do Arad Doman, to nie znały jeszcze Podróżowania i tamte mogły podczas podróży powrotnej zwyczajnie ugrzęznąć w śniegach. - Wydawał się taki spokojny, zadowolony, że wreszcie udało mu się coś, co było czynem jednoznacznie dobrym. - Graendal nigdy go nie schwytała. A więc nie zabiłem go wówczas, Min. Jeden z nielicznych niewinnych, o których myślałem, że zginęli z mojej ręki, jednak żyje. To już coś. Niby niewielka sprawa, ale cieszy.