Zabójca wypadł na korytarz.
„Za nim” - przesłał Perrin wilkowi. „Ja mu przetnę drogę”.
Skoczek pognał naprzód, ścigając Zabójcę. Perrin ruszył w prawo, po czym skręcił w pierwszy korytarz. Biegł szybko, ściany zlewały się w jego oczach.
Na skrzyżowaniu korytarzy kątem oka dostrzegł coś dziwnego. Tak dziwnego, że zatrzymał się, żeby lepiej się przyjrzeć.
W bocznym korytarzu znajdowała się gromada Aes Sedai. Walczyły. Przestrzeń zalewały szybko następujące po sobie rozbłyski światła, ogniste kule latały tu i tam. A więc odgłosy, które wcześniej słyszał, nie były złudzeniem. Poza tym zdało mu się… No, tak…
- Egwene? - zapytał.
Stała tuż obok, płasko przytulona do ściany, i wpatrywała się w przestrzeń korytarza. Na dźwięk jego słowa odwróciła się na pięcie i uniosła ręce. Poczuł, jak coś go chwyta. Jednak zareagował odruchowo i odepchnął powietrzne macki.
Egwene drgnęła, najwyraźniej zaskoczona, że nie udało się jej go pochwycić.
Dał krok naprzód.
- Egwene, nie powinnaś tu przebywać. To miejsce jest niebezpieczne.
- Perrin!?
- Nie wiem, jak się tutaj dostałaś - ciągnął dalej Perrin. - Ale musisz się stąd wynieść. Proszę.
- Jak udało ci się uniknąć złapania przeze mnie? - dopytywała się. - I co ty tu robisz? Jesteś teraz z Randem? Powiedz mi, gdzie on jest?
W jej głosie pobrzmiewały władcze tony. Wydała mu się omalże inną osobą, dziesiątki lat starszą niż ta dziewczyna, którą ongiś znał. Już otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale weszła mu w słowo:
- Nie mam teraz na to czasu - rzekła. - Przykro mi, Perrin. Wrócę po ciebie. - Uniosła dłoń i poczuł, jak w bezpośrednim sąsiedztwie jego ciała coś się zaczyna zmieniać. Pojawiły się sznury, oplotły go od stóp do głów.
Spuścił na chwilę wzrok, rozbawiony. Sznury ześlizgnęły się z jego ciała w tej samej chwili, gdy wyobraził sobie, że są zbyt luźno związane.
Aż zamrugała, obserwując zsuwające się więzy.
- Jak…
Z drzwi wiodących do pobliskiej komnaty wypadła wysoka kobieta o kruczych włosach i smukłej szyi. Miała na sobie obcisłą białą suknię. Uśmiechnęła się, uniosła ręce, a między jej palcami zamigotało światło.
Perrin nie musiał rozumieć, co tamta zamierza. Był wilkiem, był władcą tego świata. Żadne sploty nic tu nie znaczyły. Wyobraził sobie, że cokolwiek tamta chce zrobić, minie się z celem. Wiedział, że tak będzie.
Spomiędzy dłoni kobiety wystrzeliła w jego stronę pręga jaskrawobiałego ognia. Perrin uniósł dłoń, zasłaniając siebie i Egwene przed atakiem. I światło zniknęło, jakby to jego dłoń je powstrzymała.
Egwene odwróciła się w kierunku tamtej i w jednej chwili ściana nad nią zawaliła się. Kawałki gruzu poleciały w dół. Szczególnie duży fragment uderzył ją w głowę, zbijając z nóg. Światłości, po takim ciosie już się nie podniesie. Pewnie nawet nie żyje.
Od Egwene docierała do jego nozdrzy woń ostatecznego zadziwienia.
- Płomień stosu? Powstrzymałeś płomień stosu? Nikt nie jest w stanie tego zrobić.
- To tylko pierwszy lepszy splot - wyjaśnił Perrin, szukając myślą Skoczka. Gdzie był Zabójca?
- To nie jest jakiś tam splot, Perrin, to…
- Przykro mi, Egwene - przerwał jej. - Porozmawiamy później. Uważaj na to miejsce. Prawdopodobnie zresztą sama dobrze o tym wiesz, niemniej… Jest tu więcej niebezpieczeństw, niż ci się wydaje.
Odwrócił się i ruszył biegiem, zostawiając Egwene gotującą się od złości. A na pierwszy rzut oka wyglądało, że stała się prawdziwą Aes Sedai. Dobrze jej tak, będzie miała o czym myśleć.
„Skoczek?” - uformował w myślach przesłanie. „Gdzie jesteś?”.
Jedyną odpowiedzią było przesłanie zawierające wyłącznie gwałtowny, przerażający ból.
Gawyn walczył o życie przeciwko trzem ożywionym cieniom utkanym z mroku i stali.
