- Właśnie tak.
- A więc jesteś zazdrosny - cicho stwierdziła Egwene.
- Nie. To nonsens. Ja…
- Co byś chciał zrobić, Gawyn? - zapytała Elayne. - Wyzwać go na pojedynek?
- Może.
- I co by się stało, gdybyś wygrał i pokonał go, czego zawsze chciałeś? Ściągnąłbyś zagładę na nas wszystkich tylko po to, żeby zaspokoić swoją zachciankę?
Na te słowa nie znalazł odpowiedzi.
- To nie jest tylko zazdrość, Gawyn - ciągnęła dalej Egwene, biorąc od niego wiosła. - To miłość własna. W obecnej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na taką krótkowzroczność. - I mimo jego protestów zaczęła wiosłować z powrotem.
- I to… - zaczął - mówi kobieta, która osobiście rzuciła się na Czarne Ajah?
Egwene zarumieniła się. Nietrudno było stwierdzić, że wolałaby, aby nigdy nie dowiedział się o tym fakcie.
- Byłam potrzebna. A poza tym zwróć uwagę, że powiedziałam „nie możemy”. Co odnosi się i do ciebie, i do mnie, ponieważ to jest nasz wspólny kłopot. Birgitte wciąż mi powtarza, że powinnam się nauczyć panować nad swoim temperamentem. Cóż, ty też tego musisz się nauczyć, przez wzgląd na Egwene. A ona naprawdę cię potrzebuje, Gawyn. Być może nie zdaje sobie z tego sprawy, może samą siebie przekonała, że poradzi sobie z całym światem. Myli się.
Łódka uderzyła o pomost przystani. Elayne wyjęła wiosła z dulek i wyciągnęła dłoń. Gawyn wyskoczył, a potem pomógł jej wyjść. Delikatnie uścisnęła jego dłoń.
- Poradzisz sobie z tym - powiedziała. - Na razie zwalniam cię ze wszelkiej odpowiedzialności związanej z ewentualnym objęciem pozycji Kapitana Generała. Nie wyznaczę też kolejnego Pierwszego Księcia Miecza, ale nie uznam też wakatu, możesz zatrzymać tytuł, nie musisz wywiązywać się z obowiązków. Nie licząc okazjonalnych wystąpień podczas ceremonii państwowych, nie musisz się niczym innym przejmować. Oficjalnie zadekretuję ten stan rzeczy, uzasadniając to twoimi obowiązkami w przededniu Ostatniej Bitwy.
- Ja… dziękuję - powiedział, choć wcale nie był pewien, czy faktycznie czuje wdzięczność. Za bardzo ta sytuacja przypominała oświadczenie Egwene, że nie chce, aby strzegł jej snu.
Elayne znowu uścisnęła jego dłoń, następnie odwróciła się i wróciła do swoich dworzan. Gawyn przez chwilę przyglądał się, jak rozmawia z nimi spokojnym tonem. Z każdym dniem sprawiała coraz bardziej królewskie wrażenie. Było to tak, jakby obserwować rozwijający się kwiat. Żałował tylko, że nie było go w Caemlyn, kiedy to wszystko się zaczęło.
Podjął swoją przechadzkę wzdłuż Różanej Alei. W obliczu potężnej dawki charakterystycznego dla Elayne optymizmu jego wątpliwości nie bardzo miały możliwość rozwinięcia skrzydeł. Tylko ona potrafiła zarzucić mężczyźnie, że jest zazdrosny, i nie zostawić w jego sercu żadnych złych uczuć.
Wędrował przez chmury woni, słońce grzało go w szyję. Spacerował po miejscach, w których on i Galad bawili się jako dzieci, i myślał o matce, która też kiedyś spacerowała po tych ogrodach z Brynem. Pamiętał jej czułe napomnienia towarzyszące popełnianym przez niego błędom, uśmiechy, których zawsze mógł się od niej spodziewać, gdy zachował się jak na księcia przystało. Były niby słońce wychodzące spoza chmur.
To miejsce należało do niej. Żyła w nim dalej, w Caemlyn, w Elayne - która zresztą z każdą godziną robiła się coraz bardziej do niej podobna - w bezpieczeństwie i sile ludu Andoru. Zatrzymał się przy stawie, dokładnie w tym miejscu, gdzie topił się jako dziecko, a Galad go uratował.
Może Egwene miała rację. Może al’Thor naprawdę nie miał nic wspólnego ze śmiercią Morgase. Jeżeli było inaczej, Gawyn i tak nie miał sposobu, aby tego dowieść. Zresztą, to bez znaczenia. Rand al’Thor był z góry skazany na śmierć w trakcie Ostatniej Bitwy. Dlaczego więc tak nienawidził tego człowieka?
