Ale zbyt długo zwlekać nie mógł. Ostatni Łów był coraz bliżej. Wiele wilków już ruszyło na północ; od czasu do czasu Perrin wyczuwał przesłania mijających go watah. Biegły na Ugór, ku Ziemiom Granicznym. Biegły tak w świecie jawy, jak w wilczym śnie, lecz o dziwo, w wilczym śnie korzystały z możliwości natychmiastowej zmiany miejsca. Przemieszczały się normalnym trybem, w watahach.
Bez trudu potrafił stwierdzić, że Skoczek najchętniej by do nich dołączył. Niemniej został, wraz z innymi, które z jakiegoś powodu też się ociągały.
- Chodź - zaproponował Perrin. - Znajdziemy sobie kolejny koszmar.
Różana Aleja kwitła.
Wydawało się to zupełnie nieprawdopodobnym zjawiskiem. Niewiele roślin zakwitło tego strasznego lata, a te, którym się udało, prawie od razu gubiły płatki. Jednak Różana Aleja stała w pełnym rozkwicie. Wielkie pergole zdobiły setki czerwonych koron, poczętych jakby w nadnaturalnym zapale. Łapczywe owady uwijały się z brzęczeniem z kwiecia na kwiecie, sprawiając wrażenie, że chyba każda pszczoła miasta przyleciała tu dzisiaj się najeść.
Gawyn trzymał się od owadów z dala, niemniej woń róż zdała mu się tak upajająca, że nie mógł się powstrzymać. Ubranie prawdopodobnie będzie mu pachnieć perfumami przez resztę dnia.
Elayne rozmawiała w towarzystwie swoich doradców obok jednej z ławek nad niewielkim, porośniętym liliami wodnymi stawie. Ciąża powoli zaczynała być widoczna, sprawiała, że Elayne zdawała się promieniować wewnętrznym blaskiem. Złote włosy odbijały światło słońca niczym powierzchnia zwierciadła, a wieńcząca je Korona Róż Andoru zdawała się przy tym omalże zwyczajna.
Ostatnimi czasy królowa miała dużo zajęć. Słyszała składane przyciszonym głosem doniesienia o postępach w budowie nowych broni, które jej zdaniem miały być równie potężne, co niewolne damane. Ludwisarze Caemlyn pracowali dzień i noc. Stolica szykującego się do wojny Andoru tętniła aktywnością. W związku z tym nie miała wiele czasu dla niego, choć wdzięczny był za wszystko, co była w stanie wygospodarować.
Zobaczywszy go, uśmiechnęła się i gestem dłoni na chwilę odesłała dworzan. Podeszła, pocałowała czule w policzek.
- Wyglądasz, jakby coś zajmowało twoje myśli.
- To moja stała dolegliwość ostatnimi czasy - odpowiedział. - Ty zaś wyglądasz na roztargnioną.
- To akurat moja stała dolegliwość ostatnimi czasy - zaśmiała się. - Zawsze jest tyle do zrobieni i tak niewiele mojego czasu.
- Jeżeli nie możesz…
- Nie - weszła mu w słowo, biorąc równocześnie pod ramię. - Muszę z tobą pomówić. Dowiedziałam się też, że codzienny spacer wokół ogrodów jest jak najbardziej wskazany dla mojego zdrowia.
Gawyn uśmiechnął się, wdychając woń róż i błota otaczającą staw. Zapachy życia. Kiedy szli, przelotnie zerknął w niebo.
- Prawie nie potrafię uwierzyć, ile tu mamy słońca. Prawie już udało mi się przekonać samego siebie, że niekończące się zachmurzenie jest czymś naturalnym.
- Prawdopodobnie tak właśnie jest - stwierdziła niefrasobliwym tonem. - Tydzień temu spowijająca Andor warstwa chmur rozproszyła się ponad Caemlyn, ale nigdzie indziej.
- Ale… jakim sposobem?
Uśmiechnęła się.
- Rand. Rand coś zrobił. Myślę, że jakoś trafił na szczyt Góry Smoka. A potem…
Nagle dzień przestał być tak radosny.
- Znowu ten al’Thor - prychnął Gawyn. - Nawet tu nie daje mi spokoju.
- Nawet tu? - zapytała z rozbawieniem w głosie. - Wedle tego, co pamiętam, po raz pierwszy spotkaliśmy go w tych ogrodach.
Gawyn nie znalazł odpowiedzi na tę uwagę. Zerknął na północ, na niebo. Widniały tam jak przedtem złowrogie czarne chmury.
- On jest ojcem, nieprawdaż?
- Gdyby nawet był - zareagowała Egwene, nie zastanawiając się nawet chwili - wówczas rozwaga nakazywałaby skryć ten fakt, nieprawdaż? Dzieci Smoka Odrodzonego stałyby się pierwszym celem jego wrogów.
