Выбрать главу

- Jak się zrobi naprawdę źle, nie będę się opierał - wyznał Perrin. - Ale postaraj się trzymać nerwy na wodzy. Nie chciałbym, żeby cała sytuacja skończyła się krwawą łaźnią tylko dlatego, że któryś z Białych Płaszczy niebacznie zaklął. Czekaj na mój znak. Zrozumiano?

- Tak, mój panie - zgodził się Dannil, a Perrin wyczuł dobiegającą od niego woń zawstydzenia. Pomyślał, że ma już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Że chciałby się już od tego uwolnić. Teraz. Zaraz. Ponieważ w ciągu tych ostatnich dni stało się to dlań boleśnie naturalne.

„Jestem tylko…” - Nie dokończył myśli. Tylko kim? Kowalem? Czy mógł tak jeszcze o sobie mówić? Kim był?

Przed sobą, w oddali, na terenach przeznaczonych pod Podróżowanie zobaczył Nealda. Tamten siedział na jakimś pniaku. W ciągu ostatnich dni młody Asha’man razem z Gaulem wyprawiał się na zwiady w rozmaitych kierunkach; realizował rozkaz Perrina, którego głównym celem było stwierdzenie, czy bramy przypadkiem nie funkcjonują lepiej w pewnym oddaleniu od obozu. Oczywiście okazało się, że tak właśnie jest, ale najpierw trzeba było odbyć kilkugodzinną wędrówkę.

Ani Neald, ani Gaul nie odkryli żadnych oznak, które by o tym decydowały. Po prostu w pewnej chwili splot Podróżowania zaczynał działać i tyle. Jeżeli jednak Perrin słusznie podejrzewał, to obszar, na którym bramy nie działały, pokrywał się w świecie jawy dokładnie z granicami purpurowej kopuły w świecie wilczego snu, jednak po tej stronie granica ta nie była w żaden sposób zaznaczona.

Taki więc pewnie był cel istnienia kopuły i dlatego Zabójca jej strzegł. Nie chodziło o polowanie na wilki, choć z tego efektu ubocznego tamten chętnie korzystał. Coś innego stało zarówno za kopułą, jak i problemami, które Asha’mani mieli z tkaniem splotów.

- Neald - zaczął Perrin podchodząc do Asha’mana. - Ostatni zwiad poszedł dobrze?

- Tak, mój panie.

- Kiedy Grady i ty po raz pierwszy zwróciliście mi uwagę na niedziałające sploty, wspomnieliście, że już raz wam się to zdarzyło. Kiedy i gdzie?

- Kiedy próbowaliśmy otworzyć bramę, żeby przyjąć oddział zwiadowców wracających z Cairhien - odpowiedział Neald. - Za pierwszym razem sploty rozwiązały się same. Odczekaliśmy chwilę i za drugim razem już było dobrze.

„To się zdarzyło następnego dnia po tej nocy, gdy po raz pierwszy zobaczyłem kopułę” - pomyślał Perrin. - „Pojawiła się na krótko, po czym zniknęła. Zabójca pewnie sprawdzał, czy działa”.

- Mój panie - ciągnął dalej Neald, wstając i podchodząc do Perrina. Był mężczyzną egoistycznym i próżnym, jednak Perrin wiedział, że zawsze może na niego liczyć. - Chciałbym się dowiedzieć, co się dzieje?

- Myślę, że ktoś zastawił na nas pułapkę - cicho odparł Perrin. - I teraz zapędza nas do środka. Wysłałem też pozostałych na poszukiwanie tego, co może być przyczyną waszych kłopotów. Najpewniej chodzi o jakiś przedmiot Jedynej Mocy. - Ale w pierwszym rzędzie martwił się tym, że może być on ukryty w wilczym śnie. Czy część świata snu mogła wywierać taki wpływ na świat realny? - Chciałbym jeszcze spytać, czy jesteś pewny, że żadnej bramy na tym terenie nie da się otworzyć? Nawet do miejsca całkiem bliskiego, na przykład położonego wewnątrz martwej strefy?

Neald pokręcił głową.

„A więc po tej stronie obowiązują inne zasady” - pomyślał Perrin. „Albo przynajmniej inne wywierają skutki na Podróżowanie niż na przenoszenie się z miejsca na miejsce w wilczym śnie”.

- Neald, mówiłeś, że otworzywszy większą bramę… w kręgu… mógłbyś w kilka godzin przeprawić przez nią całą armię?

Neald przytaknął.

- Ćwiczyliśmy to.

- Musimy być przygotowani na taką możliwość - powiedział Perrin, spoglądając w niebo. Wciąż czuł tę dziwną woń zalegającą w powietrzu. Leciutki zapach starzyzny.