- Ona ma rację - szepnął Gawyn, przyglądając się łowikowatym owadom tańczącym nad powierzchnią wody. - Koniec z nami, al’Thor. Odtąd już mnie nie obchodzisz.
Poczuł się, jakby ktoś nagle zdjął mu z barków ogromny ciężar. Z ust wyrwało się długie, uspokajające westchnienie. Dopiero teraz, gdy Elayne uwolniła go od obowiązków, zrozumiał, jak bardzo mu ciążyła nieobecność w Andorze podczas tych dramatycznych dla kraju chwil. To brzemię też zniknęło.
Najwyższy czas zastanowić się, co zrobić z Egwene. Sięgnął do kieszeni, wydobył z niej sztylet asasyna i uniósł do światła. Przyjrzał się tym czerwonym kamieniom. Naprawdę miał obowiązek chronić Egwene. Przypuśćmy, że powstałaby przeciwko niemu, że znienawidziłaby go, że go by wygnała - czy wszystkie te kary niewarte byłyby poniesienia, gdyby dzięki temu udało się uratować jej życie?
- Na grób mojej matki - usłyszał znienacka za sobą czyjś ostry głos. - Skąd, na Światłość, to masz?
Gawyn odwrócił się gwałtownie. Na ścieżce stała przed nim grupka kobiet, którą zauważył wcześniej. Dimana stała na jej czele, włosy miała przetykane siwizną, wokół oczu zmarszczki. Czy przypadkiem praca z Jedyną Mocą nie miała powstrzymywać takich śladów starzenia?
Towarzyszyły jej dwie kobiety. Jedną była pulchna młódka z czarnymi włosami, drugą dość niska i przysadzista kobieta w średnim wieku. To właśnie ona tak gwałtownie zareagowała przed chwilą. Miała wielkie, niewinne oczy, które teraz rozszerzone były ze zgrozy.
- Co to jest, Marille? - zapytała Dimana.
- Ten nóż - odrzekła Marille, wskazując przedmiot, który Gawyn trzymał w dłoni. - Marille już taki w życiu widziała!
- „Ja już taki w życiu widziałam” - sprostowała ją Dimana. - Jesteś osobą, a nie rzeczą.
- Tak. Dimana. Bardzo przepraszam, Dimana. Marille… Ja już więcej nie popełnię tego błędu, Dimana.
Gawyn poczuł, jak brwi same mu się unoszą do góry. Co było nie tak z tą kobietą?
- Wybacz jej, mój panie - tłumaczyła Dimana, zwracając się do Gawyna. - Marille spędziła długi czas jako damane i ma trudności z przystosowaniem się.
- Jesteś Seanchanką? - zapytał Gawyn. „Oczywiście. Przecież powinienem słyszeć akcent”.
Marille żywo pokiwała głową. Była damane. Gawyn poczuł przeszywający go dreszcz. Ta kobieta została wyszkolona, aby zabijać Jedyną Mocą. Tymczasem jej druga towarzyszka milczała, przyglądając się całej scenie zaciekawionymi oczami. Nawet w połowie nie wyglądała na tak pokorną jak tamta.
- Powinnyśmy chyba już iść - zauważyła Dimana. - Lepiej, żeby ona nie oglądała rzeczy, które mogą jej przypominać Seanchan. Chodź, Marille. To tylko takie trofeum, które lord Trakand zdobył w jakiejś bitwie, jak mniemam.
- Nie, zaczekajcie - sprzeciwił się Gawyn, unosząc dłoń. - Poznajesz to ostrze?
Marille spojrzała na Dimanę, jakby oczekując pozwolenia na udzielenie odpowiedzi. Kuzynka skinęła głową z cierpiętniczym wyrazem twarzy.
- To jest Krwawy Nóż, mój panie - wyjaśniła Marille. - Nie sposób zdobyć go w bitwie, ponieważ ludzie nie pokonują Krwawych Noży. Oni są niepowstrzymani. Giną dopiero wtedy, gdy ich krew zwróci się przeciwko nim.
Gawyn zmarszczył brwi. Co to były za nonsensy?
- A więc to broń Seanchan?
- Tak, mój panie - odparła Marille. - Posługują się nią Krwawe Noże.
- Wydawało mi się, że powiedziałaś, że to jest Krwawy Nóż?
- To prawda, ale tak nazywają się również ci, którzy się nimi posługują. Spowici w noc, wysłani wolą Imperatorowej… oby żyła wiecznie… żeby zabijać jej wrogów i ginąć w jej imię i w chwale. - Marille wbiła oczy w ziemię. - Marille za dużo mówi. Przeprasza.
- „Ja przepraszam” - powiedziała Dimana, a w jej głosie zabrzmiała nuta rezygnacji.