Zmusili go, aby wspiął się na wyżyny swoich umiejętności. Otrzymał już ładnych kilka cięć po rękach i nogach. Zazwyczaj uciekał się wówczas do formy zwanej Szalejącym Cyklonem, chroniącej żywotne organy. Zazwyczaj ledwo mu się udawało.
Krople jego krwi znaczyły muślin baldachimu łóżka Egwene. Jeżeli jego przeciwnicy zdążyli ją zabić, zanim tu dotarł, to w każdym razie odgrywali niezłe przedstawienie, ponieważ co rusz któryś usiłował jej dosięgnąć.
Czuł, że powoli słabnie, że się coraz bardziej męczy. Jego buty zostawiały czerwone ślady, gdziekolwiek stąpnął. Już nie odczuwał bólu. Zasłony stawały się słabsze. Już niedługo będą go mieli.
Pomoc nie przybywała, chociaż gardło miał zachrypnięte od krzyku.
„Głupiec!” - rugał się w myślach. „Najpierw należy się zastanowić, a dopiero potem rzucać się w sam wir niebezpieczeństwa!”. - Przecież miał wcześniej dość czasu, żeby postawić na nogi całą Wieżę.
Jedynym powodem, dla którego jeszcze żył, był fakt, że tamci postępowali z nim ostrożnie, żaden z nich nie chciał stracić życia. Zgodnie z tym, co mówiła tamta sul’dam, kiedy go zabiją, dopiero na poważnie zaczną krwawe żniwo w Białej Wieży. Aes Sedai zostaną wzięte z zaskoczenia. To będzie znacznie gorsza katastrofa, niż tamta noc seanchańskiego rajdu.
Wszyscy trzej naraz rzucili się do ataku.
„Nie!” - wrzasnął w myślach Gawyn, gdy zobaczył, że jeden z nich spróbował Rzeki Podmywającej Brzeg. Skoczył naprzód, prześlizgnął się między dwoma klingami i zamachnął mieczem. Ku jego zdumieniu cios doszedł do celu, a w komnacie rozległ się krzyk. Krew trysnęła na posadzkę, jedna z widmowych sylwetek osunęła się w dół.
Pozostali dwaj wymamrotali jakieś przekleństwa i najwyraźniej postanowili się z nim dłużej nie cackać. Ruszyli do ataku, ostrza rozbłysły wśród mrocznej mgiełki, która składała się na ich postacie. Wyczerpany Gawyn otrzymał kolejne cięcie w ramię. Poczuł strumyczek krwi ściekający po ciele pod kaftan.
Cienie. Jak można oczekiwać, że człowiek będzie walczył z cieniami? To niemożliwe!
„Gdzie jest światło, tam musi też być cień…”.
Na koniec przyszło mu wreszcie coś do głowy, desperacki pomysł. Krzyknął, chcąc zdekoncentrować tamtych, skoczył w bok i porwał poduszkę z łóżka Egwene. Zrobił unik, słysząc klingi tnące powietrze w miejscu, gdzie przed chwilą stał, a potem uderzył poduszką w lampę, gasząc płomień.
Pokój utonął w ciemnościach. Nie ma światła. Nie ma cieni.
Równe szanse.
Mrok pochłonął wszystko, nocą nie widać barw. Więc nie widział krwi na swych ramionach, nie widział mrocznych cieni swych wrogów, nie widział bieli łóżka Egwene. Ale słyszał, jak tamci się ruszają.
Uniósł klingę w desperackim zamachu, wykorzystując Kolibra Całującego Miodną Różę, spróbował sobie wyobrazić, jak zareagują Krwawe Noże. Jego uwagi nie rozpraszały już ich widmowe sylwetki, więc jego cios był celny, a żelazo weszło w ciało.
Skręcił się, dobywając miecz z ciała tamtego. W komnacie zapanowała całkowita cisza, w której rozbrzmiał tylko łomot padającego ciała. Gawyn wstrzymał oddech, słyszał tylko bicie tętna w uszach. Gdzie się podział ostatni asasyn?
Z sąsiedniego pomieszczenia nie sączyła się do środka nawet najdrobniejsza smużka światła; Celark padł tuż pod drzwiami, a jego ciało zasłaniało szparę.
Gawyn czuł, że powoli zaczynają targać nim dreszcze. Stracił za dużo krwi. Gdyby mógł czymś rzucić, żeby przyciągnąć uwagę tamtego… ale nie. Najdrobniejszy ruch spowoduje szelest ubrania, zdradzi, gdzie jest.
Dlatego też, zaciskając zęby, uderzył czubkiem buta o posadzkę, równocześnie unosząc klingę tak, żeby chroniła szyję, i modląc się do Światłości, aby atak poszedł nisko.