Gawyn poczuł, jakby go coś ściskało w żołądku. Podejrzewał to od momentu, gdy dowiedział się, że Elayne jest w ciąży.
- Żebym sczezł - zaklął. - Elayne, jak mogłaś? Po tym, co on zrobił naszej matce!
- Nic jej nie zrobił - zapewniła go Elayne. - Mogę ci przedstawić szeregi świadków, którzy to potwierdzą, Gawyn. Matka zniknęła, jeszcze zanim Rand wyzwolił Caemlyn. - Kiedy o nim mówiła, w jej oczach widział ciepłe iskierki. - On przeżywa teraz ważny okres w swoim życiu. Czuję to, czuję, jak się zmienia. Jak staje się czystszy. To on przegnał chmury i sprawił, że rozkwitły róże.
Gawyn uniósł brwi. „Jej się wydaje, że róże kwitną dzięki al’Thorowi?”. Cóż, miłość potrafi człowiekowi podpowiadać dziwne myśli, a kiedy dodatkowo jest to miłość do Smoka Odrodzonego, niewykluczone, że należy oczekiwać prawdziwych fajerwerków irracjonalnych fantazji.
Doszli do maleńkiej przystani na stawie. Pamiętał, jak wykąpał się tu jako chłopiec, a potem natarto mu za to uszu. I to nie matka, choć ta skarciła go surowym pełnym dezaprobaty spojrzeniem, ale Gawyn to zrobił. Nigdy nikomu nie powiedział, że się kąpał, ponieważ najpierw Elayne wrzuciła go do wody.
- Nigdy tego nie zapomnisz, co? - zapytała Elayne.
- Czego? - zdziwił się nieszczerze.
- Myślałeś o tamtej chwili, gdy wpadłeś do stawu w trakcie audiencji matki dla Domu Farah.
- Wpadłem? Ty mnie wepchnęłaś!
- Nic takiego nie miało miejsca - oznajmiła Elayne sztywnym tonem. - To ty się popisywałeś, skacząc po pachołkach.
- A ty trzęsłaś pomostem!
- Po prostu na niego weszłam - broniła się Elayne. - Dość energicznie. Bo byłam bardzo żywym dzieckiem. Do teraz taka jestem. I kroczę, mocno wbijając stopy w ziemię.
- Mocno… to są jakieś kłamstwa w żywe oczy!
- Nie, po prostu wypowiadam prawdę w dość kreatywny sposób. Jestem teraz Aes Sedai. Wszystkie Aes Sedai dysponują takim talentem. Dobrze, przewieziesz mnie wreszcie łódką po tym stawie czy nie?
- Ja… Przewieźć cię? Skąd ten pomysł?
- Właśnie na niego wpadłam. Nie słuchałeś?
Gawyn pokręcił głową w osłupieniu.
- Świetnie. - Za nimi kilka Gwardzistek rozstawiło się w szyku. Zawsze były blisko niej, często pod dowództwem wysokiej kobiety, która stylizowała się na Birgitte z legend. Zresztą, faktycznie przypominała Birgitte. W każdym razie posługiwała się takim imieniem, a piastowała pozycję Kapitana Generała.
Do Gwardzistek dołączyła grupka dworzan i gońców. Ostatnia Bitwa zbliżała się wielkimi krokami, a Andor gotował się na nią. Nieszczęśliwie się składało, że większość tych przygotowań domagała się bezpośredniej uwagi Elayne. Choć do Gawyna dotarła osobliwa opowieść sprzed tygodnia, o tym, jak królową wniesiono we własnym łóżku na mury obronne… Jak dotąd nie udało mu się z niej wydusić, czy opowieść ta była prawdziwa.
Idąc z Elayne ku niewielkiej łodzi wiosłowej na przystani, pomachał Birgitte, która zrewanżowała mu się ponurym grymasem.
- Obiecuję, że nie wrzucę jej do wody - zawołał Gawyn. A potem, półgłosem dodał: - Choć mogę wiosłować nadzwyczaj „energicznie”, skutkiem czego łódź się przewróci.
- Och, daj spokój - poprosiła Elayne, siadając wygodnie w łódce. - Woda w stawie z pewnością nie byłaby dobra dla dzieci.
- Jeśli już o tym mowa - zaczął Gawyn, odpychając łódź stopą, a potem zręcznie wsuwając się do środka. Przez chwilę łódź chybotała się niepewnie, ale wkrótce uspokoiła. - Czy przypadkiem nie miałaś spacerować dla zdrowia?
- Powiem Melfane, że nie mogłam się oprzeć pokusie umoralnienia mojego zdeprawowanego braciszka. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile może ci ujść na sucho, jeżeli przy okazji zrugasz kogoś na wysokiej nucie.