Выбрать главу

Pod którymiś drzwiami dostrzegła wąską smugę słabego światła. Przeniosła się do wnętrza pomieszczenia za nimi. Sploty miała już w pogotowiu. W komnacie zastała dwie kobiety, naradzające się cicho przy świetle kuli światła trzymanej przez jedną z nich. Evanellein i Mestra - Czarne siostry, które uciekły z Wieży.

Cisnęła kulą ognia, która w piekielnym rozbłysku unicestwiła Mestrę. Z gardła Evanellein wyrwał się cichy skowyt, a wtedy Egwene użyła przeciwko niej sztuczki, której nauczyła się od Nyaneve - wyobraziła sobie Evanellein jako osobę zupełnie pozbawioną rozumu, niezdolną do pomyślunku czy jakiegokolwiek działania.

Oczy tamtej zasnuła mgła, usta rozwarły się w tępym grymasie. Myśl była szybsza niż sploty Mocy. Egwene zawahała się. Teraz co? Zabić ją, gdy jest bezbronna? Aż ją skręciło w środku na samą myśl.

„Ale nie mogę jej wziąć do niewoli. Trzeba działać…”.

Wyczuła czyjąś jeszcze obecność w pomieszczeniu. Nowo przybyła odziana była w czerń, wspaniale uszytą szatę wykończoną srebrną lamówką. Ciemność wirowała i skręcała się wokół niej, poruszając zdobnymi wstążkami ubioru, marszcząc spódnice. Efekt był zupełnie niesamowity, nadnaturalny. Takie coś możliwe było tylko w Tel’aran’rhiod.

Egwene spojrzała tamtej prosto w oczy. Oczy wielkie i błękitne, osadzone w kwadratowej twarzy otoczonej sięgającymi do żuchwy czarnymi włosami. Siła spojrzenia tamtej była tak wielka, że Egwene od razu zrozumiała, z kim ma do czynienia. Po co dalej walczyć? Nie lepiej…

Poczuła, jak jej wola słabnie, jak powoli zaczyna się godzić z nieuchronnym. Nagle głęboko w jej wnętrzu wybuchła panika i w przebłysku jasności resztką sił odesłała samą siebie w inne miejsce.

Pojawiła się w swoich apartamentach, uniosła rękę do czoła, usiadła na łóżku. Światłości, ależ silna była ta kobieta. Usłyszała obok siebie jakiś odgłos - ktoś pojawił się w sypialni. Skoczyła na równe nogi, przygotowując sploty. Zobaczyła Nynaeve, której oczy rozszerzone były gniewem. Tamta również tkała sploty dłońmi wyciągniętymi w jej stronę. Po chwili przestała, zamarła bez ruchu.

- Do ogrodów - poleciła Egwene, nie ufając w bezpieczeństwo swoich komnat. W ogóle nie powinna się tu pojawiać. Mesaana prawdopodobnie znała dokładnie to miejsce.

Nynaeve skinęła głową, a wtedy Egwene zniknęła, żeby pojawić się w niższych ogrodach Wieży. Purpurowa kopuła wciąż rozpościerała się nad jej głową. Czym była i jakim sposobem Mesaana zdołała ją tu ulokować? Chwilę później obok niej zmaterializowała się Nynaeve.

- One wciąż tam grasują - szepnęła Nynaeve. - Właśnie widziałam Alviarin.

- Ja spotkałam Mesaanę - powiedziała Egwene. - Omalże mnie nie dopadła.

- Światłości! Ale nic ci nie zrobiła?

Egwene pokręciła głową.

- Mestra nie żyje. Evanellein też spotkałam.

- Ciemno tam jak w grobie - szepnęła Nynaeve. - Myślę, że specjalnie tak to urządziły. Z Siuan i Leane wszystko dobrze, widziałam je jakiś czas temu, trzymały się razem. A chwilę wcześniej udało mi się trafić Notori kulą ognia. Nie żyje.

- Dobrze. Czarne Ajah ukradły dziewiętnaście ter’angreali. Możemy się więc domyślać, z iloma mamy do czynienia. - To wyznaczało również stosunek sił: ona, Siuan, Nyaneve, Leane oraz trzy Mądre stawały w obliczu liczebnej przewagi, niemniej jasne już było, że Czarne Ajah niespecjalnie radzą sobie z Tel’aran’rhiod.

- Widziałaś którąś z Mądrych?

- Są gdzieś tam - Nyaneve skrzywiła się. - Wyraźnie urzeczone całą tą awanturą.

