Poczuł znów docierającą gdzieś z tyłu woń Zabójcy. Odwrócił się odruchowo akurat w czas, żeby młotem sparować cios miecza Zabójcy, który ten wyprowadził zza jego pleców. I znowu dostrzegł w oczach tamtego błysk zaskoczenia. Zabójca wyszczerzył zęby i cofnął się, nie spuszczając z oka dwóch pozostałych wilków, Skoczka i Nieposkromionego. Z rany na przedramieniu - skutku ugryzienia przez Skoczka - ciekła mu krew.
- Jak została stworzona kopuła, Luc? - zapytał Perrin. - Pokaż mi, a będziesz mógł odejść. Pozwolę ci.
- Śmiałe słowa, szczeniaku - odwarknął Zabójca. - Jak na kogoś, komu właśnie przyszło się przyglądać śmierci współplemieńca z mojej ręki.
Nieposkromiony zawył z wściekłości i skoczył naprzód. Perrin zaatakował w tej samej chwili, ale znienacka ziemia pod jego stopami zadrżała i zakołysała się.
„Nie” - pomyślał. I znowu miał stały grunt pod stopami, Nieposkromiony jednak w tym czasie zdążył oberwać.
Zabójca zaraz rzucił się na niego, Perrin uniósł stylisko młota, żeby zablokować cios - cóż z tego, skoro ostrze miecza Zabójcy zmieniło się w dym, opłynęło zasłonę i skrzepło po jej drugiej stronie. Perrin z okrzykiem próbował się cofnąć, ale miecz smagnął go przez pierś, przecinając koszulę i rozcinając ciało od ramienia do ramienia. Zabolało.
Jęknął, zachwiał się. Zabójca napierał na niego, lecz w tej samej chwili coś spadło na niego z góry. Skoczek. I po raz wtóry wilk i człowiek potoczyli się po ziemi, warcząc i próbując pogryźć się wzajem.
Zabójca zaklął i w końcu udało mu się zrzucić z siebie wilka. Ciśnięty w powietrze Skoczek, skowycząc z bólu, przeleciał jakieś dwadzieścia stóp i grzmotnął w ziemię. Kulący się z boku Nieposkromiony zdołał opanować drżenie ziemi, ale jego łapa była poważnie zraniona.
Perrin stłumił szarpiący nim ból, wziął się w garść. Zabójca naprawdę do perfekcji panował nad naturą otaczającej ich rzeczywistości. Każdy zamach młotem dział się jakby w zwolnionym tempie, jakby za każdym razem przychodziło się przedzierać przez gęstniejące powietrze.
I wtedy przed oczyma stanął mu uśmiech Zabójcy, gdy ten mordował Dębową Tancerkę. Przepełniony gniewem, ruszył do ataku. Zabójca tymczasem był już na ziemi - cofał się w dół zbocza, ku drzewom. Ignorując dokuczającą ranę, Perrin podążył za nim. Rana nie była na tyle poważna, żeby pozbawić go zdolności do walki, niemniej na wszelki wypadek wyobraził sobie bandaż oraz nienaruszone i przylegające do ciała ubranie, tamujące krew.
Zanurzył się w las. Od Zabójcy dzieliło go już wówczas tylko kilka kroków. I wtedy gałęzie zamknęły się nad jego głową, a z mrocznych cieni wystrzeliły ku niemu pędy pnączy. Nie zrobił nic, żeby je odepchnąć. Pnącza nie zachowywały się w ten sposób. I stało się, jak pomyślał - gdy tylko znalazły się bliżej, zwiędły i opadły.
Zabójca zaklął, a potem ruszył naprzód wielkimi krokami, aż jego sylwetka zaczęła zlewać się z otoczeniem. Perrin pomknął za nim, dotrzymując tempa.
Właściwie trudno powiedzieć, żeby świadomie zdecydował się opaść na cztery łapy, niemniej w pewnej chwili zorientował się, że tak właśnie gna, ścigając Zabójcę niczym białego jelenia.
Zabójca był szybki, ale był tylko człowiekiem. Młody Byk zaś był nieodrodną częścią całej tej krainy: drzew, zarośli, kamieni, rzek. Biegł przez las z taką łatwością, jak wiatr przenika przez szerokie szczeliny, dotrzymując Zabójcy kroku, ba, doganiając go. Dla Zabójcy każda kłoda na drodze stanowiła przeszkodę, dla Młodego Byka była tylko częścią ścieżki.
W pewnym momencie skoczył w bok, łapy odbiły go od pnia drzewa, skręcił się w powietrzu. Poleciał górą, ponad głazami i skałami, traktując je jako podparcie do coraz dłuższych skoków - dla kogoś patrzącego z boku jego sylwetka musiała być niewyraźną, rozmazaną smugą.