- Mój panie - zaprotestował Neald. - Możemy być przygotowani, ale jeżeli nie będziemy w stanie otworzyć bramy, nic z tego nie wyjdzie. Moglibyśmy natomiast zaprowadzić armię do miejsca, w którym efekt zanika, i stamtąd spróbować.

Niestety, Perrin podejrzewał, że ten plan nie zadziała. Skoczkowi kopuła wydawała się rzeczą z odległej przeszłości. Co mogłoby oznaczać, że Zabójca współpracuje z którymś z Przeklętych. Albo wręcz sam był jednym z Przeklętych. Perrinowi z jakiegoś względu dopiero teraz ta możliwość przyszła do głowy. Tak czy siak, ci, którzy zastawili tę pułapkę, będą się przyglądać jej skutkom. Gdy jego armia spróbuje się wycofać, to albo zatrzasną pułapkę, albo przesuną kopułę.

Przeklęci zwodzili Shaido tymi szkatułami, a potem kazali im tu stacjonować. Do tego dochodził jeszcze jego wizerunek, który ktoś rozpowszechniał. Czy to wszystko składało się na elementy pułapki, na czymkolwiek miała ona polegać? Niebezpieczeństwa. Tak wiele niebezpieczeństw wokół…

„Cóż, a czegoś się spodziewał?” - zadał sobie w myślach pytanie. „Przecież to Tarmon Gai’don”.

- Chciałbym, żeby Elias już był z powrotem - powiedział na głos. Wcześniej wysłał go na osobistą misję zwiadowczą. - Po prostu bądź gotów, Neald. A ty, Dannil, najlepiej przekaż moje zastrzeżenia swoim ludziom. Nie chcę jakichś przypadkowych ofiar.

Dannil i Neald ruszyli, każdy swoją drogą, a Perrin podszedł do rzędów koni, chcąc odszukać Steppera. Gaul dołączył do niego. Poruszał się cicho jak wiatr.

„Zaciskają się wnyki” - pomyślał. „Powoli, cal za calem, ktoś ściąga pętlę wokół mej nogi”. - Prawdopodobnie czekając, aby najpierw Perrin stoczył bitwę z Białymi Płaszczami. Po bitwie jego armia będzie osłabiona i poszarpana. Łatwy cel. Zadrżał, uświadomiwszy sobie, że gdyby przyjął wyzwanie Damodreda, pułapka już mogłaby się zatrzasnąć. Proces przed trybunałem znienacka nabrał w jego oczach ogromnego znaczenia.

Musiał znaleźć sposób odwleczenia bitwy na czas, którego będzie potrzebował, żeby raz jeszcze odwiedzić wilczy sen. Być może w nim znajdzie sposób na zniszczenie kopuły i uwolnienie swoich ludzi.

- Zmieniasz się, Perrinie Aybara - zauważył Gaul.

- O co chodzi? - zdziwił się Perrin, biorąc równocześnie wodze Steppera z rąk koniuszego.

- To dobrze - wyjaśnił Gaul.- Dobrze widzieć, jak wreszcie przestajesz się wzbraniać przed rolą wodza. Dobrze widzieć, jak wreszcie dowodzenie zaczyna sprawiać ci radość.

- Przestałem z tym walczyć, bo okazało się, że mam ważniejsze rzeczy na głowie - powiedział Perrin. - I nieprawda, że dowodzenie sprawia mi radość. Robię to, bo muszę.

Gaul skinął głową, jakby uznał, że Perrin w całości się z nim zgadza.

„Aielowie”. - Z tą myślą Perrin wskoczył na siodło.

- Ruszajmy więc. Niech armia maszeruje.

- Ruszajcie - powiedziała Faile, zwracając się do Aravine. - Armia zaraz wymaszeruje.

Aravine skłoniła się i odeszła, żeby przekazać rozkazy uchodźcom. Faile nie miała pojęcia, co dzień przyniesie, jednak na wszelki wypadek wydała rozkazy, aby ci, co zostawali z tyłu, zwinęli obóz i przygotowali się do wymarszu.

Zauważyła, że do odchodzącej Aravine przyłączył się księgowy, Aldin. Ostatnio jakoś osobliwie często tamtą odwiedzał. Może w końcu postanowił porzucić swoje ambicje wobec Arreli.

Szybkim krokiem ruszyła w stronę namiotu. Po drodze minęła Flanna Barstere, Jona Gaelina i Mareka Cormera, wszyscy trzej zajęci byli sprawdzaniem naciągu cięciw i opierzenia strzał. Jak jeden mąż spojrzeli w jej stronę i pomachali dłońmi. W ich oczach dostrzegła coś jakby poczucie ulgi - to był dobry znak. Nie tak dawno temu żaden z nich trzech nie potrafił bez wstydu spojrzeć w jej oczy, co było skutkiem ich wiary w plotki oskarżające Perrina o romans z Berelain w trakcie jej nieobecności.