Выбрать главу

Nie było już czasu na tego rodzaju rozważania. Przeszedł płynnie w formę miecza zwaną Kwieciem Jabłoni na Wietrze, a równocześnie zaczął krzyczeć. Jego ludzie zatrzymali się w drzwiach do sypialni i zamarli tam, jakby nie potrafili pojąć, co się dzieje.

- Sprowadźcie pomoc! - krzyczał Gawyn. - Już!

Smagłoskóry Mazone odwrócił się, żeby wypełnić rozkaz, ale Celark z determinacją na twarzy ruszył w bój.

Sylwetki Krwawych Noży mieniły się w oczach i falowały na krawędziach. Gawynowi udało się przejść do formy zwanej Kot na Gorącym Piasku - chciał w ten sposób sprawdzić umiejętności tamtych, ale każdy cios ciął wyłącznie powietrze. Już go zaczynały boleć oczy od wysiłku, jakiego wymagało śledzenie ruchów zamazanych postaci.

Celark zaatakował jednego z nich z tyłu, ale nie osiągnął więcej niż Gawyn. Ten tymczasem zacisnął zęby, zmuszony do walki z nogami opartymi o krawędź łóżka. Przede wszystkim nie wolno było ich dopuścić w pobliże Egwene, póki nie nadejdzie pomoc. Gdyby tylko udało się…

Obie postacie odwróciły się jak na komendę. Razem zaatakowali Celarka. Tamten ledwie miał czas zakląć, nim miecz przeciął mu szyję, a krew trysnęła strumieniem. Gawyn ponownie krzyknął, przeszedł w Jaszczurkę w Ciernistym Krzewie i wyprowadził cięcie na plecy asasynów.

I znowu atak okazał się nieskuteczny. Choć tym razem wydawało się, że tylko o włos. Tymczasem Celark zachwiał się, opadł na kolana, a krew rozlewała się ciemną plamą połyskującą w świetle lampy - nie było sposobu, żeby Gawyn mógł mu pójść na pomoc. Musiałby wtedy odsłonić Egwene.

Jeden z asasynów odwrócił się tyłem do Gawyna, podczas gdy drugi odrąbał Celarkowi głowę ciosem, który mimo spowijającego wszystko półmroku, zdał się Gawynowi identyczny z Rzeką Podmywającą Brzeg. Cofnął się pół kroku, starając się nie patrzeć na swojego zabitego żołnierza. Trzeba się bronić. Wystarczy do chwili, aż nadejdzie pomoc. Przesunął się nieznacznie w bok.

Seanchanie zachowywali się ostrożnie, wiedzieli, że już kiedyś walczył z jednym z nich. Ale przewaga była zdecydowanie po ich stronie. Sam Gawyn miał wątpliwości, czy jest w stanie dotrzymać im obu pola.

„Tak, będziesz w stanie” - napomniał się surowo w myśli. Jeżeli przegrasz, Egwene zginie”.

Jego uwagę przyciągnął jakiś ruch w drugiej komnacie. Przelotnie zerknął w tamtą stronę. Może to pomoc już przybyła? Gawyn poczuł przypływ nadziei i znowu przesunął się nieco w bok. Z tego miejsca zobaczył leżące na posadzce ciało wykrwawiającego się Mazone’a.

Trzecia utkana z cieni postać wsunęła się miękko do komnaty, zamykając za sobą drzwi. Dlatego tamci dwaj nie zaatakowali od razu. Czekali na przybycie towarzysza.

Wszyscy trzej zaatakowali w tym samym momencie.

Perrin uwolnił wilka, który w nim zawsze drzemał.

Po raz pierwszy nie obchodziło go, jakie mogą być tego skutki. Walcząc, nie myślał, po prostu był, a świat wokół nagle przestał być obcy i niepojęty.

Być może dlatego, że całkowicie naginał się do jego woli. Młody Byk skoczył z dachu budynku w Tar Valon. Odbicie potężnych tylnych łap wyniosło go w powietrze, sakwę z ter’angrealem miał przytroczoną do grzbietu. Poszybował ponad ulicą i wylądował na dachu zrobionym z białego marmuru, którego krawędź zdobiły stojące szeregiem posągi. Przetoczył się i wstał jako człowiek - ter’angreal tkwił tym razem znów przy pasie. Zamachnął się młotem.

Zabójca zniknął na ułamek sekundy przed tym, nim dosięgła go głowica młota, i pojawił się obok Perrina. Ten tymczasem również zniknął w momencie, gdy Zabójca wyprowadzał cios, pojawiając się zaraz po jego lewej stronie. I tak tańczyli w tę i we w tę, wirując wokół siebie. Każdy z nich znikał, a potem pojawiał się znowu, starając się wyprowadzić cios, który wreszcie trafi wroga.