- I nic dziwnego - zgodziła się Egwene. - Chcę, żebyśmy odtąd trzymały się razem. Na każdym skrzyżowaniu korytarzy będziemy się pojawiały plecy w plecy, a każda dzięki temu będzie mogła spokojnie obserwować swoją stronę. Szukamy świateł i ludzi. Kiedy zobaczysz Czarną siostrę, uderzaj bez namysłu. Jeżeli ciebie ktoś zobaczy, mówisz: „znikamy” i wtedy wracamy tutaj.

Nynaeve pokiwała głową.

- Pierwsze skrzyżowanie pod moimi komnatami - powiedziała Egwene. - Korytarz od południa. Ja zrobię światło, ty bądź gotowa. Stamtąd przeskakujemy kolejny korytarz, żeby znaleźć się obok drzwi na rampę dla służby. Potem kolejny korytarz i tak dalej.

Nynaeve krótko i zdecydowanie skinęła głową.

Świat wokół Egwene zamigotał. Pojawiała się w umówionym miejscu i natychmiast wyobraziła sobie korytarz oświetlony rzęsiście i całą siłę woli włożyła w to, aby taki się stał. Jasność rozlała się przed jej oczyma. Pod ścianą korytarza zobaczyła przykucniętą kobietę w bieli. Sedore, jedna z Czarnych sióstr.

Tamta odwróciła się gwałtownie. W oczach miała złość, wokół niej zawirowały sploty Mocy. Egwene była szybsza. Stworzyła słup ognia, zanim Sedore zdołała dokończyć swój splot. Ponieważ ona nie tkała. To był tylko ogień.

Kiedy ogarniały ją płomienie, w szeroko rozwartych oczach tamtej, Egwene zobaczyła strach. Sedore wrzasnęła, ale krzyk szybko pochłonęła groza palącego żywiołu. Po chwili sczerniałe ciało zwaliło się na posadzkę, gdzie spoczęło, dymiąc.

Egwene wypuściła wstrzymywany oddech.

- Masz tam którąś?

- Nie - odpowiedziała Nynaeve. - Kogo trafiłaś?

- Sedore.

- Naprawdę? - zapytała Nynaeve, odwracając się. Sedore była Zasiadającą Komnaty z ramienia Żółtych Ajah.

Egwene uśmiechnęła się.

- Następny korytarz.

Przeskoczyły w przewidziane miejsce i powtórzyły zastosowaną wcześniej taktykę. Korytarz zalało światło. Ale nikogo w nim nie było, więc zaraz ruszyły dalej. Dwa kolejne korytarze też okazały się puste. Egwene już miała stamtąd znikać, kiedy gdzieś obok rozległ się syczący głos:

- Durne dzieci! Reguła, którą zastosowałyście, jest taka oczywista.

Egwene odwróciła się.

- Skąd…

Urwała, gdy zorientowała się, że ma przed sobą Bair. Stara Mądra zmieniła barwę swego ubrania, a nawet odcień skóry, tak że idealnie wtapiała się w tło białych ścian i płytek posadzki. Skulona we wnęce muru była właściwie niewidoczna.

- Nie powinnyście… - zaczęła Bair.

Ściana obok nich eksplodowała odłamkami kamienia, ukazując stojące za nią pięć kobiet. Zgodnym ruchem uwolniły sploty Ognia.

Wychodzi na to, że czas na taktyczne manewry dobiegł końca.

Perrin przeskoczył mur otaczający tereny Białej Wieży i wylądował po drugiej stronie. Ziemia jęknęła głucho. Dziwne zjawiska, w jakie obfitował wilczy sen, wciąż dawały o sobie znać. Teraz na przykład wyczuwał niezwykłe wonie, słyszał osobliwe odgłosy. Jakieś grzmoty targające Wieżą.

Puścił się za Zabójcą, który pokonał już zewnętrzne tereny otaczające Wieżę i teraz wspinał się, a raczej biegł po jej zewnętrznym murze. Perrin podskoczył i ruszył za nim. Zabójca nie był daleko - biegł szybko, sakwę miał wsuniętą za pas.

W dłoniach Perrina zmaterializował się długi łuk. Naciągnął go, równocześnie zatrzymując się na ścianie Wieży. Puścił cięciwę, ale rzeźnik wilków zdążył uskoczyć w otwarte okno. Strzała przeleciała obok.

Kilka chwil później Perrin przeszedł przez to samo okno do wnętrza i natychmiast przykucnął. Za nim, rozmazaną smugą, wpakował się do Wieży Skoczek. Znaleźli się w sypialni ciężkiej od błękitnych brokatów. Trzasnęły drzwi, a Perrin rzucił się w tamtą stronę. Nie kłopotał się, żeby je otworzyć. Rozbił je jednym uderzeniem młota.