Po raz pierwszy wyczuł w śladzie zapachowym Zabójcy nutę strachu. Tamten wprawdzie zdołał uciec, ale Młody Byk nie miał kłopotów ze złapaniem jego tropu. W końcu dogonił go na polu, gdzie w świecie jawy, w cieniu wielkiego kamiennego miecza stacjonowała armia. Zabójca obejrzał się przez ramię, zaklął, znowu zniknął.
Młody Byk nie odpuszczał. Znaleźli się na miejscu obozowiska Białych Płaszczy.
Potem szczyt niewielkiego wzniesienia.
Jaskinia pogrzebana w zboczu wzgórza.
Środek tafli maleńkiego jeziorka. Młody Byk bez najmniejszego trudu śmigał po jego powierzchni.
Dokądkolwiek Zabójca się udał, tam Perrin gnał za nim i z każdą chwilą był coraz bliżej. Nie było już czasu na miecze, młoty czy łuki. To był pościg, a Młody Byk był w nim łowcą. Zaraz…
Kolejny skok zawiódł go na środek jakiegoś pola, ale Zabójcy tam nie było. Niemniej wyczuł, dokąd tamten się udał. Ruszył za nim… i znalazł się w innym miejscu tego samego pola. Zakręcił łbem. Woń Zabójcy docierała do jego nozdrzy z kilku kierunków naraz.
Zatrzymał się, wbił obcasy butów w ziemię. Rozejrzał się dookoła, zbity z tropu. Najprawdopodobniej Zabójca błyskawicznie obskoczył całe pole, tym samym plącząc ślad. Perrin próbował wyłapać, dokąd ślady prowadzą, ale te mieszały się i nakładały na siebie.
- Żebyś sczezł! - zaklął.
„Młody Byku!” - nadeszło wilcze przesłanie. To był Iskierka. Wilk był wprawdzie ranny, ale bynajmniej uciekł, jak to Perrin wcześniej przyjął. Słowom przesłania towarzyszył obraz: cienki srebrny pręt długi na dwie piędzi, wbity w ziemię pośrodku bujnej kępy psiego rumianu.
Perrin uśmiechnął się pod nosem i skoczył w tamtą stronę. Obok pręta leżał wilk, wciąż brocząc krwią z rany. Pręt natomiast był najwyraźniej jakimś rodzajem ter’angreala, uplecionego, zdawałoby się, z dziesiątków cienkich drucików, w sposób, w jaki kobiety splatają warkocze. Jeden koniec wbity był w miękką ziemię.
Perrin wyciągnął go. Nic się nie stało. Kopuła nie zniknęła. Stał przez chwilę zdziwiony, ponieważ oczekiwał innego rezultatu, obracając pręt w dłoniach, ale tak naprawdę nie miał pojęcia, jak go użyć, żeby osiągnąć spodziewany skutek. Trochę na chybił trafił, spróbował siłą woli zmienić pręt w coś, kij na przykład, i mocno się zdziwił, kiedy mu się nie udało. Było tak, jakby ter’angreal opierał się jego myślom.
„On znajduje się tylko tutaj, w tym świecie” - nadeszło przesłanie Iskierki. W przesłaniu było jeszcze coś, czego wilk nie potrafił jasno przekazać. Przedmiot miał mu się zdawać jakby bardziej rzeczywisty niż świat snu.
Lecz Perrin nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Priorytetem było przesunięcie kopuły poza obszar, w którym obozowali jego ludzie. O ile się oczywiście da… Przeniósł się w miejsce, w którym wcześniej przekroczył granice kopuły.
Stało się to, na co liczył - środek kopuły przeniósł się razem z nim. Sam był dokładnie w miejscu, gdzie przedtem przebiegała granica kopuły, ona jednak tymczasem zmieniła położenie i zmieniała dalej, w marę jak Perrin się poruszał. Za każdym razem miał ją nad głową, przesłaniała niebo, sięgając szeroko na wszystkie strony.
„Młody Byku” - zabrzmiało w jego głowie przesłanie Iskierki. „Jestem wolny. Zło zniknęło”.
„Zmykaj więc” - odesłał Perrin. ja się wszystkim zajmę. Niech każde z was uda się w inną stronę, a potem wyje. Zmylimy Zabójcę”.
Wilki zareagowały potwierdzeniem. Ta cześć Perrina, która była urodzonym łowcą, żałowała, że nie udało się pokonać Zabójcy w bezpośrednim starciu. Ale sprawa kopuły była ważniejsza.