W pewnym momencie Perrin przerwał ten cykl zamachów i uników i przeniósł się na miejsce znajdujące tuż obok jednego z wielkich posągów przedstawiającego jakiegoś napuszonego generała. Zamachnął się, po czym strzaskał posąg młotem, siłą woli zwielokrotniając potęgę ciosu. Fragmenty posągu poleciały w stronę Zabójcy. A kiedy wilczy rzeźnik zmaterializował się - jak sobie zamierzył, obok Perrina - zamiast tego trafił w burzę marmurowych odłamków i pyłu.

Kiedy ostre fragmenty kamienia wbiły się w jego ciało, Zabójca krzyknął. W ułamku sekundy jego płaszcz stał się twardy niczym stal i marmur zaczął odeń odskakiwać. Kiedy nawała się skończyła, odrzucił płaszcz na plecy, a wtedy cały budynek zadrżał w posadach. Perrin zaklął, jednak w ostatniej chwili, nim dach pod nim się zwalił, zdążył podskoczyć.

Poszybował łukiem w górę i wylądował na sąsiednim dachu, znów przemieniając się w wilka. Zabójca pojawił się tuż przed nim, łuk miał już naciągnięty… Młody Byk warknął, wyobraził sobie podmuch gwałtownej wichury i…

Nic się nie stało. Zabójca nie wystrzelił. Po prostu stał tam jak… Jak posag.

Perrin zaklął i w ostatniej chwili uchylił się przed strzałą, która przeleciała obok na wysokości pasa. Prawdziwy Zabójca stał niedaleko… i zaraz zniknął, zostawiając po sobie tylko zdumiewająco wierną podobiznę, którą stworzył, żeby zwieść Perrina.

Ten wciągnął głęboki oddech i otrząsnął czoło z kropel potu. Zabójca mógł zaatakować go z każdej strony. Tymczasem więc postawił ceglany mur za swoimi plecami, podniósł się i zaczął rozglądać po dachu. Nad jego głową poruszyła się purpurowa kopuła. Przywykł już do tego - przecież poruszała się razem z nim. Ale teraz stał w miejscu!

Zdjęty przerażeniem, spuścił wzrok. Sakwa zniknęła - wystrzelone przez Zabójcę drzewce odcięły ją od jego pasa. Podskoczył na brzeg dachu. Zobaczył sylwetkę biegnącego ulicą Zabójcy. W ręku trzymał sakwę.

Nagle z bocznej uliczki wyskoczył wilk, wpadł na Zabójcę i obalił na ziemię. Skoczek.

W jednej chwili Perrin był już obok nich, zaatakował. Zabójca zaklął paskudnie i zniknął. Przed momentem leżał przygnieciony ciałem wilka, a teraz stał u wyjścia z uliczki. Ruszył biegiem, jego sylwetka zaczęła zlewać się w pędzie z otoczeniem.

Perrin pobiegł za nim. Skoczek dołączył do niego.

„Jak mnie znalazłeś?” - zapytał w myślach Perrin.

„Zachowujecie się jak dwa głupie szczeniaki” - przyszło przesłanie od Skoczka. „Głośno. Syczycie niczym koty. Łatwo was znaleźć”.

Wcześniej specjalnie zataił przed Skoczkiem cel swej podróży. Po tym jak był świadkiem śmierci Dębowej Tancerki… cóż, to była jego walka. Skoro udało mu się wynieść ter’angreal z Ghealdan, skoro jego ludzie otrzymali szansę ucieczki - nie chciał ryzykować życia kolejnych wilków.

Oczywiście Skoczek już go nie opuści, nawet gdyby mu kazać. Perrin zawarczał więc i rzucił się w pościg za Zabójcą. Wilk galopował u jego boku.

Egwene przykucnęła pod ścianą korytarza. Dyszała ciężko, pot spływał jej z czoła. Z przeciwległej ściany spływały powoli krople stygnącej skały, stopionej wcześniej ognistym uderzeniem.

Na korytarz Wieży powoli wracała cisza. Na ścianie świeciły pojedyncze lampy. Za oknem widziała wciąż purpurowe niebo oddzielające Wieżę od ciemnych chmur. Wydawało jej się, że walka trwa od wielu godzin, choć prawdopodobnie minął dopiero kwadrans. Gdzieś zgubiły się Mądre.

Zaczęła się skradać, podążając przed siebie, uprzednio otoczywszy osłonami przeciwko podsłuchom, które tłumiły odgłos jej kroków. Dotarła do rogu korytarza i wyjrzała zań. W obie strony ciemno, choć oko wykol. Ruszyła więc dalej, ostrożnie, lecz bez wahania. Wieża była jej królestwem. I teraz ktoś ją napadł, w równie rzeczywistym sensie, jak wcześniej Seanchanie. Niemniej ta walka miała zupełnie inny charakter niż obrona przed tamtym rajdem. Obecny wróg nie miał żadnych oporów, a tym samym łatwo było go zidentyfikować.